Archiwa

Wyścigi

Na wyścigach bywam od 2011 roku, czyli jest to już mój trzeci sezon. Początkowo podchodziłem do tego bardzo sceptycznie. Moja ex wielokrotnie namawiała mnie do tego, żeby tam się pojawić, ale jakoś nie mogłem zwizualizować sobie takiej wyprawy jako atrakcyjnej rozrywki. Aż w końcu pewnego dnia się skusiłem (było to w połowie sezonu w 2011 roku) i momentalnie wsiąkłem! Dobrze pamiętam swój pierwszy dzień na wyścigach. Zdaje się, że odbyła się tylko jedna gonitwa, a później zaczął padać deszcz i wyścigi musiały zostać przerwane. To był akurat ostatni dzień przed przerwą, która jest zawsze w połowie sezonu, więc na kolejną wizytę musiałem poczekać kilka tygodni, ale warto było. Od tamtej pory nie wyobrażam sobie letniego sezonu bez okazjonalnego wyjścia na wyścigi konne.

To jest prawdziwie magiczne miejsce, funkcjonujące niejako poza światem. Niezwykły klimat, specyficzna atmosfera, jakiej próżno szukać gdzie indziej. Tam czas się zatrzymał. Starsi panowie, którzy stanowią na torze większość, emanują wokół siebie aurą PRL-u. Starsze panie przynoszą torebki wypełnione ciasteczkami i zasiadają przy stolikach z widokiem na tor, niektórzy mężczyźni w średnim wieku jeszcze przed pierwszą gonitwą piją mocne trunki. Ale tor to również miejsce bardzo przyjazne rodzinom z dziećmi. Wydaje mi się, że organizatorzy kładą bardzo duży nacisk na ten aspekt. Przy okazji dużych gonitw na torze można natknąć się na wiele dodatkowych atrakcji – są niewielkie kramy, wata cukrowa, słodkości i grill. Można rozłożyć się z kocykiem i zrobić sobie piknik. Jest wesoło, gwarno i przyjaźnie. Przy kasach raz na jakiś czas przemknie obok Ciebie człowiek powtarzający na głos fałszywy „cynk” na temat którejś z gonitw albo ktoś inny rzuci swoją teorię na temat tego, dlaczego sytuacja na torze rozegrała się tak, a nie inaczej.

Szczególnie interesujące jest zestawienie ze sobą dni tak zwanych „dużych gonitw” z dniami, w które żadne duże gonitwy się nie odbywają i które nie są aż tak bardzo promowane. Na tych pierwszych pojawia się nawet kilka tysięcy widzów i jest to bardzo różnorodne towarzystwo, od niedzielnych graczy, po bywalców toru. Natomiast te mniej promowane dni przyciągają na tor przede wszystkim weteranów, którzy widzieli już niejedną gonitwę. Wtedy osób jest kilkaset lub jeszcze mniej i atmosfera jest zupełnie inna. W 2011 pod koniec sezonu były organizowane dodatkowe gonitwy również w środy. W środku tygodnia nie każdy może pozwolić sobie na wizytę na torze. Dodajmy do tego złą pogodę i otrzymamy esencję takiego dnia, kiedy to na torze pojawiają się wyłącznie „hardkorowcy”. Obie te skrajności, zarówno ta kolorowa familijna, jak i emerycko-hazardowa, mają swój urok.

Czasem bywam tam częściej, innym razem rzadziej. Są weekendy, w które jestem zarówno w sobotę jak i w niedzielę, ale czasami potrafi minąć kilka tygodni bez ani jednej wizyty. Chyba na początku sezonu człowiek jest bardziej stęskniony za gonitwami, a pod koniec jest mu szkoda, że sezon za chwilę się kończy i właśnie wtedy wpada częściej. Nie traktuję tego w kategoriach finansowych, więc obstawiam raczej rekreacyjnie, na podstawowej stawce 3 zł. Czasami są takie gonitwy, kiedy zwycięski koń jest bardzo łatwy do wytypowania. Wtedy zazwyczaj nie gram, ponieważ nie ma w tym żadnej zabawy. Ewentualnie wybieram jakiś bardziej złożony zakład, na przykład próbuję przewidzieć pierwsze trzy albo cztery konie, co jest sporym wyzwaniem. Gdy gonitwa ma swojego zdecydowanego faworyta, to za każde postawione 3 zł można wygrać np. 3,5 zł, więc jeśli ktoś chciałby coś na wyścigach zarobić, to powinien w takiej sytuacji zagrać na wielokrotność stawki podstawowej i wówczas może zyskać więcej, ale oczywiście ryzykuje, bo a nuż faworyt nie dobiegnie jako pierwszy i będzie problem. Ale tak jak wspominałem, ja nie rozpatruję tego w kategoriach finansowych i zamiast wygrywać często, wolę wygrywać rzadziej, ale trafnie typując bardziej skomplikowane kombinacje. Jest wtedy niemała satysfakcja, że udało się prawidłowo rozgryźć sytuację.

Ale wyścigi to oczywiście ogromna loteria. Jasne, są pewne dane, na których się bazuje podczas zawierania zakładów (są one dostępne w programie wyścigowym), lecz jest również wiele informacji dostępnych jedynie tym, którzy mają „cynk ze stajni”. Wreszcie są też rzeczy, o których nie wie zapewne nikt oprócz właścicieli, trenerów i dżokejów. Na torze każdy ma swoją taktykę, ale prawda jest taka, że – jak to mawiał znany pisarz Charles Bukowski, który również był ogromnym fanem wyścigów – na całym przedsięwzięciu zarabiają przede wszystkim organizatorzy. ;) Gdy typujemy, mamy do dyspozycji historię startów konia, widzimy jak radził sobie w bieżącym oraz w poprzednim sezonie, jakie miejsca zajmował, jak wypadał na tle swoich konkurentów, jakie miał czasy na poszczególnych dystansach, w jakim stylu wygrywał (czy przychodziło mu to łatwo, czy trudno). Mamy też informacje na temat warunków atmosferycznych na torze podczas poprzednich wyścigów (czy może raczej tego, w jakim stanie był tor, czy był miękki, czy twardy, ale to jest oczywiście rezultatem takiej albo innej pogody) i możemy je porównywać z obecnymi. Są też dżokeje, spośród których jedni są bardziej, a inni mniej lubiani przez publiczność i czasami to właśnie informacja na temat tego, kto jedzie na danym koniu pozwala rozwiązać dylematy związane z typowaniem.

Czasem ciekawe rezultaty daje obstawianie na podstawie tego, w co grają inni. Na torze zainstalowane są monitory, na których widać, w jaki sposób widzowie typują. Nie znaczy to oczywiście, że zawsze warto stawiać na najpopularniejsze kombinacje. Mówię tu raczej o próbach odpowiedzenia sobie na pytanie, dlaczego typowania rozkładają się tak, a nie inaczej. Z tych liczb można wyekstrahować informację na temat fałszywego cynku, który ktoś puścił, albo wręcz przeciwnie, na temat dobrej informacji, którą znają tylko nieliczni gracze. Zachęcam do zwrócenia uwagi, jak duże różnice występują czasami pomiędzy typowaniem zwycięskiego konia (to popularny zakład grany przez nowicjuszy) oraz typowaniem np. pierwszej trójki albo pierwszej czwórki, które są zakładami częściej wybieranymi przez weteranów. Jeśli ci drudzy są pewni, że jakiś koń wygra, to zamiast grać na zwycięstwo tego konia, częściej pokuszą się o wytypowanie pierwszej trójki, przez co faworyt w zakładzie „zwycięstwo” może być zupełnie inny od faworyta z zakładu „trójka”.

Wreszcie można też obejrzeć konie na padoku, gdzie prezentowane są przez każdą gonitwą. Ich wygląd i zachowanie przed startem również mogą być wartościowymi wskaźnikami. Poza tym to świetna okazja do przyjrzenia się z bliska tym pięknym zwierzętom!

Jeśli chodzi o typowanie, to taktyk jest zapewne tyle, ile osób. Ja również mam swoje, które bezustannie ewoluują i zmieniają się. Opracowywanie nowych jest naprawdę fajną zabawą!

Gdy człowiek przychodzi na Służewiec już od jakiegoś czasu, to wiele spośród biegających tam koni zaczyna kojarzyć i może podejmować decyzje bez patrzenia w program. Ale oczywiście kojarzy się nie tylko konie, lecz również stałych bywalców. Jest taki człowiek – z kumplem nazywamy go Alibabą, ponieważ gdzieś kiedyś obiło nam się o uszy, że tak go nazywają, ale nikt z nas nie ma pewności, gdzie to usłyszał i czy rzeczywiście jest to jego prawdziwa ksywka. Alibaba to starszy człowiek, który zawsze chodzi po torze pewnym krokiem i zdaje się wszystko wiedzieć i wszystkich znać. Niemalże zawsze ma za sobą dwóch „przydupasów” (trudno powiedzieć, czy to za każdym razem te same dziadki, czy może inne). Jest prawdziwym Bogiem toru i widujemy go tam chyba za każdym razem. Ma w sobie coś magicznego i może to dobrze, że nie wiemy na jego temat nic więcej, bo szkoda, żeby ta magia gdzieś uleciała.

Podoba mi się klimat Służewca i chciałbym, żeby pozostał on bez zmian, ale z drugiej strony rozumiem, że organizatorzy miewają problemy finansowe, więc bezustannie poszukują sposobów na odświeżenie formuły, przyciągnięcie nowych ludzi. Starsi gracze umierają, co jest smutne na tyle różnych sposobów. Ze zniknięciem każdej z tych osób przepada również część klimatu Służewca. Organizatorzy starają się przyciągnąć nowe grupy ludzi, stawiają na rodziny z dziećmi. Na torze pojawia się też sporo pretensjonalnego hipsterstwa, co średnio pasuje do klimatu miejsca, ale jeśli jest to kompromis, na jaki trzeba się zgodzić, żeby organizatorzy dostali niezbędny zastrzyk gotówki, to jestem to w stanie zaakceptować. Ważne, żeby proporcje zostały zachowane i żeby wyścigi na Służewcu pozostały tymi naszymi niezwykłymi „Wyścigami”, z całą ich otoczką i atmosferą, a nie stały się po prostu zwykłym miejscem, w którym konie biegają, a ludzie wygrywają i przegrywają pieniądze.

Narzędzie zbrodni

Był środek nocy. Zatrzymaliśmy się na chodniku tuż obok parku. Dałbym głowę, że gdy kilkanaście minut wcześniej przechodziliśmy tą samą drogą, niczego na chodniku nie było, a jednak w drodze powrotnej już tam leżał. To dziwne. Przecież nawet w nocy nietrudno zauważyć zabawkę taką jak ta. Wiele razy w sklepach ze śmiesznymi rzeczami widywałem atrapę noża. Po przyłożeniu do jego ostrza siły, chowało się ono do trzonka.

Dziewczyna, którą poznałem tamtego wieczora, przez chwilę nie wiedziała, o co mi chodzi. Ja być może też, bo trochę już wypiłem. Za wszelką cenę chciałem zobaczyć, czy ta zabawka działa i czy ostrze schowa się, gdy przyłożę nóż do chodnika. Schyliłem się, chwyciłem za rękojeść i dopiero wtedy zauważyłem, że ostrze jest czymś umazane. Ciemna, zaschnięte plamy. Miałem nadzieję, że to nie była krew. Po przyciśnięciu noża do chodnika nic się nie stało. To nie była atrapa. To był prawdziwy nóż. Wypuściłem go z dłoni i pozwoliłem mu upaść. Nie chciałem mieć z tym przedmiotem nic wspólnego.

Dopiero jakiś czas później uświadomiłem sobie, że własnie zostawiłem na trzonku swoje odciski palców. Jeśli nóż rzeczywiście miałby okazać się narzędziem zbrodni, a mnie przyszłoby tłumaczyć się policji, to moja wymówka brzmiałaby jak jedna z najgorszych z możliwych.

Berlin x6

To będzie krótka opowieść o sześciu dziwnych, nietypowych i ciekawych rzeczach, które zwróciły moją uwagę podczas niedawnego pobytu w Berlinie.

1. Bułgarska knajpka w Neukölln. Trafiliśmy do niej przypadkowo. Wieczorem postanowiliśmy zaczepić przechodniów i poprosić o jakąś rekomendację. Zatrzymana przez nas para zasugerowała wizytę w pewnym lokalu znajdującym się nieopodal. Mówili, że mają tam naprawdę świetne jedzenie. Bardzo smakowały im podawane tam mięsne potrawy. Powiedzieli, że tak właściwie to są weganami, ale – tutaj drobne zmieszanie widoczne na ich twarzach – wtedy akurat nie byli, więc chyba są „prawie weganami”. No cóż, najwyraźniej na pewne style żywieniowe jest po prostu moda. W każdym razie za ich rekomendacją udaliśmy się pod wskazany adres. Tam powitała nas kelnerka, która nie bardzo była w stanie powiedzieć cokolwiek po angielsku. Usiedliśmy przy stoliku i otrzymaliśmy menu. Niestety było w języku niemieckim. Poproszenie o anglojęzyczną kartę nic nie dało, ponieważ takich niestety tam nie mieli. Nie zraziło nas to jednak. W końcu jesteśmy otwarci na eksperymenty, a rozwiązywanie łamigłówek idzie nam całkiem nieźle. Jakoś rozszyfrowaliśmy informacje zawarte w karcie i przystąpiliśmy do składania zamówienia. Kelnerka podeszła do nas z notatnikiem oraz… kolejnym menu, które rozłożyła przed nami na stole. Tym razem było ono po bułgarsku. Okazało się, że dziewczyna niezbyt dobrze radzi sobie również z językiem niemieckim, dlatego proces zamawiania potraw wyglądał tak, że najpierw dogadywaliśmy się po polsku, jaką potrawę chcemy, później odszukiwaliśmy ją w niemieckojęzycznej karcie, pokazywaliśmy pani kelnerce, a następnie ona odnajdowała analogiczną pozycję na karcie bułgarskojęzycznej (musiała liczyć, która to potrawa od góry, ponieważ nie były numerowane), po czym notowała coś w swoim notatniku. Ukrytej kamery nie odnaleźliśmy. To się nazywa fun!

2. Wiecie co to jest? Bo ja wiem. To chyba jakiś żart. :) Na niemalże każdym rogu w Neukölln są takie automaty. Czasami nawet więcej niż jeden. Można w nich nabyć kulki z rozmaitą zawartością. Czasem są tam pierścionki, innym razem naszyjniki, a jeszcze innym razem gumy do żucia. Chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, o co w tym chodzi, bo każdy takie automaty niejednokrotnie widział. Ale z całą pewnością nie widzieliście ich aż w takim zagęszczeniu na kilometr kwadratowy! Absolutnym hitem wyjazdu stały się sprzedawane w tych automatach lepkie łapki (0,50€). To rzecz, którą uwielbiałem w dzieciństwie. W Berlinie takich łapek jest pod dostatkiem! Łapki stały się też przyczyną szeregu nieporozumień. W jednej z knajpek niechcący przykleiła mi się do rachunku, skutecznie zasłaniając wyszczególnione na nim pozycje oraz kwotę do zapłaty. Co gorsza, łapka nie bardzo chciała się odkleić. Kelnerka czekająca na przyjęcie płatności tylko przez krótką chwilę próbowała zachować kamienną twarz. Później mało co nie umarła ze śmiechu. Już wtedy wiedziałem jedno – po powrocie do Warszawy nakupuję łapek w tutajszych automatach! Koszt niewielki, a zabawa przednia.

3. Podczas sylwestrowego pobytu w Berlinie w barze w oko wpadła mi pewna dziewczyna. Zrobiłem jej zdjęcie i możnaby rzec, że o sprawie zapomniałem. Celem opisywanej tu ponownej wizyty w tym mieśce był koncert „The Knife” w Columbia Halle. Tam zdarzyła się rzecz niebywała. W tłumie, niemalże tuż obok mnie, zauważyłem dziewczynę łudząco podobną do tamtej. Postanowiłem zaryzykować łatkę „stalkera” albo „creepy gościa robiącego zdjęcia losowym dziewczynom w barach” (ej, to nieprawda!) i podszedłem do niej. Wyjaśniłem jaka jest sytuacja, zapytałem się, czy przypadkiem nie spędziła Sylwestra w barze Geist im Glass w Neukölln, czy jej tam kiedyś nie poznałem (no cóż, to chyba nieco za dużo powiedziane w tej sytuacji, ale improwizowałem) i czy przypadkiem to nie ona jest na tym zdjęciu. Nieznajoma ze zdziwieniem spojrzała na fotografię widoczną na wyświetlaczu mojej komórki. Nie mogła uwierzyć, że znajdująca się tam dziewczyna wyglądała niemalże identycznie jakona. Rysy twarzy, figura, fryzura. Jej koleżanki również zaczęły uważnie oglądać zdjęcie, nie kryjąc przy tym zdumienia. Jedna z nich zasugerowała, że mimo wszystko są pewne różnice jeśli chodzi o nos. Nie mogę się z tym zgodzić, ale w sumie zawsze powtarzam, że mam słabą pamięć do twarzy i problemy z ich rozpoznawaniem. Koniec końców nieznajoma przyznała, że dziewczyna ze zdjęcia rzeczywiście jest do niej łudząco podobna, ale zapewniła, że to nie ona. Pozostaje pytanie, czy mówiła prawdę?

4. Jedną z nocy spędziliśmy w naprawdę dziwnym hostelu. Scube Park to zielona przestrzeń wypełniona ogromnymi, drewnianymi sześcianami. Fasada każdego z sześcianów jest całkowicie przeszklona, a w środku znajdują się minimalistycznie urządzone, pięknie wyglądające i przy tym bardzo wygodne przestrzenie mieszkalne. Wykończone drewnem wnętrza wyposażone są w niewielką antresolkę z łóżkiem, stolik, półeczki oraz drugie łóżko na parterze. Są też zasłony, dzięki którym można zapewnić sobie odrobinę prywatności i odgrodzić się od świata znajdującego się za przeszkloną ścianą. Światło w pokoju zapala się zdalnie, przy pomocy doczepionego do kluczy pilota. Jest tu potencjał do zrobienia niezłego show świetlnego! Można też regulować intensywność oświetlenia, a nocą fundamenty domków są dodatkowo podświetlane kolorowymi lampkami. Co ważne, w domkach jest wystarczająco ciepło, żeby komfortowo spędzić tam noc. A ćwierkające ptaki zapewniają miłą i jedyną w swoim rodzaju pobudkę o poranku.

5. Jestem ogromnym fanem wyścigów konnych na Służewcu. Przed wyjazdem do Berlina z ciekawości postanowiłem sprawdzić, jak wygląda tam sytuacja z gonitwami. I wiecie co? Są znacznie rzadziej niż u nas, ale akurat w ten weekend miały mieć miejsce! Wiedziałem już, gdzie koniecznie muszę się wybrać! Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Dotarłem na tor Mariendorf, zobaczyłem, jak to wszystko wygląda u nich, a w jednej z gonitw nawet udało mi się wygrać 8€! Podobnie jak u nas, pełno tam starszych ludzi, niektóre osoby się przebierają, jest program gonitw w formie książeczki, ale ekrany ze statystykami oraz sposób zawierania zakładów wyglądają inaczej niż w Warszawie (robi się to za pomocą specjalnych blankietów, a nie dyktując swoje typy pani w okienku). No i tor jest znacznie krótszy, a do tego konie biegają po nim w przeciwnym kierunku niż na Służewcu! Dominują wyścigi kłusaków (sulki), a po każdej gonitwie zwycięski koń robi rundę honorową przed bijącymi brawo widzami. Gonitwy można obserwować w plenerze oraz z trybun znajdujących się w budynku. To mój pierwszy kontakt z torem innym niż Służewiec i z całą pewnością mogę zaliczyć go do udanych. Jest klimat!

6. W drodze powrotnej nie zdążyliśmy na pociąg. Ci, którzy mnie znają, z pewnością od razu mianowaliby mnie głównym podejrzanym o doprowadzenie do takiego stanu rzeczy, ale zapewniam, że tym razem to nie z mojej winy. Stało się jednak, nic nie mogliśmy na to poradzić i musieliśmy improwizować dalej. A więc co robią wykończeni ludzie, którzy są w przysłowiowej „dupie”, ponieważ właśnie uciekł im niezbyt tani pociąg, którym mieli wrócić do kraju? Stają przed poważnym dylematem, czy kupować bilety na najbliższe dostępne połączenie, czy może… Uciekł nam pociąg z Berlina. Ale wiecie co? Fuck it, idziemy na „Iron Mana 3″.