Archiwa

Poznawanie Bukowskiego

Niedawno zacząłem czytać poezję Bukowskiego. Zabrałem się za nią, ponieważ skończyła mi sie jego proza. Przeczytałem wszystko i nie było perspektyw na cokolwiek więcej ponieważ Bukowski zmarł w 1994 roku.

Jego poezję czyta się trochę tak jak prozę. To impresje, krótkie historie, barwne anegdoty. Bardzo specyficzna literatura, podobnie jak jego powieści. Jedno i drugie łączy podobny klimat – jest o barach, alkoholu, kobietach, pisaniu, pracy, kondycji świata i tym specyficznym, pesymistycznym, pozbawionym entuzjazmu, ale na swój sposób lekkim spojrzeniu na brudną rzeczywistość.

Co chwila znajduję nowe powody żeby lubić Bukowskiego. Czy może raczej powinienem rzec, że uczę się je nazywać, bo przecież one cały czas tam we mnie są, tyle że niedoprecyzowane.

Zawsze powtarzam, że czytając Bukowskiego czuję się trochę tak jakbym w zadymionym barze rozmawiał z dobrym kumplem. Kumplem znacznie starszym, znacznie bardziej doświadczonym, którego wizję świata i podejście do życia niekoniecznie w pełni podzielam, ale która jest fascynująca i o której chce się słuchać. Znam ludzi do pewnego stopnia spełniających te kryteria, lubię się z nimi spotykać, ale żeby uciąć sobie taką pogawędkę z Bukowskim nie muszę nigdzie się ruszać, nie trzeba jechać wieczorem do baru. Wystarczy otworzyć jego książkę i trochę się nad nią zastanowić.

Wiele jego tekstów jest do siebie tak bardzo podobnych. Fabuły poszczególnych powieści się mieszają, czasami trudno powiedzieć, co jest częścią której. Ale to nie jest wada. To jest efekt jednej z ogromnych zalet twórczości Bukowskiego – jego samego jest w niej pełno. Autor i jego spojrzenie na świat zdaje się tam być niemal wszędzie. Zresztą Bukowski przeważnie posługuje się swoim alter ego – Henry Chinaski. Czytając jego teksty nie czuję się tak, jakbym zgłębiał fabułę kolejnych fikcyjnych historii, lecz jakbym coraz lepiej poznawał tego intrygującego człowieka. Z każdą powieścią, z każdym wierszem, czuję, że wiem o nim więcej i jego obraz w mojej głowie staje się wyraźniejszy. I to nie tylko dlatego, że wiele spisanych przez niego historii jest ponoć autentycznych, nawet jeśli ubarwionych. Tu zadziało się coś niezwykłego. Bukowski przeniósł się do swoich tekstów, tak jak w filmach science fiction umysł przenosi się do komputera.

To zupełnie inne podejście do pisania niż moje. Ja zawsze grubą linią oddzielam to, czego naprawdę doświadczyłem, od tego, co zrodziło się w mojej wyobraźni. Moje postacie nie są takie jak ja. Moje światy nie są tożsame z otaczającą mnie rzeczywistością. Mnie nie ma w moich tekstach, a jeśli już, to jestem w nich obecny w stopniu minimalnym, na tyle, na ile autor zawsze w jakimś stopniu zostawia odciski palców na swoich słowach. Czytając to, o czym piszę, nie poznajesz mnie. Uciekam od otwierania się na łamach swoich powieści i opowiadań. Zupełnie inaczej niż Bukowski. Ale mawiają, że przeciwieństwa się przyciągają. Ciekawe, czy gdybyśmy kiedyś się spotkali w jakimś barze, to czy dobrze by nam się razem piło?

„Jedzenie się psuje, a prawa ekonomii są twarde” – gotowe!

Skończyłem! To naprawdę niewiarygodne. Udało mi się napisać książkę w dziesięć dni! To oczywiście dopiero pierwsza wersja, która będzie wymagała jeszcze licznych poprawek, ale uważam, że tempo i tak jest niesamowite. Tym bardziej, że tekst jest naprawdę dobry i wcale nie taki krótki (siedzemdziesiąt dziewięć stron Calibri 11, około 45 tysięcy słów).

Jest kilka rzeczy, dzięki którym udało mi się osiągnąć ten sukces. Po pierwsze, bazowałem na różnych zapiskach sprzed lat. To były pojedyncze pomysły zebrane w pliku tekstowym, które już wystarczająco długo czekały na to, aż je gdzieś wykorzystam. Postanowiłem zutylizować je na potrzeby tej historii i w wielu chwilach braku weny były paliwem, które na nowo mi ją przywracało.

Po drugie, wprowadziłem sobie ostry rygor. Codziennie starałem się napisać naprawdę dużo. Oczywiście nie zawsze się to udawało, ale i tak miałem całkiem niezłą skuteczność. Codziennie spędzałem nad tym projektem niemalże cały dzień. No, może dwa razy pozwoliłem sobie na taryfę ulgową – pierwszego dnia, gdy jeszcze nie byłem pewien, że ten tekst tak bardzo się rozrośnie, a także dnia szóstego, kiedy to byłem po całonocnej spontanicznej domówce, na którą wywiało mnie aż pod Płock.

Spędzałem nad tym projektem niemalże całe dnie. Poranek zaczynałem od chilloutu i raz na jakiś czas pozwalałem sobie w ciągu dnia na chwile relaksu, ale tak naprawdę bezustannie miałem gdzieś z tyłu głowy tę dziwaczną historię, nad którą pracowałem. Frustrowałem się, gdy nie byłem w stanie wyrobić dziennej normy (która zmieniała się w trakcie prac nad tekstem – w ostatnie dni byłem już bardzo zmęczony i obniżyłem nieco założony limit), ale też cieszyłem się i odczuwałem ogromną satysfakcję, gdy udało mi się zrobić wystarczająco dużo.

Co ciekawe, książkę udało mi się skończyć w akurat w Walentynki, a traktuje on o miłości. Zaskoczeni, prawda? Być może zastanawiacie się teraz, jaką książkę o miłości mógł popełnić ten szaleniec z zamiłowaniem do snucia dziwacznych opowieści? No cóż, być może kiedyś będzie dane Wam się przekonać. Zapewne nie prędko, ale zapamiętajcie ten tytuł – „Jedzenie się psuje, a prawa ekonomii są twarde”.

PS. A w tym notatniku widocznym na zdjęciu rozplanowywałem zakończenie książki.

Owoc intensywnej pracy ostatnich dni

Prace nad „Various Faces of Almightiness” zeszły na drugi plan, ponieważ obecnie czekam aż Dave skończy proofreading. Nie znaczy to jednak, że się lenię! Po zasłużonym chilloucie wziąłem się za intensywną pracę nad pewnym tekstem i muszę przyznać, że idzie mi naprawdę rewelacyjne. Narzuciłem sobie ogromne tempo i każdego dnia dłubię w tej historii niemalże od rana do wieczora. Jestem zmęczony, ale usatysfakcjonowany rezultatami.

Z początku nie byłem pewien, czy uda mi się zrobić z tego pomysłu książkę, czy może poprzestanę na opowiadaniu, lecz teraz już wiem, że z całą pewnością będzie to kolejna krótka powieść. Zacząłem pisać równo tydzień temu i już niemalże kończę. To chyba najlepiej obrazuje, jak intensywne jest tempo mojej pracy i jak ogromnym wysiłkiem okupiona jest praca nad tym tekstem. Warto przy tym zaznaczyć, że tekst jest naprawdę wysokiej jakości i jestem z niego bardzo zadowolony, napawa mnie wręcz dumą. Jednak zanim ujrzy światło dzienne, będzie oczywiście musiało minąć jeszcze wiele czasu, ale już teraz jestem podekscytowany na samą myśl o chwili, w której rezultat mojej pracy zostanie skonfrontowany z czytelnikami.

Dziwnie mi się o tym wszystkim pisze, bo przywykłem do trzymania informacji na temat swoich projektów w sekrecie aż do ostatniej chwili, a tymczasem ani „Various Faces of Almightiness” ani „I nagle wszystko się kończy” jeszcze nie wyszyły, a ja już zaczynam opowiadać o jeszcze następnej książce. Mało tego, chcę zdradzić Wam jej roboczy tytuł, który najprawdopodobniej pozostanie również tytułem ostatecznym. Panie i panowie: „Jedzenie się psuje, a prawa ekonomii są twarde”.