Archiwa

Opowieści o powstawaniu nowej książki ciąg dalszy

To naprawdę niesamowite, jak szybko wszystko się dzieje. Oczywiście postępy okupione są ciężką pracą, ale i tak wydaje mi się, że w tym przypadku przechodzę samego siebie. Prace posuwają się błyskawicznie, a co ważne, dzieje się to bez jakichkolwiek kompromisów i ubytku na jakości. Podsumujmy.

Czwartek – pojawia się pomysł na wydanie książki po angielsku i wrzucenie jej do Kindle Store na Amazonie.

Piątek – dochodzę do wniosku, że zamiast tłumaczyć którąś z już wydanych publikacji (myślałem o „Defekcie pamięci”), lepiej będzie przygotować anglojęzyczną wersję jednego z opowiadań z planowanego zbioru „I nagle wszystko się kończy”. Wybór pada na „Różne oblicza wszechmocy” – historię barwną, lekką, pomysłową, dobrze opowiedzianą, a przy tym wystarczająco długą, żeby miała rację bytu jako oddzielna książka na Amazonie. Powszechne jest publikowanie tam krótkich opowiadań, ale uważam, że są jakieś granice i wrzucanie tekstu, który ma około 2-3 stron (Times New Roman 12 albo Calibri 11 i pojedyncze odstępy) nie jest dobrym pomysłem i lepiej podzielić się opowiadaniem takim jak „Różne oblicza wszechmocy” (Calibri 11, niepełne trzynaście stron przy pojedynczych odstępach). Ruszają prace nad tłumaczeniem. Zamiast zlecać je zawodowym tłumaczom, decyduję się zmierzyć z tematem na własną rękę.

Sobota – tłumaczenia ciąg dalszy. Dopracowuję swój warsztat i zamiast polegać wyłącznie na tym, co w mojej głowie, zaczynam posiłkować się Google Translate.

Niedziela – docieram do końca tekstu, ale nie znaczy to, że tłumaczenie jest gotowe. Sporo rzeczy przeskoczyłem i pozostawiłem po polsku, nie będąc w stanie znaleźć angielskich odpowiedników dla niektórych słów, wyrażeń, a czasami nawet całych zdań. Postanawiam podpytać kogoś ze znajomych o niektóre słowa, a w międzyczasie szukam ich w internecie, ponownie przechodząc przez cały tekst i wracając do pominiętych wcześniej fragmentów.

Poniedziałek – spotykam się z Łukaszem, który jest lektorem języka angielskiego. Wspólnie szukamy odpowiedzi na nurtujące mnie kwestie. Z wieloma z nich udaje nam się poradzić, część nadal pozostaje nierozwiązanych.

Zaczynam też pracować nad składem wersji papierowej, ponieważ postanowiłem wydać tę publikację również drukiem. Choć nie planuję wprowadzać jej do szerokiej dystrybucji offline i chcę skoncentrować się przede wszystkim na sprzedaży wersji elektronicznej, to przecież miło postawić książkę na półce albo ją komuś wręczyć, prawda?

Wieczorem spotykam się z Anastasią, która jako brytyjski native speaker pomaga w znalezieniu właściwych słów dla określeń z którymi ja oraz Łukasz nie byliśmy w stanie sobie poradzić. Część dylematów udaje się rozwiązać, natomiast część nadal pozostaje nierozwiązanych.

Dlaczego trwa to tak długo? Pewnie dlatego, że w pewnych sprawach jestem perfekcjonistą. Zależy mi na tym, żeby to tłumaczenie było nie tylko piękne, ale również wierne. Szukam słów, które najlepiej oddają nie tylko sens polskiej wersji, ale również niosą ze sobą podobny ładunek emocjonalny. Jeśli któraś z postaci „zagrzmiała”, to chcę, żeby w wersji angielskiej było „thundered”, a nie takie zwykłe „said”. Gdy w oryginalnym tekście pojawia się jakaś gra słów, to robię wszystko, żeby przenieść ją do wersji angielskiej (przykładowo, spróbujcie zmierzyć się z wypowiedzią jednego z bohaterów, który mówi, że grywał na giełdzie, na wyścigach konnych oraz na dzwonkach chromatycznych w szkole podstawowej, a nas tych ostatnich nawet wygrywał). Zależy mi na przeniesieniu stylu wypowiedzi poszczególnych postaci (np. jeden z bohaterów czasami używa stylu biblijnego), co może być jeszcze zrozumiałe i oczywiste, ale mój perfekcjonizm sprawia, że idę tutaj jeszcze dalej. Chcę, żeby w przypadku obu wersji językowych w umysłach czytelników malował się pewien konkretny obraz. Zależy mi, aby plastyka opisywanej sceny była taka sama. Spójrzcie na zdanie: „Mniej więcej w tym samym momencie gość wybił się, podskoczył i zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, dał susa prosto w…”. Z Łukaszem nie byliśmy w stanie znaleźć odpowiedniego słowa dla „wybić się”. Przychodziły nam do głowy różne warianty słowa „jump” („leap” itd.). Nie chciałem jednak pozbywać się tego elementu wybicia i tłumaczyć tego jako „jumped up and before I could do anything…”. Gdy wieczorem spotkałem się z Anastazją, zacząłem demonstrować, o który element skoku mi chodzi. W końcu udało mi się zwrócić uwagę na ten moment, w którym przykładam odpowiednią siłę do ziemi, a moje stopy odrywają się od podłoża. I w ten oto sposób znaleźliśmy właściwe słowo „spring” (tak jak sprężyna). Efekt? Taki: „Around the same time the guy sprung, jumped up and before I could do anything, leaped straight into…”. Da się? Da się. Inna sprawa, że czasem wymaga to odrobiny wysiłku.

Tłumaczenie niesie ze sobą również szereg innych nieprzewidywalnych problemów. Przykładowo, w pewnym momencie historii opisuję gracza, który obstawia na ruletce. Wyjaśniam, w jaki sposób gra, przekładając żetony z pola czarnego na czerwone i z powrotem. Mowa jest też o byciu na plusie oraz na minusie. Już po polsku tekst jest dosyć zawiły przez to całe gadanie o „czarnym” i „czerwonym”, a tymczasem podczas tłumaczenia okazuje się, że „być na plusie” oraz „być na minusie” należy przetłumaczyć jako… „be in the black” oraz „be in the red”. Szukałem alternatywnych określeń, ale w końcu zdecydowałem się pozostać przy tym, jako najbardziej intuicyjnym dla anglojęzycznych osób.

Mam świadomość, że tłumaczenie moich tekstów jest prawdziwym wyzwaniem, ponieważ podczas pisania ogromną wagę przykładam do dobieranych słów. Staram się, żeby niosły ze sobą odpowiedni ładunek emocjonalny, były odpowiednio typowe bądź nietypowe, a czasami zwracam również uwagę na to, czy brzmią miękko, twardo, w jaki sposób oddychamy, wymawiając je półgłosem itd. Bawię się w gry słowne, wywoływanie skojarzeń w głowach czytelników, stopniuję napięcie poprzez odpowiedni szyk zdania. Nie wszystko da się przenieść na anglojęzyczny grunt, ale z drugiej strony inny język daje szereg nowych możliwości.

Tworząc „Różne oblicza wszechmocy”, starałem się dbać o to, żeby pewne sformułowania odbijały się echem w różnych partiach tekstu. To zresztą zabieg, którego używam bardzo często w swoich tekstach. Chodzi o to, że niektóre zwroty (wypowiadane przez bohaterów albo narratora) celowo powtarzają się w odmiennych kontekstach, spajając tekst pewną niedostrzegalną na pierwszy rzut oka nicią, która ukazuje się jedynie bardzo wnikliwym czytelnikom. Mam wrażenie, że choć tworzę prozę, to często warto podchodzić do niej trochę jak do poezji.

Wtorek – dostaję projekt okładki od kumpla funkcjonującego pod ksywką Longin. To genialny plastycznie gość, który wyczarował okładki do „Miasto to gra”, „Kodu…” oraz „Rekonstrukcji”. Tym razem – zaledwie po kilku moich wskazówkach, propozycjach i luźnych uwagach – już z pierwszym projektem udało mu się trafić w samo sedno. Okładka będzie rewelacyjna! Moim zdaniem świetnie pasuje tonem do treści książki. Jest lekka, ma w sobie coś magicznego i czuć w niej jakąś taką kosmiczną wszechmoc istot transcendentnych. Poniżej możecie zobaczyć pierwszy projekt. Finalna wersja będzie zapewne nieco inna, choćby dlatego, że powinna mieć inne proporcje. Niech więc będzie to przedsmak rezultatu, który mam nadzieję, że trafi w gusta czytelników – zarówno polskich, jak i tych międzynarodowych, którzy będą zaopatrywać się w książkę za pomocą Kindle Store.

Co jest jeszcze do zrobienia? Sporo rzeczy. Muszę spotkać się z zaprzyjaźnionym nativem, żeby pomógł mi w znalezieniu kilku ostatnich brakujących słów i sformułowań. Następnie planuję zostawić mu cały tekst do przeczytania i doszlifowania pod kątem poprawności językowej, bo niewątpliwie jest tam sporo błędów, których nie byłbym w stanie wyłapać i poprawić samemu. Zawsze staram się, żeby mój tekst był w jak największym stopniu mój i unikam ingerencji redakcyjnych, ograniczając się jedynie do odnoszenia się do uwag związanych z rzeczami, które są po prostu ewidentnie niepoprawne z perspektywy zasad języka polskiego. Czuję jednak, że w przypadku tekstu w języku angielskim, będę musiał oddać na dłużej stery komuś, kto jest native speakerem. Oczywiście następnie będę musiał przejrzeć wszystkie zaproponowane poprawki, do każdej się odnieść, spróbować ją zrozumieć i jeśli rzeczywiście jest niezbędna, to pozostawić, a jeśli odejmuje coś od wierności przekładu, to przedyskutować z nativem. Gdzieś tam równolegle będą toczyły się prace nad ostateczną wersją okładki, którą tworzy wspomniany już Longin, a ja będę musiał pomyśleć też, komu by tu pokazać tekst w wersji polskiej, celem sprawdzenia jego poprawności językowej. Dopiero potem będę mógł przystąpić do przebijania się przez procedury Amazonu. Nie jestem pewien, czy będzie to łatwe, czy może trudne. Po drodze jeszcze oczywiście będzie trzeba przygotować e-booka, a także dokończyć prace nad przygotowaniem materiałów do druku.

To, jak książka przyjmie się na rynku zagranicznym pozostaje wielką niewiadomą. Być może przepadnie pośród setek tysięcy pozycji dostępnych na Amazonie, a może okaże się sukcesem. Trzymajcie kciuki, a ja postaram się relacjonować tutaj dalsze etapy pracy.

Tłumaczenia ciąg dalszy

Szło mi dosyć ciężko, ale postępy były. Zmianę jakościową odczułem dopiero wówczas, gdy zacząłem wspomagać się Google Translate. Teraz idzie znacznie szybciej i przyjemniej. Zafiksowałem się na tym, że automatyczne translatory nie nadają się do tłumaczenia dłuższych tekstów, a jedynie pojedynczych wyrazów i zwrotów, a tymczasem okazuje się, że w ostatnich latach w tej dziedzinie nastąpił naprawdę ogromny postęp. Oczywiście daleki jestem od pozostawienia wszystkiego automatowi, ale wrzucenie tekstu do Google Translate i przygotowywanie własnej wersji dopiero na podstawie takiego tłumaczenia naprawdę bardzo ułatwia sprawę. Komputer przypomina Ci o pewnych zwrotach, które kryją się gdzieś tam w zakamarkach Twojego umysłu, a także pozwala weryfikować inne, te które przychodzą Ci do głowy, ale nie jesteś ich pewien. Oczywiście wciąż będę potrzebował pomocy kilku zaprzyjaźnionych osób biegłych w języku, a także na pewno chętnie oddam tekst do przeczytania i ewentualnego skorygowania native speakerowi. Nie zmienia to jednak faktu, że cieszę się, iż nie zleciłem tego tłumaczenia zawodowemu tłumaczowi, bo jest to naprawdę ciekawa przygoda. A w jakim miejscu mi się tak dobrze pracuje? Oczywiście w BUW-ie. Ostatnio to moja ulubiona miejscówka do pracy.

PL -> ENG

Nie wiem czy wiecie, ale światowy rynek książki elektronicznej to potęga. U nas czytniki ebooków również są coraz bardziej popularne, ale z oczywistych względów to segment książki anglojęzycznej jest tym największym.

Często postępuję spontanicznie, czasami po krótkim namyśle decyduję się robić rzeczy naprawdę szalone (pamiętacie akcję z DJ’em Głową Konia?), więc teoretycznie nie powinno nikogo dziwić to, co za chwilę napiszę, a tymczasem sam jeszcze nie mogę wyjść z podziwu nad tym, jak szybko toczą się sprawy.

Otóż wielokrotnie moi obcojęzyczni znajomi pytali się mnie, kiedy będą mogli w końcu przeczytać coś mojego. Zazwyczaj były to takie kurtuazyjne rozmowy, z których wypływały łatwe do odgadnięcia wnioski, że oczywiście wtedy, kiedy w lepszym stopniu opanują język polski, lub wówczas, gdy któraś z moich książek zostanie przetłumaczona. Grzecznościowe rozmowy jakich wiele. Nie planowałem w najbliższej perspektywie wyłaniać się poza nasz polski rynek. Aż do wczoraj.

Tak, naprawdę. To wydarzyło się tak szybko. W mojej głowie pojawiła się myśl, że może warto zlecić tłumaczenie „Defektu pamięci”. To pomysłowa, niezbyt długa książka, która została u nas bardzo ciepło przyjęta. Czemu by nie sprawdzić, jak poradzi sobie na rynku międzynarodowym pod postacią książki elektronicznej? W końcu Kindle to już nie tylko ciekawostka, lecz mniej więcej połowa rynku, więc wydawanie czegoś wyłącznie w wersji elektronicznej to już nie pójście na łatwiznę, lecz działanie mające jak najbardziej sens.

Zacząłem zbierać informacje na temat kosztów takiego przedsięwzięcia (mam tu na myśli tłumaczenie, bo wydanie czegoś na Kindle’a nie wymaga nakładów finansowych), a później poszedłem spać. Rano obudziłem się z inną myślą: dlaczego tłumaczyć „Defekt pamięci”, skoro można przeprowadzić ten wydawniczy eksperyment na innym tekście? Ebooki dostępne w Amazonie są często bardzo krótkie, właściwie to bywają tam również pojedyncze opowiadania. Może więc zamiast „Defektem pamięci”, lepiej podzielić się ze światem którymś z opowiadań z planowanego zbiorku „I nagle wszystko się kończy”? Koszt tłumaczenia niższy, a więc stresu związanego z ryzykiem finansowym odpowiednio mniej. A z perspektywy eksperymentu pt. „Czy uda mi się zainteresować użytkowników Kindle’a swoim tekstem?” liczba stron nie jest aż tak bardzo istotna.

Znalazłem odpowiednią historię. Jest pomysłowa, intrygująca i jestem z niej naprawdę zadowolony. Jest też bardzo dziwna. Nazywa się „Różne oblicza wszechmocy” i ma 12,5 strony pisanych Calibri w rozmiarze 11 (czyli 13 i 3/4 Times New Roman 12, czyli prawie 50 000 znaków ze spacjami).

Jakby tego było mało, zamiast wysłać to opowiadanie do tłumaczenia, zacząłem tłumaczyć je na własną rękę. Pomyślałem, że byłoby to fajne osiągnięcie i miły akcent – swój debiut na rynku zagranicznym przygotować samemu.

Oczywiście „samemu” to spore uproszczenie. Jasne, tekst tłumaczę we własnym zakresie, ale jest to bardzo ciężka praca, w której nie mam doświadczenia. Wiem, że nie obędzie się bez pomocy znajomych. Tłumaczę tak, że co któreś zdanie albo co któreś słowo zostawiam po polsku. Po prostu nie jestem pewien, w jaki sposób z danym fragmentem się uporać. Planuję usiąść z kimś i wspólnie poszukać pomysłów co do niektórych zdań. A na koniec oczywiście dam całość do przeczytania komuś, kto jest native speakerem.

Jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Pracy jest przy tym projekcie sporo, ale mam nadzieję, że uda mi się doprowadzić go do końca. No i fajnie, gdyby „Various Faces of Almightiness” okazało się sukcesem.