Archiwa

Generation gap

Kupiłem grę. Chciałem pograć. Wszedłem do sklepu, wyłożyłem 149 złotych i kupiłem grę. Nie zdarza mi się to często. Tak szczerze mówiąc, to przez ostatnie kilkanaście lat nie zdarzyło mi się to nigdy (z pewnym zastrzeżeniem, ale o tym później). W szkole podstawowej grałem w sporo różnych gier. To było fajne hobby. W liceum już nieco mniej, ale wciąż raz na jakiś czas coś odpalałem. Nie jestem pewien w której klasie i dlaczego przestałem.

Lata mijały, a gry komputerowe się zmieniały. Nie byłem świadom tego, co się dzieje. Oczywiście wiedziałem, że coś się zmienia, ale nie mogłem wiedzieć co. Odkąd upadły czasopisma typu Secret Service” znalazłem się niemalże całkowicie poza tematem. Ostatnia gra? „Diablo II” oraz „Deus Ex” na przełomie 2000 i 2001 roku. Później długa, długa przerwa. W 2006 odpaliłem dosyć starą nawet jak na tamte czasy grę „American McGee’s Alice”, która urzekła mnie swoim klimatem i fabułą. To było dobre posunięcie. Utwierdziło mnie w przekonaniu, że gry nie są czymś, z czego się wyrasta, lecz ciekawą rozrywką, do której raz na jakiś czas warto wracać. I taki też miałem plan – chciałem powrócić.

Kilka lat później, w roku 2009, wymieniłem kilka maili z panem McGee, gdyż wybierałem się do Chin, gdzie ów dżentelmen akurat pomieszkuje. Do spotkania nie doszło, do wdrożenia moich planów pogrania w coś ponownie również. Gier na komórki nie wliczam, bo mam wrażenie, że to nieco inna kategoria.

Aż w końcu nadszedł rok 2012 i kupiłem „Diablo III”. Zrobiłem to w noc premiery. Stałem w długiej kolejce. Warto było. Gra mnie momentalnie wciągnęła. Bawiłem się świetnie. Ludzie w internecie narzekali. Dla mnie to był przeskok o kilka generacji. Przede wszystkim pod względem audiowizualnym, ale nie tylko. Za moich czasów wyjmowałem grę z pudełka i grałem. Tym razem wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej. Zaczęło się pobieranie aktualizacji, które na moim wolnym łączu zasysały się tak koszmarnie długo, że musiałem poprosić kumpla o pomoc w zaciągnięciu niezbędnych danych. Później okazało się, że gra wymaga stałego dostępu do sieci, nawet w trybie single player. No cóż, trochę się pozmieniało przez tę dekadę z kawałkiem.

Nastał rok 2013. W pewien marcowy dzień uświadomiłem sobie, że znowu chciałbym przeżyć jakąś ciekawą przygodę. Kilka miesięcy wcześniej kupiłem dosyć mocnego laptopa . Pomyślałem, że warto byłoby na nim zagrać w jakąś współczesną grę zanim sprzęt się zestarzeje. Postanowiłem znaleźć coś z ciekawą fabułą. Zrobiłem szybki research. Zaintrygował mnie tytuł „Bioshock Infinite”. Biorę!

Niestety, okazało się, że gra jeszcze nie została wydana. Od premiery dzieliło mnie kilkanaście dni. Czas szybko mijał. W wirze codziennych spraw zapomniałem o tym pomyśle, ale ostatnio sobie o nim przypomniałem i tak oto dziś spontanicznie nabyłem upragniony tytuł. Przygoda z „Diablo III” wpędziła mnie w nerwicę. Biorąc do ręki pudełko z „Bioshock Infinite” stresowałem się, czy aby w środku nie znajdę jedynie płytki z downloaderem, a zamiast wieczoru grania, będę miał kilka wieczorów kombinowania, w jaki sposób pobrać grę z sieci na moim ekstremalnie wolnym łączu.

Na szczęście okazało się, że w środku są aż trzy płytki DVD. To dobry znak. Któż bowiem byłby do tego stopnia szalony, żeby robić downloadera zajmującego aż tyle. Rozumowałem, że skoro„Bioshock Infinite” jest grą dla jednego gracza, to nawet jeśli są już jakieś patche, być może nie będzie przymusu ich pobierania. Ale sieć pewnie przyda się do zarejestrowania produktu. Może dla Was to oczywiste, ale za „moich czasów” wystarczał kluczyk z pudełka. Pogodziłem się z tym, że w obecnych czasach jest inaczej. Włożyłem pierwszą płytkę do napędu i rozpocząłem instalacje gry.

Okazało się, że najpierw musiałem zainstalować Steama. Być może na co dzień nie gram w gry, ale nie jestem aż takim ignorantem, żeby nie wiedzieć, czym jest Steam. Oczywiście odkryłem to już wiele lat po powstaniu tej platformy, ale najważniejsze, że w momencie, w którym rozpocząłem instalację „Bioshock Infinite”, grze nie udało się mnie zaskoczyć tym tajemniczym słówkiem. Niestety, zaskoczyła mnie koniecznością pobrania aktualizacji Steama. Może jednak powinienem kupić konsolę? Chciałbym po prostu wyjąć grę z pudełka i zacząć grać. Tam kiedyś tak było. Ale jak znam życie, to pewnie przez te kilkanaście lat i to zdążyło się zmienić. Trudno. Postanowiłem poczekać. Pobieranie szło całkiem sprawnie. W końcu się udało. Zainstalowałem Steama i założyłem tam konto. Czułem się, jakbym był jedyną osobą na tej planecie, która jeszcze tego nie zrobiła.

O dziwo, udało mi się znaleźć wariant mojej zwyczajowej nazwy użytkownika, który nie kończyłby się całą masą dziwnych znaków, a jedynie zwykłym podkreślnikiem. Nie jest źle! Teraz czas na zainstalowanie gry. Ale jak to się robi? Steam okazał się dosyć intuicyjny. Wybrałem opcję dodania nowej gry i zostałem poproszony o kluczyk. Przejrzałem zawartość pudełka i znalazłem kod do DLC „Season Pass”. Zdążyłem się już zorientować, że DLC to taki sprytny sposób na wyciąganie dodatkowej kasy z graczy. Czasami jest to pełnoprawny nowy materiał, tak jak dawniejsze „expansion packs”, a innym razem bezczelna próba sprzedania użytkownikowi czegoś, co w grze powinno znajdować się od samego początku, ale zostało z niej wycięte w celu wygenerowania jeszcze większego zysku. Wiedziałem, że nie chcę aktywować teraz żadnego DLC, bo pierwsze słówko tego akronimu, czyli „downloadable” zwiastowało pobieranie danych, a tego wolałbym w tym momencie uniknąć. Bezradnie rozpocząłem przeszukiwanie pudełka w poszukiwaniu dodatkowego kluczyka. Bez rezultatu. W końcu wklepałem ten i okazało się, że aktywuje on zarówno grę, jak i dodatek do niej. Poczułem się totalnym lamerem. Dekada przerwy i człowiek nie jest już w stanie sobie poradzić ze zwykłym zainstalowaniem gry. Chyba czas oddać legitymację MENS-y.

Jasne. Śmiejcie się. Ale jeśli dobrze pójdzie, to za chwilę będę miał coś, czego Wy nie macie. Nie, nie chodzi mi o „Bioshock Infinite”. To zupełnie inna kwestia. Drodzy gracze, zamknijcie na chwilę oczy i spróbujcie wyobrazić sobie, jak będą wyglądały gry produkowane za dziesięć lat z kawałkiem. Spróbujcie je sobie zwizualizować! Chcielibyście przenieść się w przyszłość i już teraz w nie zagrać? Czy nie kusiłoby Was przeskoczenie o kilka generacji i zmierzenie się z tytułem wyglądającym i brzmiącym tak, jak Wam się nawet nie śniło? Jasne, że byłoby to niesamowite! Zagrać w grę wyprzedzającą o 10-15 lat wszystko to, co do tej pory widzieliście?

No więc, moi drodzy, możecie się śmiać z mojej nieporadności i oglądania dziwów współczesnego procesu instalacyjnego z otwartymi ustami, ale to ja za chwilę zmierzę się z grą, która z mojej perspektywy jest tytułem z odległej przyszłości. Zatrzymałem się na późnych latach dziewięćdziesiątych, a tutaj nagle gra z 2013 roku!

Po wpisaniu kluczyka rozpoczyna się instalacja. Pierwsza płytka zaczyna szumieć w napędzie. Pojawia się szacowany czas instalacji 1,5 godziny. Początkowo jeszcze liczę, że może to błędna informacja, która po chwili zostanie skorygowana. Szybko zaczynam rozumieć, że jednak będę musiał uzbroić się w cierpliwość i nieprędko przyjdzie mi zagrać. „Bioshock Infinite” zajmuje na dysku 20 GB. Trzeba poczekać.

Ale co robić, gdy pasek postępu niespiesznie przesuwa się ku końcowi? No cóż, jest wiele możliwości. Można na przykład napisać tekst taki jak ten.

Rozpakowywanie

Choć „Various Faces of Almightiness” jest przede wszystkim moim debiutem na arenie międzynarodowej oraz w świecie książki elektronicznej na czytniki Kindle, to jednak od samego początku pomysł był taki, żeby wydaniu cyfrowemu towarzyszyła papierowa wersja książki. Nie byłaby ona dostępna powszechnie w sprzedaży, lecz służyła do celów promocyjnych, a także pełniła funkcję prezentu, czy też swego rodzaju wizytówki, pozwalającej nowemu czytelnikowi na zapoznanie się z moją twórczością. Choć od premiery „VFoA” minęło już kilkanaście dni (miała ona miejsce 25 marca), to jednak dopiero teraz mam okazję wziąć tę publikację w rękę, a to dlatego, że przed chwilą odebrałem transport z drukarni. W dwóch paczkach znajdowało się piękne dwujęzyczne wydanie tej krótkiej historii. I tak oto niematerialnemu wydaniu elektronicznemu od dziś towarzyszy również wersja papierowa. Do tej pory przy okazji pierwszego kontaktu z każdą moją kolejną książką starałem się opisywać swoje doznania. Zrobię to samo i tym razem. Tak więc choć w przypadku „Various Faces of Almightiness” największy entuzjazm czułem w chwili, w której tekst pojawił się w sieci w sklepie Amazona, to jednak otwieranie kartonów z papierową wersją książki niezmiennie pozostaje ekscytujące. To chyba doznanie, które nigdy się nie znudzi! Po raz pierwszy mogłem cieszyć się wydaniem nowej książki aż dwa razy! Okładka jest przepiękna, książka wygląda naprawdę świetnie, a każdy egzemplarz pakowany jest indywidualnie w folię termokurczliwą, więc rozpieczętowywania jest więcej niż zwykle. Któż nie lubi rozpakowywania prezentów, a czymże jest wydanie kolejnej książki, jeśli nie niezwykłym prezentem dla samego siebie, zasłużoną nagrodą za długie godziny ciężkiej pracy?

LX1352

Z ciekawości postanowiłem polecieć samolotem w urodziny. Może dostałbym w prezencie upgrade do biznes klasy, tak jak kiedyś podczas lotu z Pekinu do Paryża? Tak czy owak, była okazja do zdobycia kolejnego nowego doświadczenia, więc postanowiłem spróbować! Podróż miała odbyć się liniami Swiss na trasie Zurych-Warszawa. Na dwie godziny przed odlotem pojawiłem się na check-inie. Witam się stosowne przyodziany (to ważne, żeby odpowiednio się ubrać), kładę przed sobą skórzaną teczuszkę i oświadczam, że mam tylko bagaż podręczny, po czym półżartem zagaduję, czy dostanę „birthday cake”. Obsługująca mnie miła Murzynka pyta, czy naprawdę mam urodziny i zerka na mój dowód. Składa życzenia i mówi, że niestety nie będzie ciasta i do tego mam słabe miejsce. Ale złożyła życzenia! Zapytała się też, czy wolę miejsce przy oknie, czy przy alejce, więc odpowiedziałem, że przy oknie. Stwierdziła, że zostawi stosowne info dla ludzi na gate, żeby było przy oknie. Powiedziałem jej, żeby zostawiła im też prośbę o ciasto. Konsultowałem się na bieżąco ze znajomą, która pracowała kiedyś na odprawie na warszawskim lotnisku. Zgodnie z jej poradami, w celu zmaksymalizowania swoich szans, podszedłem do gate’u wkrótce po jego otwarciu. Zawsze była szansa, że jeśli zwolni się miejsce, to dostanę swój upragniony upgrade. Na ciasto od początku nie liczyłem, to był tylko taki chwyt, żeby subtelnie zasugerować, że mam urodziny. ;) Na boardingu podałem kartę pokładową, coś zadźwięczało i na maszynie wydrukowała się nowa kartka, a pani powiedziała „Oh, you have a seat change!”, po czym zapytała, czy mam urodziny, a gdy potwierdziłem, to powiedziała mi „happy birthday”. Przeszedłem przez gate i wsiadłem do autobusu, który zawiózł mnie do samolotu, gdzie okazało się, że Avro RJ100 jest tak małą maszyną, że próżno szukać w niej wydzielonej biznes klasy z wygodniejszymi siedzeniami i innymi atrakcjami. To jeden z tych lotów, podczas których garstka osób płacących więcej za bilet została oddzielona od reszty przymocowaną specjalnie w tym celu kotarką. Okazało się więc, że nie otrzymałem swojego urodzinowego prezentu nie tyle z powodu przepełnionej biznes klasy (czy też złej woli pracowników obsługi naziemnej), lecz najzwyczajniej w świecie w wyniku takiej, a nie innej konstrukcji samolotu. Ekipa z lotniska zrobiła jednak wszystko, co w ich mocy, abym dostał jakąś formę prezentu i chyba właśnie dlatego nie dość, że po „seat change” otrzymałem miejsce przy oknie, to jeszcze jako jedyny w całym samolocie miałem wszystkie trzy siedzenia dla siebie. Wyglądało to dosyć zabawnie, bo na pokładzie było sporo ludzi i niemalże każdy obok kogoś siedział, tylko gdzieniegdzie dało się zauważyć pojedyncze wolne miejsca, a tymczasem wokół mnie było tyle wolnej przestrzeni. Po co komu upgrade, skoro można dostać coś zupełnie innego, a wszystko to z przymrużeniem oka i w przyjemnej atmosferze pełnej uśmiechów.