Archiwa

Nietypowe zwyczaje świąteczne

Mówcie co chcecie, ale warto być wiernym rozmaitym zwyczajom i tradycjom. A jeśli chodzi o te świąteczne, to mam w zanadrzu kilka dosyć nietypowych. Przydadzą się, gdy kiedyś z jakiegoś powodu będzie mi zależało na wykreowaniu się na ekscentryka i nie będę chciał przy tym przeinaczać faktów. Zapraszam do lektury i kto wie, być może poniższa lista zainspiruje Was do własnych projektów tego typu!

1. W 2003 roku ubrałem w swoim pokoju choinkę – powiesiłem bombki, owinąłem drzewko łańcuchami, odpaliłem lampki. I wiecie co? Nie rozebrałem jej po Świętach, po tych następnych również i po kolejnych także. Ta choinka widziała już niejeden grudzień i niejeden lipiec. Stoi tak już dziesięć lat i wszyscy się do niej przyzwyczaili. Tylko czasami jest przyczyną dziwnych sytuacji – zdarza się, że zauważa ją ktoś niewtajemniczony i zaczyna zastanawiać się, dlaczego w środku lata w pokoju stoi udekorowana ozdobami świątecznymi choinka. Kilka razy drzewko weszło w kadr rzekomo robionego „przed chwilą” zdjęcia – konieczne było wówczas tłumaczenie, że fotka naprawdę została dopiero co wykonana, a choinka jest po prostu elementem wystroju wnętrza. Ktoś mógłby rzec, że to fajny sposób na przedłużenie Świąt. Cholera, jestem sentymentalny i lubię ten okres w roku, a gdyby wynaleziono magiczną różdżkę pozwalającą na wyczarowanie Wigilii w dowolnym innym momencie roku, byłym pierwszą osobą, która stanęłaby po coś takiego w kolejce. Zapewniam jednak, że pozostawienie drzewka w pokoju na cały rok tą magiczną różdżką nie jest. Człowiek się przyzwyczaja i ta metoda przestaje działać znacznie wcześniej niż po kilku latach.

Stopień ekscentryczności: 10/10.
Ekscentryczny tekst, którym można posługiwać się po wprowadzeniu takiego zwyczaju: „Już prawie wiosna, a ja jeszcze nie rozebrałem choinki od grudnia. Od grudnia 2003.”

2. Trudno wyjaśnić w kilku słowach, jakim serialem jest Lexx. Niech wystarczy, że wspomnę, iż gdy pierwszy raz trafiłem na niego przerzucając nocą kanały w telewizji, pomyślałem, że oglądam jakiś film z gatunku XXX. Rzecz w tym, że podejrzanie długo nikt się nie rozbierał. Ale cały czas coś wisiało w powietrzu – ludzie byli skąpo ubrani, bohaterki kształtne, a kolejne sceny mocno dwuznaczne. Nie rozumiałem, o czym mówią, bo trafiłem na wersję z niemieckim dubbingiem, ale momentalnie mnie wciągnęło. Wiedziałem, że muszę obejrzeć tego więcej. Z entuzjazmem łowiłem kolejne odcinki w telewizji, a jakiś czas później zacząłem ściągać je z sieci (był grudzień 2003 i nie było to łatwe!). W skrócie, serial opowiada o grupie uciekinierów – tchórzliwym strażniku czwartej kategorii, wiecznie napalonej kosmicznej seksualnej niewolnicy, martwym kilkutysiącletnim zabójcy oraz perwersyjnej głowie robota – przemierzających kosmos w skradzionym Lexxie, czyli w pełni świadomym, przypominającym owada statku kosmicznym, będącym jednocześnie najpotężniejszą bronią we wszechświecie. Serial jest przezabawny, absurdalny i do tego pełen niesamowitych pomysłów. Spodobał mi się do tego stopnia, że postanowiłem dozować sobie kolejne odcinki – i dozuję je już od dziesięciu lat! Powoli zbliżam się ku końcowi, ale przyznacie, że trwało to dosyć długo. Serial kojarzy mi się z okresem świątecznym, bo to wówczas go odkryłem i to właśnie w tym momencie roku zawsze oglądam kilka nowych epizodów. Wchodzę też wtedy na poświęcone serialowi anglojęzyczne forum, na którym w 2005 roku założyłem temat, w którym wyjaśniłem swój sposób postępowania. Co roku informuję wszystkich we wspomnianym wątku, jaki odcinek właśnie obejrzałem. Co ważne, przez pozostałe dni raczej tam nie bywam. Muszą mieć niezłą zagwozdkę, kim jest ten człowiek, który pojawia się tam raz do roku i czy naprawdę robi to, o czym pisze. Odpowiedź brzmi: naprawdę!

Stopień ekscentryczności: 10/10.
Ekscentryczny tekst, który możesz przeczytać o sobie w sieci: „What is this, like the 7th year you have been doing this. Well I admire someone with the dedication to keep marching along doing their thing year after year.”

3. W czasach licealnych dobrymi żartami wydawały się rzeczy, które teraz śmieszą jakby nieco mniej. Każdy z nas był jednak kiedyś nastolatkiem i nie ma co odcinać się od przeszłości. Otóż w liceum z jednym kumplem doszliśmy do wniosku, że będzie absolutnie śmiesznie, gdy pewnego niczego nieświadomego ziomka z klasy będziemy nazywali gejem i szukali dowodów potwierdzających naszą tezę. Wszystko oczywiście było z przymrużeniem oka i sprowadzało się do tendencyjnego interpretowania wszelkich dwuznacznych faktów i sytuacji. Cały myk polegał na tym, że kolega z klasy miał się nigdy o tym nie dowiedzieć, bo wtedy nie byłoby już tak śmiesznie. Ot taki niewinny żart dwóch kumpli… nie można nawet powiedzieć, że kosztem trzeciego, bo te żarty zachowywaliśmy wyłącznie dla siebie. I oto pewnego razu w okresie świątecznym ktoś odkrył w sieci flashową animację, na której było widać pingwina stojącego na zboczu góry, a później skaczącego na śnieg i mknącego na dół na brzuchu. W ostatnim ujęciu okazywało się, że tor jazdy pingwina układał się w napis. Tekst można było w dowolny sposób edytować i choć większość osób używało tej animacji do rozsyłania świątecznych życzeń, to ja przesłałem kumplowi wiadomość o treści „Roman jest gejem”. Kiedy to było? Też mniej więcej dziesięć lat temu. Nie mam pojęcia, dlaczego w kolejnych latach zacząłem ponownie linkować do tej samej animacji z tym samym tekstem, ale zupełnie niespodziewanie stało się to częścią przedświątecznej tradycji – kumpel regularnie otrzymuje ten filmik zamiast życzeń i obaj dobrze wiemy, że bez tego linku Świąt nie ma!

Stopień ekscentryczności: 10/10.
Ekscentryczny tekst, którym można posługiwać się po wprowadzeniu takiego zwyczaju: „Cholera, nie mamy z gościem kontaktu od prawie dziesięciu lat, a ciągle o nim gadamy.”

4. Był grudzień 2004 roku, gdy postanowiłem wyciąć fragment pewnego odcinka South Parku i rozesłać go znajomym na Gadu-Gadu (pamiętacie jeszcze ten program?) zamiast klasycznie rozumianych życzeń. Ponieważ odcinek, z którego pochodził wspomniany fragment, był prawdziwą kopalnią świątecznych piosenek, rok później postanowiłem wyciąć z niego inną. No i tak oto rozpoczęła się kolejna dziwna świąteczna tradycja. Co roku przygotowywałem filmik, na końcu którego znajdowały się życzenia ode mnie. Wiedziałem, że prędzej czy później piosenki się skończą i jakiś czas temu rzeczywiście tak się stało. W 2010 roku musiałem posłużyć się zlepkiem kilku z nich, w 2011 South Parkowe życzenia już sobie odpuściłem, natomiast w 2012 motyw South Parku powrócił jeszcze na chwilę, tym razem w formie stopklatki. I wygląda na to, że na tym ta niemalże dziesięcioletnia świąteczna tradycja dobiegła końca, bo w tym roku pomysłu nie planuję kontynuować.

Stopień ekscentryczności: 10/10.
Ekscentryczny tekst, którym można posługiwać się po wprowadzeniu takiego zwyczaju: „Tradycyjnie przesyłam South Parkowe życzenia”.

No cóż, jestem człowiekiem przyzwyczajeń i przedziwnych projektów rozciągniętych w czasie – czasami kontynuuję je już tylko dlatego, że trwają odpowiednio długo i szkoda by było je tak po prostu zakończyć. Od zawsze twierdziłem, że we wszelkiej działalności artystycznej najpotężniejszym czynnikiem jest czas. Tu nie ma drogi na skróty. Jest coś fascynującego w czymś, co rozciąga się na długie lata – wszystko jedno, czy mówimy o sztuce, czy o mniejszych i większych rytuałach dnia codziennego – inna sprawa, że czasami to jedno i to samo.

Wiedziałem, że ten moment będzie musiał kiedyś nadejść

Istotą ulepszania pewnych rzeczy jest podnoszenie poprzeczki – robienie więcej, lepiej, szybciej, bardziej intensywnie. Są to zmiany ilościowe, będące wyśrubowywaniem pewnych statystyk, liczb, przy jednoczesnym traktowaniu stanu poprzedniego jako punktu odniesienia.

Ale prędzej czy później nadchodzi taki moment, kiedy nie da się więcej, lepiej i szybciej, a nawet jeśli się da, to kolejna zmiana ilościowa prowadzi najzwyczajniej w świecie do zagubienia istoty rzeczy. Wtedy czas na zmianę o charakterze nie ilościowym, lecz jakościowym. Krótko mówiąc, chodzi o zrobienie czegoś nie tyle szybciej albo w większej ilości, lecz po prostu w zupełnie inny sposób.

Jak być może wiecie, mam problem ze styczniem. Wszystko dlatego, że nie lubię przemijania, a styczeń jest tym miesiącem w roku, w którym upływ czasu dostrzegam szczególnie wyraźnie. Oto zaczyna się nowy rok, w kalendarzu mamy zupełnie inną liczbę, a do tego jest zimno, trzeba już sprzątać po Świętach (czym jest zima bez Świąt?), wszystko jest jakieś takie szare i sytuację ratuje jedynie perspektywa flash mobowego sylwestra w połowie stycznia (kilkadziesiąt osób robi kilkuminutową absurdalną imprezę w centrum miasta) oraz finał WOŚP – dwa wydarzenia nadające kolorytu temu dosyć depresyjnemu miesiącowi.

Oczywiście zawsze jest też powiew świeżości, związany z nowym rokiem entuzjazm, niemniej jednak styczeń jest tym miesiącem, w którym odczuwam szczególny rodzaj wewnętrznej presji, każącej mi zrobić coś, żeby nie było zbyt szaro. Mimowolnie porównuję pierwsze kilkanaście dni z tymi, które były rok wcześniej, dwa lata wcześniej, trzy lata wcześniej… Staram odpowiedzieć sobie na pytanie, czy udało mi się rozpocząć ten rok lepiej, bardziej spektakularnie, bardziej satysfakcjonująco niż poprzedni. Nie chodzi tu o jakieś rzeczy robione na pokaz, lecz o własne doświadczenia i wewnętrzne poczucie, że rzeczywiście udało się podkręcić zeszłoroczne statystki. Oto zmiana ilościowa.

Gdy pierwszego stycznia 2011 wybrałem się do kina na przepiękny wizualnie, klimatyczny spektakl jakim był „TRON: Legacy” z niesamowitą ścieżką dźwiękową Daft Punk, wiedziałem, że jest dobrze. Odczuwałem ogromną satysfakcję z tego, że pierwszy stycznia nie został tak po prostu przespany, lecz był bogaty w doświadczenia.

W roku 2012 postanowiłem kontynuować tradycję rozpoczynania nowego roku w ciekawy sposób. I tak mieliśmy poranek w kapsułach, śniadanie w Vapiano, spacer nad kanałkiem, rozmowy przy ciepłych napojach we Wrzeniu Świata, a także grupowe wyjście do kasyna.

W roku 2013 harmonogram był jeszcze bardziej napięty: poranny powrót z Berlina, kilkuosobowe spotkanie w Vapiano, chillout na basenie, grupowe wyjście do kina, wieczorny posiłek w Beirut Hummus Barze. Więcej tego dnia najzwyczajniej w świecie zrobić się nie dało i przyznam szczerze, że o ile rok wcześniej wszystko działo się na spokojnie i bez pośpiechu, to tutaj tak intensywny plan zajęć wymagał sprężenia się. Tym samym osiągnęliśmy maksimum – zmiana ilościowa nie ma już sensu. Zwiększanie liczby atrakcji w kolejnym roku najzwyczajniej w świecie odbiłoby się na przyjemności. To nie byłby już relaks, lecz bezmyślna pogoń za coraz to lepszymi statystykami.

Już od kilku lat wiedziałem, że będzie musiała nadejść zmiana jakościowa. Coś zupełnie nowego, niedającego się porównać z tym, co było poprzednio. I oto ta zmiana nadchodzi. Tym razem 1 stycznia rozpocznie się od lądowania w egzotycznym kraju na drugim końcu świata -tak dalekim i obcym, a jednak tak bliskim, bo będzie to już mój czwarty raz w Japonii. I właściwie nic więcej już nie trzeba. Cokolwiek się tego pierwszego stycznia wydarzy, będzie to sukcesem. Nie ma licytowania się ze statystykami z ubiegłych lat. Wpływamy na zupełnie nowy obszar. Doświadczamy czegoś nowego. To będzie naprawdę dobry początek roku!

I niech dalej będzie równie dobrze! Co roku uważnie przyglądam się pierwszym kilkunastu dniom stycznia. Je również staram się rozegrać jak najlepiej. Próbuję nowych rzeczy i wracam do tych już sprawdzonych. Takie motywy jak wizyta na basenie, w kawiarni na Starych Bielanach albo partyjka laser taka na jednej lub drugiej arenie to już klasyki, przerabiane przez ostatnie lata na różne sposoby i przeplatane całą masą innych wydarzeń. Bo dobry początek nowego roku jest mieszanką powiewu świeżości oraz wracania do tego, co wypróbowane. To receptura, która się nie nudzi, ale również i w tym przypadku zmiana jakościowa będzie bardzo mile widziana!

No cóż, wygląda na to, że w nadchodzącym roku styczeń sam z siebie zadba o to, żeby spełnić wszelkie moje oczekiwania względem udanego początku roku! Oto dwie zmiany jakościowe za jednym zamachem.

Cieszę się, że sprawy układają się właśnie w taki sposób i przy okazji życzę Wam wszystkiego, co najlepsze w 2014 roku! A jego początek niech będzie taki, jak sobie wymarzyliście!

Sylwester 2013/2014

Od lat miałem takie marzenie, żeby spędzić Sylwestra na pokładzie samolotu, zmieniając przy tym strefy czasowe. Wygląda na to, że w końcu stanie się ono rzeczywistością. :D A wszystko w drodze do miasta, do którego uwielbiam wracać – Tokio. Co jest takiego niezwykłego w tej podróży? Otóż gdy za jakiś czas ktoś zapyta, gdzie w tym roku przywitałem północ, to z czystym sumieniem będę mógł odpowiedzieć, że nigdzie – ustawiłem sobie loty w taki sposób, żeby w wyniku zmiany stref czasowych przeskoczyć tę godzinę. :D Przyznajcie, że to piękny plan, a dla mnie tym piękniejszy, że chciałem go wdrożyć już od kilku lat i jakoś nigdy się nie udawało. ;)

Historia moich nietypowych Sylwestrów ma już niemalże dekadę. Zamiast imprezować w klasycznie rozumiany sposób, staram się doświadczać tej nocy czegoś niezwykłego. Zawsze są to pomysły, na które wpadam na kilkadziesiąt godzin przed ich wdrożeniem i czasem mają bardzo kameralny charakter (np. organizowany dwa lata temu Sylwester w kapsułach albo zeszłoroczny spontaniczny wyjazd do Berlina i powrót po kilku godzinach), a czasami wręcz przeciwnie (na grilla w strojach wieczorowych na wysypisku śmieci przybyło niemalże trzydzieści osób, a wszystkie dowiedziały się o tej imprezie w ostatniej chwili). Każde z tych wydarzeń miało swój unikalny charakter i każde zapisało się w mojej pamięci w inny sposób.

Cieszę się, że do tej listy wkrótce dołączy Sylwester na pokładzie samolotu zmieniającego strefy czasowe, ponieważ w odróżnieniu od pozostałych nietypowych pomysłów, ten nie jest czymś, co przyszło mi do głowy w ostatniej chwili, lecz jest wydarzeniem od dawna wyczekiwanym. I choć tyle razy wydawało się, że oto w końcu się uda, to jednak wyprawa ta nigdy nie dochodziła do skutku. Teraz jestem tak blisko, jak nigdy przedtem – mam już przecież bilety.

Trzymajcie kciuki, żeby moje największe sylwestrowe marzenie się spełniło!