Archiwa

Zaczynam poprawiać tekst „Rezydencji”, który wrócił do mnie z korekty

Niebawem minie miesiąc od premiery „I nagle wszystko się kończy”. Są już pierwsze recenzje (pozytywne i pełne entuzjazmu!), a ja powoli przygotowuję się do przyszłorocznej publikacji. Tak jak wspominałem w jednym z poprzednich wpisów, będzie to książka zatytułowana „Rezydencja”, a jej przedpremierę ponownie chciałbym zorganizować za pomocą platformy crowdfundingowej wspieram.to.

Historia powstawania tego tekstu jest dosyć ciekawa. Od kilku lat okresem, w którym jestem szczególnie płodny litracko jest coroczny sierpniowy wyjazd nad morze. To właśnie tam powstała większa część „Defektu pamięci” (2010) oraz spora część „Rekonstrukcji” (2012). W tym roku zacząłem tam pisać tekst, który stał się punktem wyjścia dla „Rezydencji”. Problem polegał na tym, że niezbyt dobrze mi to szło.

Specyfika mojej pracy nad morzem co roku wyglądała tak, że o poranku zaczynałem pracę nad tekstem, a gdy wyrabiałem niezbędne minimum, mogłem sobie pozwolić na czas wolny. Oczywiście często przekraczałem założoną poranną normę i jakby tego było mało, wielokrotnie siadałem do pisania ponownie również po południu lub wieczorem. W rezultacie co roku byłem zadowolony z pracy. Tymczasem w 2013 już na samym początku co chwila borykałem się z brakiem weny, aż w końcu stwierdziłem, że nie ma co się męczyć, lepiej cieszyć się wyjazdem, a do tekstu wrócić w późniejszym terminie. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. W drugiej połowie sierpnia – już po powrocie do Warszawy – przejrzałem to, co powstało nad morzem (nie było tego mało, nie było tego dużo) i zabrałem się za rozbudowywanie opowieści. Nie powiem, żebym pałał do tej pracy entuzjazmem, ale pomyślałem wówczas, że dobrze by było uratować ten tekst. Chciałem otrzymać przynajmniej średniej jakości opowiadanie.

I wiecie co? Nawet nie wiem, w którym momencie to się stało, ale nagle ten tekst zmienił się w jedną z najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek napisałem! Z rezultatów mojej pracy byłem tak dumny, że przez chwilę zaczęły nawet odciągać moją uwagę od „I nagle wszystko się kończy”, a to przecież na wydaniu tego zbioru opowiadań miałem wówczas skupiać swoją uwagę.

Teraz, gdy „I nagle wszystko się kończy” z powodzeniem udało się wprowadzić do sprzedaży, mogę zwrócić się ku kolejnemu celowi. A tym jest właśnie wydanie „Rezydencji”. Powstała rzecz dłuższa niż najdłuższe z moich opowiadań i krótsza niż najkrótsza z moich powieści. Wielowątkowa, treściwa i z niezwykłym klimatem. To jest materiał na samowystarczalną książeczkę.

We wrześniu przejrzałem materiał i wprowadziłem do niego poprawki, przygotowując tym samym finalną wersję roboczą. Kilka dni temu wysłałem całość do firmy zajmującej się sprawdzaniem tekstów pod kątem poprawności językowej i dziś otrzymałem informację zwrotną. Teraz przechodzę przez uwagi korektorki i zastanawiam się, które modyfikacje wprowadzić. To bardzo żmudna robota. Tak jak kiedyś wspominałem na blogu, zależy mi na tym, żeby mój tekst wciąż pozostał moim tekstem. Dlatego też nie chodzi tu o przerabianie całych akapitów, zdań, czy też podmienianie słów, żeby wszystko brzmiało lepiej. Zależy mi przede wszystkim na wykryciu błędów, poprawieniu tego, co jest niedopuszczalne. Cała reszta powinna zostać tak, jak ją napisałem. Tylko wtedy będę miał poczucie, że to wciąż mój tekst. Biorę pełną odpowiedzialność zarówno za niedoskonałości mojego stylu, jak i za jego zalety.

Przewodnik po wyścigach konnych – Część 3: Pieniądze

W tym odcinku będzie o pieniądzach, ale nie o tych, które gracze zostawiają w kasach zakładów wzajemnych, lecz o tym wszystkim związanym z finansami, co dzieje się za kulisami. A dzieje się naprawdę sporo!

Zacznijmy od spraw najprzyjemniejszych, czyli od nagród. Na wyścigach mogą zarobić nie tylko gracze, ale też osoby bezpośrednio powiązane z daną gonitwą (właściciele koni, trenerzy, jeźdźcy). Czasem są to bardzo duże pieniądze, a innym razem… tylko spore. Pula nagród w wyścigach waha się od kilku tysięcy złotych w małych gonitwach, do nawet kilkudziesięciu tysięcy w tych największych. Tegoroczna Wielka Warszawska była pod tym względem chyba rekordowa. Łączna suma nagród wyniosła 250 000 złotych, z czego za pierwsze miejsce można było otrzymać 100 000 zł. Z reguły punktowane są pierwsze trzy miejsca, ale oczywiście bywa różnie. Czasami można dostać pieniądze również za czwarte, piąte, a w teorii również za dalsze miejsca. Regulamin wyścigów konnych dopuszcza też przyznawanie nagród rzeczowych.

Kluczowe pytanie brzmi: kto zgarnia pieniądze? Wygraną dzielą się trenerzy, jeźdźcy (albo powożący, jeśli jest to wyścig kłusaków) oraz właściciele. Tej kwestii nie reguluje już regulamin wyścigów konnych, lecz regulamin organizatora (czyli regulamin toru). Przyjęło się, że 85% kwoty otrzymuje właściciel konia, 10% trener, a 5% przypada jeźdźcowi. Niestety, mam złą wiadomość dla jeźdźców amatorów (czyli niepobierających wynagrodzenia za jazdę i nie dosiadających koni zawodowo w okresie ostatnich trzech lat). Otóż w przypadku wygranej jeźdźca amatora, nagrodę przysługującą jeźdźcowi otrzymuje właściciel konia.

Skoro już poruszyłem kwestię jeźdźców, to od razu wspomnę, że otrzymują oni również pieniądze za tzw. dosiad, czyli za sam fakt udziału w wyścigu. Jest to zazwyczaj kilkaset złotych, a więc na pierwszy rzut oka niewiele, ale pamiętajmy, że danego dnia jeździec może wziąć udział w kilku gonitwach. Załóżmy, że wystartuje w trzech-czterech w sobotę i w trzech-czterech w niedzielę i już w trakcie jednej służewieckiej dwudniówki z kilkuset złotych zrobi się kilka tysięcy. A weekendów w miesiącu jest przecież więcej!

Na wypłacenie nagród organizator wyścigów (czyli tor, a tych mamy w Polsce cztery – w Warszawie, Sopocie, Wrocławiu i Krakowie) ma 21 dni od dnia ogłoszenia wyników gonitwy, lecz regulamin wyścigów konnych podkreśla, że ma się to stać nie wcześniej niż 7 dni od dnia ogłoszenia tych wyników. Wyjątkiem od tej reguły jest sytuacja, w której koń zostaje poddany próbie dopingowej. Wtedy z wypłatą nagród należy poczekać do czasu zakończenia procedury. Jeśli właściciel zdążył podjąć nagrodę, która mu nie przysługuje, to musi zwrócić ją w ciągu 48 godzin. Natomiast wszelkie nagrody nie podjęte w ciągu dwóch lat przepadają.

Jeśli jakiś koń został zdyskwalifikowany (na przykład z powodu wspomnianego dopingu), to nagrody przechodzą na następne konie w kolejności, w jakiej osiągnęły celownik za koniem zdyskwalifikowanym. To chyba oczywiste, że gdy koń, który zajął trzecie miejsce zostaje skreślony z listy zwycięzców, to nagroda przechodzi na tego, który dobiegł jako czwarty.

Wspominałem o tym, co dzieje się z pieniędzmi, gdy któryś z koni zostaje zdyskwalifikowany, ale nie napisałem nic o sytuacji, w której kilka koni zajmuje to samo miejsce. Owszem, taka ewentualność może mieć miejsce – dzieje się to wtedy, gdy konie dobiegają do celownika „łeb w łeb” (odległości pomiędzy końmi określa sędzia u celownika). Czasem mogą to być dwa konie, a czasem więcej. Jak określić, co dzieje się wtedy z pieniędzmi? Otóż gdy dwa konie zajmą pierwsze miejsce, należy zsumować pierwszą i drugą nagrodę oraz podzielić ją na równe części. Jeśli pierwsze miejsce zajmą trzy konie, należy zsumować pierwszą, drugą i trzecią nagrodę i w analogiczny sposób podzielić je na równe części (tym razem na trzy, a nie na dwie). Dalej postępujemy podobnie (gdy pierwsze miejsce zajmą cztery konie, sumujemy cztery nagrody i dzielimy na cztery równe części). Podobnie dzieje się, gdy konie zajmą „łeb w łeb” drugie miejsce. W tym przypadku sumujemy drugą i trzecią nagrodę oraz dzielimy ją na dwie równe cześci. To jest naprawdę proste i intuicyjne, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się zagmatwane.

No dobrze, było już na temat tego, co przyjemne, to teraz czas na kilka słów o tym, w jaki sposób pieniądze można nie zyskać, lecz stracić. I nie mam tu na myśli pozostawienia całej nagrody z poprzedniego wyścigu w kasie zakładów wzajemnych. Tematem, który chcę teraz poruszyć, będą kary pieniężne.

Zacznę od tego, że kary pieniężne są tylko jednym z kilku rodzajów kar dyscyplinarnych dopuszczanych przez regulamin wyścigów konnych. Za karanie odpowiedzialna jest komisja techniczna, która ma do dyspozycji następujące „kije” (opisane nie w regulaminie wyścigów konnych, lecz w ustawie o wyścigach konnych): upomnienie, naganę, karę pieniężną, zawieszenie (tzn. zawieszenie zezwolenia na kierowanie stajnią wyścigową, zawieszenie licencji na trenowanie koni, zawieszenie licencji sędziowskiej, zawieszenie licencji na dosiadanie lub powożenie koni), pozbawienie praw (prawa trenowania koni, prawa pełnienia funkcji sędziego, prawa dosiadania lub powożenia koni). Skupię się tutaj na kwestiach finansowych, ale zanim to zrobię, podkreślę różnicę pomiędzy „zawieszeniem” a „pozbawieniem praw”. Otóż zawieszenie obowiązuje jedynie przez jakiś okres czasu (nie dłużej niż przez rok), natomiast pozbawienie praw wiąże się z permanentnym odebraniem stosownej licencji.

No dobrze, to ile właściwie można stracić? Tę kwestię również reguluje ustawa o wyścigach konnych, która mówi wyraźnie, że kara pieniężna może wynosić od 50 zł do równowartości sumy nagród w w wyścigu, w którym naruszono przepisy regulaminu wyścigów konnych. Przeglądając program gonitw odbywających się w typowy weekend można więc z przerażeniem stwierdzić, że teoretycznie kara pieniężna może wynieść nawet kilka tysięcy złotych. W praktyce jednak nigdy tak się nie dzieje i zazwyczaj są to trzycyfrowe kwoty. W ramach ciekawostki przypomnę jeszcze, że wyścigiem z największą pulą nagród jest Wielka Warszawska, w której ostatnio do zgarnięcia było łącznie 250 000 złotych. Wnioski wyciągnijcie z tego sami. ;)

To może jakieś konkrety z taryfikatora? Bardzo bym chciał, ale żadnego „cennika” w tym przypadku nie ma. Wysokość kary jest arbitralną decyzją komisji technicznej. Oczywiście pewnym punktem odniesienia powinny być wcześniej wymierzone kary, bo dobrze by było, gdyby sędziowie działali w sposób konsekwentny, ale nie zmienia to faktu, że nie istnieje żadna uniwersalna rozpiska dotycząca tego, jak należy karać za poszczególne przewinienia. Jeśli zatem chcielibyśmy działać z taką samą surowością, co nasi poprzednicy, to należałoby poprzeglądać dotychczasowe komunikaty komisji technicznej, gdzie podawane są konkretne „wyroki”. Można je znaleźć w biuletynie PKWK (Polskiego Klubu Wyścigów Konnych, czyli Jockey Clubu), a także w programach wyścigowych. Informacje na temat kar przyznawanych przez komisję techniczną podawane są również poprzez radiowęzeł, gdzieś pomiędzy informacjami o wynikach kolejnych gonitw.

Konkretny cennik istnieje natomiast w przypadku wszelkiej maści opłat, które należy wnosić w związku z wyścigami. I tak na przykład licencja sędziowska na dany rok kalendarzowy kosztuje 50 zł, za licencję trenerską należy zapłacić 300 zł, a licencja jeździecka (powożącego) to koszt 100 zł. Zgłoszenie konia do wyścigów krajowych w danym roku kosztuje 100 zł, jeśli nastąpi do 31 stycznia, natomiast jeśli się spóźnimy i zechcemy zrobić to po terminie, będziemy musieli uiścić stokrotność stawki podstawowej, czyli 10 000 zł. Płatna jest również rejestracja barw wyścigowych (przypisane są one do konkretnego właściciela) i kosztuje to 100 zł za nowe barwy lub 70 zł za przedłużenie tych już raz zarejestrowanych. Płacimy za wyrobienie paszportu konia (52,29 zł) oraz za wydanie jego duplikatu (81 zł). Zmiana właściciela konia będzie kosztowała nas 60 zł, a rodowód konia do piątego pokolenia otrzymamy za 50 zł. Płatny jest też dokument RCN (Racing Clearance Notification), bez którego nasz koń nie będzie mógł wystartować za granicą (40 zł). To oczywiście jedynie część opłat. Płaci się również za szereg innych rzeczy związanych z prowadzeniem Ksiąg Stadnych oraz sprawami hodowlano-wyścigowymi, ale nie ma sensu wymieniać tu ich wszystkich.

Opłaty ponoszą też organizatorzy wyścigów konnych, czyli poszczególne tory. Za sam fakt wpisania do rejestru organizatorów wyścigów konnych płacimy od 3600 zł (gdy planujemy do 8 gonitw w danym roku kalendarzowym), aż do 240 000 zł (gdy zechcemy zorganizować u siebie ponad 770 gonitw). Oczywiście oprócz dokonania stosownych opłat, musimy posiadać również obiekt spełniający konkretne warunki.

Jak więc widzicie, pewne sprawy są dokładnie wycenione, a w przypadku innych wszystko zależy od subiektywnej oceny sędziów. Jednak przyglądając się poszczególnym wartościom liczbowym pamiętajmy, że w świecie wyścigów konnych są też rzeczy, którym nie da się przyczepić metki z ceną. Chyba wszyscy – zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści, pasjonaci oraz „niedzielni gracze” – zgodzą się co do tego, że piękno tego, co dzieje się na torze, jest bez cienia wątpliwości bezcenne.

Przewodnik po wyścigach konnych – Część 2: Koń na torze

W poprzednim odcinku poruszyłem kwestię poszczególnych rodzajów sędziów wyścigowych, pokazując tym samym, że w wyścigach konnych wiele rzeczy jest znacznie bardziej skomplikowanych, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. W niniejszym tekście chciałbym kontynuować ten trend, a to wszystko na przykładzie sytuacji, w której teoretycznie na żadne niuanse nie powinno być miejsca. O co chodzi? O to, co dzieje się z koniem od momentu wejścia na bieżnię toru aż do zejścia z niej.

Zapytacie, gdzie tu jest filozofia? Koń wchodzi na tor, idzie na miejsce startu, zaczyna bieg, później ten bieg kończy i to by było na tyle. Bardziej doświadczeni z Was mogliby jeszcze mówić tu o wprowadzaniu koni do boksów, oczekiwaniu na sygnał startowy albo o rozmaitych wypadkach, które mogą mieć miejsce na torze (kontuzja konia, upadek jeźdźca). Prawda jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Wyobraźmy sobie bowiem sytuację, w której w gonitwie startuje dziesięć koni, a po ogłoszeniu wyników mamy informację jedynie o dziewięciu obsadzonych miejscach. Co stało się z tym jednym koniem? Ktoś powie, że został zdyskwalifikowany, ktoś powie, że nie wystartował, a ktoś inny zaryzykuje stwierdzenie, że nie ukończył gonitwy. Kto będzie miał rację? Za chwilę wszystko wyjaśnię.

Dla uproszczenia skupię się tutaj na gonitwach płaskich galopem, które są najczęstszym rodzajem gonitw odbywających się na służewieckim torze (pozostałe to gonitwy płaskie kłusaków, gonitwy płotowe oraz gonitwy z przeszkodami).

Dla konia cała zabawa rozpoczyna się już na 30 minut przed gonitwą, ponieważ to najpóźniej wtedy musi być przyprowadzony na miejsce wskazane przez organizatora. Kolejne etapy przygotowań do gonitwy sygnalizuje sędzia u wagi. Gdy rozlega się pierwszy sygnał, koń powinien być osiodłany i wyprowadzony na padok (to właśnie tam gracze mogą obejrzeć konie przed gonitwą). W tym miejscu warto wspomnieć, że regulamin wyścigów podkreśla, że osiodłanie musi mieć miejsce w „miejscu do tego wyznaczonym przez organizatora wyścigów lub w stajni”. W praktyce zazwyczaj odbywa się to w stajni. Komisja techniczna może wyrazić jednak zgodę na siodłanie konia w innym miejscu, ale uprzednio trzeba złożyć do niej stosowny wniosek. Za prawidłowe osiodłanie konia odpowiada trener, ale jeździec powinien je sprawdzić. Niedopełnienie tych obowiązków skutkuje karą wyznaczaną przez komisję techniczną.

Po drugim sygnale konie powinny być już całkowicie przygotowane do gonitwy. Jakiś czas później rozlega się trzeci sygnał, który jest znakiem do wprowadzenia koni na tor wyścigowy. Konie wprowadzane na tor przejeżdżają przed komisją techniczną, która sprawdza takie rzeczy jak barwy, wyposażenie jeźdźców, prawidłowość osiodłania, czy też po prostu obecność poszczególnych koni.

Od momentu znalezienia się konia na bieżni toru wyścigowego, pozostaje on w dyspozycji sędziego startera. Koń pozostaje w niej do momentu prawidłowego (!) wystartowania. Są jednak sytuacje, w których koń może zostać zwolniony z dyspozycji sędziego startera wcześniej. Dla konia równoznaczne jest to ze słowami „do widzenia”.

Może to zrobić komisja techniczna, gdy jej zdaniem wystąpią okoliczności uniemożliwiające koniowi udział w gonitwie lub jeśli stanie się coś, co naruszy zasadę równości szans poszczególnych koni. Ta „równość szans” jest zresztą czymś, co w regulaminie wyścigów konnych jest bardzo mocno podkreślane.

Najczęściej jednak konie zwalniane są z dyspozycji sędziego startera nie przez komisję techniczną, lecz przez samego sędziego startera. Nie znam statystyk, ale z moich obserwacji wynika, że dzieje się to najczęściej wtedy, gdy koń nie chce wejść do maszyny startowej. Regulamin mówi o trzech sytuacjach: 1) opóźnianiu przez jeźdźca podejścia do maszyny startowej lub przeszkadzaniu w dokonaniu szybkiego i prawidłowego startu (na wprowadzenie koni do maszyny startowej przeznacza się 5 minut, a w uzasadnionych przypadkach 10), 2) nagłym zachorowaniu jeźdźca lub konia, 3) innych uzasadnionych przypadkach, po uprzednim zawiadomieniu komisji technicznej. W tym momencie warto wspomnieć, że sędzia starter ma obowiązek poinformowania komisji technicznej o zwolnieniu konia ze swojej dyspozycji najlepiej jeszcze przed startem, a jeśli nie będzie to możliwe, to najpóźniej bezpośrednio po zakończeniu gonitwy.

Wróćmy zatem do sytuacji opisanej na początku niniejszego tekstu i zapamiętajmy: jeśli z jakiegokolwiek powodu (kontuzja, nieodpowiednie przygotowanie, niemożność wejścia do maszyny) koń będzie zmuszony opuścić bieżnię toru jeszcze przed prawidłowym wystartowaniem, to takiego konia uznajemy za zwolnionego z dyspozycji sędziego startera i nie możemy powiedzieć, że brał udział w gonitwie. Pamiętajmy jednak, że koń, który choćby przez chwilę był w dyspozycji sędziego startera nie może uczestniczyć w gonitwie dla koni, które nie biegały (dla debiutantów).

No dobrze, ale załóżmy, że koń szczęśliwie wszedł do maszyny i czekamy na moment otwarcia się drzwiczek, czyli chwilę, w której zaczyna się gonitwa i zaczyna być liczony czas. Czy na tym etapie coś jeszcze może pójść nie tak? Oczywiście!

Drzwiczki się otwierają, gonitwa startuje, konie ruszają przed siebie. Nie wszyscy wiedzą, że na osiemdziesiątym metrze wyścigu stoi sobie taki pan z chorągiewką. Nazywany jest sędzią kontrstarterem. Pełni on szereg funkcji. Przede wszystkim, jeśli sędzia starter stwierdził, że start nastąpił w sposób naruszający zasadę równych szans (mówiłem, że bardzo zwraca się na to uwagę), czyli np. któreś z drzwiczek się nie otworzyły albo jakiś koń został wprowadzony do maszyny nie pod kontrolą sędziego startera, taki start powinien zostać uznany za nieważny. Głosem oraz podniesieniem chorągiewki sędzia starter daje znak kontrstarterowi i tym samym nakazuje zawrócenie koni na miejsce startu. Kontrstarter podnosi trzymaną przez siebie chorągiewkę, wysyłając w ten sposób stosowny komunikat do jeźdźców.

Jeśli jakiś koń minie kontrstartera i nie powróci na miejsce startu, komisja techniczna uznaje go za zwolnionego z dyspozycji startera. A co jeśli ten błąd popełni więcej niż jeden jeździec? No cóż, widziałem w zeszłym roku taki wyścig, w którym niemalże wszystkie konie dobiegły do celownika, a wyścig musiał zostać powtórzony i pobiegły w nim tylko dwa. Nie pamiętam w tej chwili przyczyny takiego stanu rzeczy, ale pokazuje to, że czasami na torze mają miejsce sytuacje przedziwne. W każdym razie zapamiętajcie – chorągiewka w górze oznacza, że trzeba wrócić na start, bo jeśli miniecie osiemdziesiąty metr, zostaniecie uznani za zwolnionych z dyspozycji sędziego startera. Może to się wydawać niezbyt logiczne, bo przecież „zwolnienie” następuje już w momencie otwarcia bramek, ale pamiętajcie, że gdy start zostaje uznany za nieważny, to wszystko zaczyna się od początku i koń na nowo trafia do dyspozycji startera (a przynajmniej moim zdaniem tak na logikę należy interpretować te przepisy). Poza tym kluczowe wydaje się tu określenie „uznany za zwolnionego z dyspozycji” a nie „zwolniony z dyspozycji”.

Natomiast jeśli start nastąpił prawidłowo, to każdy koń, który minął kontrstartera, uznany jest za konia uczestniczącego w gonitwie. Nawet jeśli zdarzy się tak, że koń nie ukończy gonitwy (np. w wyniku kontuzji), to i tak wraz z minięciem kontrstartera taki start mu się liczy. Warto rozróżnić tu dwie sytuacje: 1) koń, który startuje, mija kontrstartera i zbacza z toru gonitwy lub nie osiąga celownika to koń, który uczestniczył w gonitwie, ale jej nie ukończył, 2) koń, który startuje, mija kontrstartera, nie zbacza z toru i osiąga celownik, to koń, który uczestniczył w gonitwie i ją ukończył.

Tak więc kolejna rzecz do zapamiętania: minąłeś kontrstartera = uczestniczyłeś w gonitwie. Minąłeś kontrstartera oraz celownik = ukończyłeś gonitwę.

A co stanie się, gdy jakiś koń po otwarciu bramek nie wystartuje albo zatrzyma się lub zboczy z wyznaczonego toru już na samym początku? Przecież nie można uznać go za biorącego udział w gonitwie (bo nie minął osiemdziesiątego metra), ale nie można go też zwolnić z dyspozycji (bo start nastąpił prawidłowo). W takiej sytuacji mówimy, że dany koń pozostał na starcie. To całkiem logiczne, prawda? Wyścig się zaczął, koń nie pobiegł, a więc pozostał na starcie. Łatwo zapamiętać.

Wróćmy jeszcze do tych pierwszych osiemdziesięciu metrów. Są one ważne również z innego powodu. Otóż aż do minięcia sędziego kontrstartera konia należy prowadzić tym samym torem. Jednym słowem konie biegną po linii prostej, żadnego schodzenia do kanatu (czyli do wewnętrznej bandy). Właśnie tego dotyczy przepis mówiący o uznaniu konia za pozostawionego na starcie. Oczywiście w późniejszej fazie wyścigu zmiana toru i zbliżanie się do kanatu są w pełni dozwolone, pamiętać jednak należy o tym, że nawet wtedy nie można przeszkadzać innym koniom. Dlatego wszelkie strategie typu „zajeżdżanie drogi” nie wchodzą w grę. Regulamin mówi wprost o nieprzeszkadzaniu innym koniom (wyszczególniając potrącanie, przyciskanie do bandy, zajeżdżanie drogi). Zakazuje też odprowadzania na zewnętrzną stronę toru, co zapewne powiązane jest z obowiązkiem stosowania przez jeźdźców takiej taktyki, która umożliwia maksymalne wykorzystanie możliwości dosiadanych przez nich koni. Mówi się też o obowiązku wykazywania poprawnej taktycznie oraz technicznie jazdy. Dlatego odpada wycofywanie koni oraz gwałtowne przyspieszanie w początkowej oraz środkowej fazie gonitwy (bez uzasadnionej przyczyny). Pod koniec niniejszego tekstu wyjaśnię, skąd takie obostrzenia, bo rozumiem, że to może dziwić. W końcu to powinna być moja sprawa, czy wygram, czy może zdecyduję się ułatwić sprawę przeciwnikom. W wielu sportach jest to dozwolone, ale nie w wyścigach konnych. Tu grożą za to poważne konsekwencje. Zagadkowa sprawa? Możliwe, ale zapewniam, że za chwilę wszystko stanie się jasne. Najpierw tylko wspomnę jeszcze o kilku innych rzeczach, które są zakazane w trakcie gonitwy. Tak więc jeźdźcy nie mogą poganiać konia ręką, uderzać go wodzami, płoszyć innych koni, nadużywać bata w stosunku do dosiadanego konia, uderzać konia w sposób mogący spowodować obrażenia, a także – co ciekawe – uderzać konia batem, gdy ten nie przyspiesza, został pokonany lub z przewagą wygrywa gonitwę. Tak więc konie mogą być spokojne, że żaden frustrat nie będzie bił ich tylko za to, że są gdzieś bardzo daleko za innymi uczestnikami wyścigu. Nie będzie też żadnego przyspieszania wbrew sobie – jak koń się uprze i zdecyduje się nie przyspieszać po kilku pierwszych uderzeniach, to jeździec nie może już nic zrobić i pozostaje mu jedynie uszanowanie woli konia. Jest również zła wiadomość dla niepewnych siebie dupków, którzy będą chcieli okładać konia batem pod koniec wyścigu „tak na wszelki wypadek”, choć zajmowana przez nich pierwsza pozycja jest raczej niezagrożona. O tym, że zakazane jest stwarzanie sytuacji niebezpiecznych dla jeźdźców oraz koni chyba nawet nie muszę wspominać, prawda? Za wszelkie wymienione tu przewinienia grożą sankcje. Komisja techniczna ma prawo wymierzać kary, a także wpływać na wynik gonitwy (np. koń, który zajechał innemu drogę, może zostać na tablicy wyników przesunięty bezpośrednio za konia, któremu przeszkadzał).

Jednak dokonanie któregoś z powyższych przewinień nie oznacza, że koń zostanie poddany dyskwalifikacji. Przeważnie kończy się na upomnieniach i grzywnach dla jeźdźców, choć oczywiście dyskwalifikacje również się zdarzają. Chyba najczęściej dzieje się to w przypadku gonitw dla kłusaków (gdy koń przejdzie z kłusu w galop), ale nie będę drążył tego tematu dalej, ponieważ na początku obiecałem, że skupię się tu wyłącznie na gonitwach rozgrywanych galopem. Tak więc koń może zostać zdyskwalifikowany ze względów formalnych (trener lub jeździec nie posiadał licencji, koń nie został do gonitwy zapisany albo zapis został uznany za nieważny). Koń może zostać zdyskwalifikowany, bo w trakcie wyścigu było coś nie tak (przestał galopować i przeszedł w inny bieg, biegł na środkach dopingujących i próba to wykazała, został niewłaściwie okuty, był prowadzony przez jeźdźca tak, że przeszkadzał innemu koniowi, który przez to nie ukończył gonitwy). Podstawą do dyskwalifikacji są również rozmaite problemy związane z wagą niesioną przez konia (nie sprawdzono wagi jeźdźca, koń niósł wagę niższą niż wynikająca z warunków gonitwy, wystąpiła różnica w wadze jeźdźca przed gonitwą oraz po niej). Koń zostaje zdyskwalifikowany również wtedy, gdy nie spełniał warunków określonych dla danej gonitwy (czyli np. starszy koń pobiegł w gonitwie dla młodych koni, koń nie będący debiutantem pobiegł w gonitwie dla debiutantów, klacz pobiegła w gonitwie dla ogierów itp.).

Są jeszcze dwa przypadki, w których mówi się o dyskwalifikacji konia, ale szczerze mówiąc nie jestem pewien, w jaki sposób należy je interpretować. Pierwsza sytuacja to taka, w której koń zostaje z gonitwy wycofany (konia zapisać do gonitwy oraz z niej wycofać może tylko właściciel). Zastanawia mnie to, ponieważ wycofane konie nie biegną w gonitwie. Dyskwalifikacja wydaje mi się dosyć mocnym słowem w kontekście dobrowolnego wycofania konia z gonitwy jeszcze przed jej startem. Druga kwestia to fakt, że koń zostaje zdyskwalifikowany także wtedy, gdy został zwolniony z dyspozycji sędziego startera. Dlaczego te dwa zapisy mnie dziwią? Ano dlatego, że regulamin mówi wyraźnie, że dyskwalifikacji podlegają tylko te konie, które osiągnęły celownik. Być może jest w tych przepisach coś, czego nie jestem w stanie dostrzec, ale jak w tym kontekście dyskwalifikacji może zostać poddany koń, który na torze nawet się nie pojawił (bo został wycofany) lub z toru zszedł jeszcze przed startem (bo został zwolniony z dyspozycji sędziego startera). Takie konie przecież nawet nie miały szans zobaczyć celownika, a co dopiero do niego dobiec.

Gdy gonitwa dobiegnie końca, jeźdźcy muszą ponownie udać się do sędziego u uwagi, gdzie sprawdzane jest, czy po gonitwie ważą dokładnie tyle samo, co przed nią. Podczas schodzenia z toru nie wolno im zsiadać z konia, gdyż grozi za to wezwanie do komisji technicznej. Zejście z konia oraz jego rozsiodłanie następuje dopiero po podjechaniu do wagi i musi być wykonane przez jeźdźca osobiście. Oczywiście zdarzają się wyjątki, np. jeśli jeździec spadnie z konia, to trudno, żeby później o własnych siłach fatygował się do wagi. Wtedy za zgodą komisji technicznej rozsiodłania może dokonać inna osoba.

Przez cały czas ważenia jeźdźcy pozostają w dyspozycji sędziego u wagi. Nie wolno im opuścić miejsca ważenia do czasu zwolnienia ich przez sędziego z dyspozycji (czyli do momentu zważenia wszystkich jeźdźców). Dopiero wtedy można ponownie osiodłać konia i pójść świętować sukces.

Może jeszcze kilka słów na temat tego, kiedy konie pobiegły na marne (czyli kiedy gonitwa uznana jest za nieważną). Decyzję o unieważnieniu gonitwy podejmuje komisja techniczna. Otóż może zdarzyć się to w czterech przypadkach: 1) gdy żaden z koni biorących udział w gonitwie nie spełniał jej warunków (czyli np. nie zgadzał się wiek konia, koń pełnej krwi angielskiej omyłkowo trafił do gonitwy dla koni arabskich itp.), 2) gdy wszystkie konie, pomimo sygnału kontrstartera, nie powróciły na miejsce startu (czyli pan stojący na osiemdziesiątym metrze podnosi chorągiewkę, a wszystkie konie go mijają), 3) każdy z koni biorących udział w gonitwie został zdyskwalifikowany (np. nie zgadzała się waga jeźdźca przed gonitwą i po gonitwie, konia zapisała do gonitwy nieuprawniona osoba i jakimś cudem to przeszło, koń był niewłaściwie okuty, przyjął niedozwolone środki dopingujące itd.), 4) Gonitwa odbyła się na innym dystansie niż ustalono w warunkach gonitwy (wyobraźcie sobie, że konie mają biec na 1600 metrów, a komuś się coś pomyliło i ustawił maszynę startową w odległości 2400 metrów od celownika). Oczywiście, jeśli gonitwa zostanie uznana za nieważną, to istnieje możliwość odwołania się od takiej decyzji. Odwoływać się może właściciel konia poprzez złożenie stosownego wniosku do komisji technicznej. O odwołaniach wspominałem co nieco w poprzednim odcinku i to właśnie tam odsyłam zainteresowanych.

Na koniec obiecane wyjaśnienie, dlaczego tak dużą rolę przykłada się do taktyki umożliwiającej maksymalne wykorzystanie możliwości dosiadanych koni. Odpowiedź na pytanie, dlaczego jeździec nie może dążyć do przegrania wyścigu, nawet jeśli właściciel nie ma nic przeciwko, jest bliżej niż mogłoby się wydawać. Co sprytniejsi powiedzą, że to po to, aby zapobiec ustawianiu gonitw. Przecież właściciel mógłby zgłosić do wyścigu kilka koni i swobodnie ustawiać ich kolejność! Oczywiście to też jest powód, ale najważniejsza przyczyna kryje się już w samej definicji wyścigów konnych oraz celu, w jakim są organizowane.

No właśnie, po co właściwie te konie się ścigają? Odpowiedź jest zaskakująca nawet dla wieloletnich graczy. Otóż, według definicji, gonitwy są publicznymi próbami, których zadaniem jest ocena stopnia dzielności koni, natomiast wyścigi organizowane są w celu wybrania odpowiedniego materiału zarodowego dla ulepszania ras koni. Jednym zdaniem, rolą jeźdźca jest określenie potencjału konia, a świadome przegrywanie na pewno temu nie sprzyja. Zapamiętajcie więc, że to nie jest walka o pieniądze, czy też o miejsce w tabeli wyników. Przede wszystkim jest to walka o rozród.

Na konia, który wygra, czeka wniosek o zezwolenie na użycie nasienia do inseminacji. I to nie jeden, lecz wiele takich wniosków. Jest więc o co walczyć!