Archiwa

Deszcz

Dzień transportu książek do dystrybutora był deszczowy.

Był on również dniem premiery – została ustalona na 30 czerwca 2014 roku. Nie ukrywam, że zależało mi, żeby wyrobić się jeszcze w czerwcu, bo przecież wszystkim obiecywałem tę książkę na maj, najpóźniej na czerwiec.

Nie mogę powiedzieć, że wszystko poszło gładko. Nie obyło się bez szeregu stresujących sytuacji, które z pewnością by mnie wykończyły, gdyby miały miejsce przy którejś z pierwszych publikacji, ale teraz udało mi się zachować względny spokój, jeśli nie liczyć podniesionego ciśnienia.

Dzień wcześniej okazało się, że część nakładu została źle wydrukowana. Zgłosiłem to drukarni i ta część nakładu zostanie wymieniona. Choć sprawa została rozwiązana pomyślnie, to jednak była przyczyną niemałego stresu. Jakby tego było mało, w dzień transportu książek wszystko działo się w biegu. Rano kończyłem jeszcze ostatnie formalności związane z adresowaniem przesyłek do recenzentów oraz osób, które zamówiły książkę w przedpremierze, po czym udałem się na pocztę, żeby to wszystko wysłać.

Na poczcie. Jest radość, jest i stres. Bo za chwilę trzeba pędzić dalej. Swoją drogą, zawsze gdy wrzucam listy do tego ogromnego okienka z klapką, czuję się trochę tak, jakbym wywalał je do śmietnika. Kolejne paczki suną po pochylni i wpadają do specjalnego wózka.

Później czas na bieg w kierunku Żoliborza. Tam spotykam się z Adamem, z którym wiozłem do dystrybutora „Miasto to gra” w 2008 roku oraz „Kod…” w 2010. Aby wszystko przebiegło sprawniej, książki zostawiłem dzień wcześniej w skrytce na Żoliborzu (tak, tej słynnej skrytce, w której trzymam alkohol i masę innych różności). Przedostanie się z książkami do samochodu było prawdziwym wyzwaniem – zaczęła się solidna ulewa. Po wyłączeniu wycieraczek już po kilku sekundach widoczność zerowa.

Książki zapakowane do auta, można ruszać w kierunku Ożarowa Mazowieckiego, do magazynów firmy FK Olesiejuk – największego dystrybutora w Polsce. Jak widać, pogoda idealna.

W końcu docieramy do celu. Przy wjeździe pobieramy elektroniczną przepustkę oraz pomarańczową kamizelkę i jedziemy dalej. Zatrzymujemy się pośród ogromnych hangarów – czas na tradycyjne pamiątkowe zdjęcie.

No i już w magazynie.

Foursquare – aplikacja monitorująca lokalizację użytkownika – mówi mi, że byłem tu ostatnio we wrześniu 2013 roku. Od razu przypomina mi się dzień, w którym przywiozłem tu „I nagle wszystko się kończy”. Ale ten czas szybko leci.

Zostawiamy książki na magazynie. Liczyłem też, że przy okazji uda się zabrać zwroty (dostałem informację, że do odbioru jest około ośmiuset sztuk poprzednich publikacji). Na magazynie oszacowują nam, że będzie tego z 300-350 kg, czyli jednym słowem dużo. Nie jestem zaskoczony. Stwierdzamy z Adamem, że nie bardzo uda nam się upchnąć to wszystko do Nissana Primera, tak więc wygląda na to, że w niedalekiej przyszłości jeszcze tu wrócimy.

Opuszczamy teren dystrybutora, ale mijając szlaban dobrze wiemy, że nie mówimy „do widzenia” na zbyt długo. Pojawimy się tu jeszcze przed wydaniem następnej książki.

W strugach deszczu ruszamy w stronę Warszawy.

„Rezydencja” przychodzi z drukarni

Która to już? Siódma? Tak, siódma, jeśli nie liczyć singla jednej z poprzednich książek. Oto niespodziewanie jakiś czas temu nadszedł moment, w którym po zadaniu pytania “Ile wydałeś książek?”, muszę przez chwilę zastanowić się przed podaniem odpowiedzi.

Zawsze powtarzam, że każda kolejna publikacja jest niesamowitym przeżyciem i wspominanie tu o rutynie byłoby dla całej sytuacji krzywdzące, ale faktem jest, że im więcej na literackim liczniku, tym z większym spokojem się to wszystko przyjmuje – zarówno rzeczy dobre, jak i złe. Książka wydrukowana? Świetnie! Opóźnienie w druku? Zachowaj spokój. Przy wielkich liczbach rzeczy się zmieniają.

Przypomina mi to wszystko początki mojej przygody z mediami – pierwsze artykuły w gazetach, wywiady w radiu, wypowiedzi dla telewizji. Każda z tych rozmów była czymś niezwykle ekscytującym, dającym ogromną satysfakcję. Nie wyobrażałem sobie wówczas, że komukolwiek mogłoby się to przejeść albo że ktoś mógłby zapomnieć, ile razy pojawił się w mediach. Wydawało mi się, że ludzie mówiący “sam nie wiem ile razy byłem w gazetach” przesadzają, przybierają swego rodzaju pozę, będącą częścią lansu. Ale minęło kilka miesięcy, a te miesiące skumolowały się w lata i nagle sam straciłem rachubę. Gdy teraz ktoś pyta mnie, ile razy pojawiłem się w mediach, odpowiadam zgodnie z prawdą – “nie wiem, ale chyba jakieś kilkaset razy”. Lecz jaką liczbą jest ta suma wycinków z gazet, artykułów w internecie, rozmów w radiu i obecności w telewizji? Czy to jest dwieście pięćdziesiąt? Trzysta z kawałkiem? A może już ponad czterysta? Nie wiem, nie sposób już się tego doliczyć.

Oczywiście z książkami sprawy mają się nieco inaczej. Liczba wydanych publikacji nie jest czymś, co jest w stanie kiedykolwiek komukolwiek umknąć. Ale uwierzcie mi – choć jeszcze jakiś czas temu sam bym sobie nie uwierzył – jeśli ktoś zapytany, ile jego książek zostało wydanych, zacznie się zastanawiać i pierwszymi jego słowami będą “czekaj, nie jestem pewien, muszę policzyć”, to być może nie jest to poza, lecz najprawdziwsza prawda.

A oto pierwszy kontakt z “Rezydencją”. Świeże egzemplarze prosto z drukarni. Kilka dni wcześniej dostałem wydruk próbny – przesłane luzem, nieprzycięte strony – dzięki czemu mogłem w pewnym stopniu przygotować się na dzisiejszy transport. Książka utrzymana w czerni i bieli – zarówno okładka, jak i klimatyczne ilustracje, pełniące funkcję kart tytułowych dla poszczególnych rozdziałów, nadają tej publikacji niezwykły klimat. Wydaje mi się, że taka szata graficzna świetnie komponuje się z treścią “Rezydencji” – jest tam ciężki, psychodeliczny, mroczny klimat.

Okładkę tej publikacji ujawniłem w ciekawy sposób. Otóż zamieściłem w sieci grę typu “2048”. To bardzo popularna ostatnio gierka z prostymi zasadami – przesuwamy kafelki z liczbami po planszy, a gdy dwa identyczne się ze sobą zderzą, to łączą się w jeden, na którym zapisana jest wyższa liczba. W wariancie gry powstałym na potrzeby premiery “Rezydencji” liczby zostały zastąpione okładkami książek, a po skutecznym przebrnięciu przez siedem dotychczasowych (bo była wśród nich również ta z książkowego singla), pojawiała się ta ósma, należąca do “Rezydencji”.

Jak zwykle od rana wyczekiwałem samochodu dostawczego z książkami. Gdy w końcu nadjechał, a paczki zostały wypakowane, zaczęło się fotografowanie. Najpierw kilka zdjęć kartonów, selfie (ostatnio taka moda!) z nową publikacją, później otwarcie jednej z paczek i uważniejsze przyjrzenie się książce. Następnie wniosłem wszystko do domu i nastąpił ciąg dalszy sesji zdjęciowej. Tradycyjnie zacząłem od zdjęcia z kartonami i egzemplarzem nowej publikacji, a później rozłożyłem część książek na podłodze i zacząłem fotografować je w różnych konfiguracjach. Zawsze jest z tym trochę zabawy, ale w ten sposób powstaje całkiem fajna pamiątka. Te zdjęcia służą później zarówno do celów promocyjnych, jak i do czysto wspominkowych.

Po obfotografowaniu, część książek została powkładana do kopert, które niebawem zostaną rozesłane do recenzentów oraz osób zamawiających “Rezydencję” w przedpremierze, natomiast pozostałe rozpakowane egzemplarze wylądowały w szafce. Nieotwarte kartony dołączyły do tych, w których znajdują się poprzednie publikacje.

Ciąg dalszy zabawy w poniedziałek, kiedy to “Rezydencję” będzie trzeba zawieźć do mieszczącej się w Ożarowie Mazowieckim siedziby dystrybutora. Stay tuned!