Archiwa

„Spontaniczny Sylwester w Berlinie” oraz „Chillout 1 stycznia”

Panie i panowie, zgodnie z wieloletnią tradycją, także i w tym roku zapraszam na niestandardowego, przedziwnego, organizowanego w ostatniej chwili Sylwestra, a także towarzyszące mu od niedawna afterparty, czyli odbywający się trzeci rok z rzędu „Chillout 1 stycznia”.

Część 1 – „Spontaniczny Sylwester w Berlinie”

W tym roku poszukiwacze tego, co niestandardowe, udadzą się w sylwestrową noc do Berlina, gdzie spędzą kilka barwnych godzin i wrącą do Warszawy następnego dnia o poranku. Dzięki pędzącemu do naszych zachodnich sąsiadów wypasionemu pociągowi Berlin Express podróż w jedną stronę zajmie nam jedynie 5 godzin.

Będzie to wyprawa nad morze, ale nie takie zwykłe morze, lecz może możliwości. Bo choć jest pomysł, co w Berlinie przez te kilka godzin można robić, to tak naprawdę jest to jedynie plan A, a wiadomo, że gdzie tłum spontanicznych ludzi, tam rodzą się plany B oraz plany C. Jest to udana i sprawdzona formuła corocznego spontanicznego Sylwestra, więc choć nie jesteśmy pewni, co właściwie będzie się działo, to wiemy jedno – będzie działo się dobrze! Mamy gigantyczna imprezę plenerową w centrum miasta, mamy lśniące neonami bary i ukryte w każdym zakamarku kluby. Są postindustrialne tereny i całe multum niezwykłych obiektów z górującą nad miastem opuszczoną stacją szpiegowską Teufelberg na czele.

Czy to nie jest piękne? Spotkać się z kimś w poniedziałkowe popołudnie, zniknąć na jakiś czas, a we wtorek, zaledwie kilkanaście godzin później, pokazać tej osobie pocztówkę z Berlina. Nie wszyscy będą w stanie uwierzyć, że naprawdę coś takiego zrobiłeś. To własnie osoby, które raczej na wyprawę taką jak ta nigdy by się nie zdecydowały. Szkoda, bo nie wiedza, co tracą.

Plan prezentuje się następująco.

Bilety kupujemy sobie we własnym zakresie. Z informacji uzyskanych w PKP wynika, że jest ich jeszcze całkiem sporo. Koszt dla osoby mającej nie więcej niż 26 lat to około 150 złotych w jedną stronę , natomiast wszyscy, którzy już tę granicę przekroczyli, płacą nieco ponad 200 złotych.

O godzinie 14:55 wsiadamy w Berlin Express na Dworcu Centralnym w Warszawie. W drodze zaznajemy chilloutu, rozmów o życiu oraz wszelkich innych atrakcji. Ani się nie obejrzymy, a przywita nas stacja Berlin Hauptbahnhof, na której wysiądziemy o godzinie 20:01. Później mamy całe dziewięć godzin na wszelkiej maści atrakcje. W drodze zadecydujemy, którą z opcji wybieramy, a może zaimprowizujemy jeszcze inną. Ważne jest to, żeby dobrze się bawić i żeby dotrwać do ranka w stanie pozwalającym na dotarcie z powrotem na dworzec, z którego o godzinie 05:02 mamy pociąg do Warszawy. W drodze nieco ponad pięć godzin regenerujacego snu. O godzinie 10:20 nasz pociąg zatrzymuje się na Dworcu Centralnym, ale dla nas to jeszcze nie koniec (choć również nie początek). Zgodnie z tradycją, podczas gdy smutni ludzie będą odsypiać swoje konwencjonalne Sylwestry, my – wypoczęci i zrelaksowani – przystąpimy do drugiej części programu i zadbamy o to, żeby Nowy Rok nie był jakimś nijakim dniem, spędzonym na nieskutecznych próbach zwleczenia się z łóżka. Zgodnie z zasadą (wymyśloną przeze mnie ;)), że dobry rok wymaga dobrego początku, przystąpimy do szeroko pojętego chillotu, ale to już zupełnie inna historia.

Część 2 – „Chillout 1 stycznia”

Wszystko zaczęło się od tego, że pewnego dnia uświadomiłem sobie, iż pierwszy stycznia to taki dziwny dzień, który bardzo łatwo zmarnować. Jesteśmy zmęczeni po imprezie sylwestrowej, dzwonienie do ludzi i wyciąganie ich gdzieś nie wydaje się być w dobrym tonie, sporo rzeczy jest pozamykanych, a nasze wewnętrzne pragnienie barwnego doświadczania rzeczywistości gdzieś tam umknęło.Tak być nie może! Pierwszy stycznia nie musi być nijaki – może być różnorodny i niezwykły! I co tu dużo mówić – dzięki projektowi „Chillout 1 stycznia” z pewnością będzie. ;)

Na wstępie warto zaznaczyć, że „Chillout 1 stycznia” jest wydarzeniem całkowicie odrębnym od sylwestrowego wypadu do Berlina i uczestniczyć w mnie może każdy, a nie tylko osoby, które zdecydowały się uciec na spontanie na kilka godzin z kraju. Poniżej znajduje się lista wydarzeń, do których można dołączać. Jeśli ktoś chce, może uczestniczyć we wszystkim, a jeśli ma ochotę tylko na jedno wydarzenie, to również nie ma problemu. Potraktujcie to jako zbiór alternatyw dla posylwestrowego leżenia w łóżku.

Poniżej dokładny harmonogram. Jak widać, dla każdego coś miłego – od lekkich posiłków w fajnych miejscach, przez chillout w wodzie, po odrobinę doznań kulturalnych. Wpadajcie na wszystko albo na wybrane punkty programu!

10:20 Pociąg z Berlina wraca do Warszawy. Uczestnicy spontanicznego kilkugodzinnego wypadu do Berlina mają czas na ogarnięcie się, przebranie, prysznic i ponowny powrót do centrum, gdzie…

13:00-14:00 Zeszłoroczny lunch w Vapiano był niezwykłe udanym wydarzeniem, na którym stawiła się garść osób, którym udało wygrzebać się z przeróżnych imprez sylwestrowych. Smacznie zjedliśmy, miło porozmawialiśmy i wyszliśmy zadowoleni. Wówczas Vapiano znajdowało się wyłącznie na Taśmowej, nieopodal Galerii Mokotów, obecnie jest też drugi lokal, tuż obok hotelu Mariott w centrum, więc tegoroczny posiłek proponuję spożyć tam. Równie przyjemne wnętrza co na Taśmowej, ten sam interesujący system płatności poprzez specjalne karty zbliżeniowe oraz wibrujące pejdżery informujące o gotowym jedzeniu. No i oczywiście cała masa smakowitych dań kuchni włoskiej w menu, a ceny naprawdę atrakcyjne! Jeśli ktoś jeszcze nie był, to musi wpaść, a jeśli już był, to namawiać go nie trzeba. [Lokalizacja: Vapiano, Aleje Jerozolimskie 63]

15:00-16:00 Bez względu na to, czy będziesz mieć ochotę na pływanie, saunę, czy chillout w jacuzzi, w tym punkcie programu znajdziesz coś dla siebie. Bierz rzeczy na basen i uderzaj w kierunku jednej z niewielu czynnych tego dnia pływalni, która do tego jest całkiem nowoczesna i ponoć są tam fajne warunki. Nie byłem, ale jestem skłonny zaryzykować, bo w nowym roku przecież trzeba próbować nowych rzeczy, prawda? [Lokalizacja: OSiR Ochota, Rokosowska 10]

16:50-18:30 Czas na odrobinę chilloutu przy filmie na wielkim ekranie. Proponuję ekranizację niezwykłego, magicznego komiksu zatytułowanego „Kurczak ze śliwkami”. Jeśli film będzie tak samo nastrojowy i niezwykły, to zapowiada się świetne półtorej godziny. W Nowy Rok wcześniejsza rezerwacja biletów nie jest wymagana. Mało kto chodzi wówczas do kina, na sali pustki, więc można bez obaw nabyć bilety przed samym seansem. Wariant sprawdzony, podczas pierwszego „Chilloutu 1 stycznia” organizowanego w 2010 roku zawitaliśmy w ten sposób na „Tron: Legacy”. [Lokalizacja: kino Wisła, plac Wilsona 2]

19:15-20:15 To dobry moment na wieczorną przekąskę. W tym celu udamy się do restauracji „Beirut – Humus and Music Bar” celem zasmakowania odrobiny kulinarnej egzotyki pod postacią serwowanego na różne sposoby humusu, kojącego zmysły ajranu oraz rozmaitych innych potraw wschodniej kuchni. Będzie smacznie, miło i przystępnie cenowo! [Lokalizacja: Beirut Hummus and Music Bar, Poznańska 12]

Jak widzicie, rozkład jazdy urywa się po godzinie dwudziestej. To naprawdę dobra wiadomość, bo przecież wydarzyło się już tak dużo, a dzień jeszcze się nie kończy, więc możecie doświadczyć czegoś wedle uznania we własnym zakresie.

To chyba dobry początek nowego roku, prawda? ;)

Wróżenie z liter, wróżenie z fusów

Jeśli chodzi o pisanie książek, to oczywiście nigdy nic nie wiadomo. Można sobie coś zakładać, planować, ale wszystko i tak może wyjść zupełnie inaczej.

Stracimy zapał do tworzenia tekstu, nad którym teraz tak ochoczo pracujemy. W naszej głowie narodzi się nowy pomysł, który ściągnie nas na zupełnie odmienną ścieżkę. Przypomnimy sobie o czymś, co zaczęliśmy pisać dawno, dawno temu i nagle stwierdzimy, że to jest to, do czego chcemy teraz wrócić.

Czasem mamy ochotę tworzyć coś nowego, a innym razem doszlifowywać rzeczy już gotowe. Jest faza na pisanie tekstu i faza na jego składanie (jeśli oczywiście ktoś składa książkę własnoręcznie). Są też momenty, czasem kumulujące się w tygodnie i miesiące, kiedy o czymkolwiek związanym z pisaniem nie mamy ochoty myśleć wcale.

Czasami jesteśmy niemalże pewni, co w naszej karierze pisarskiej wydarzy się dalej, ale ta książka nie nadchodzi. Innym razem okazuje się, że nasza kolejna publikacja wyrasta znikąd, zupełnie niespodziewanie. Strasznie to przewrotne i trudne do odgadnięcia.

Pamiętacie blogowy wpis z kwietnia, w którym wspominałem o pewnym tajemniczym tekście, nad którym wówczas pracowałem? Co prawda nie napisałem tego wprost, ale byłem niemalże pewien, że to będzie moja następna książka. A tymczasem choć tekst jest w dosyć zaawansowanym stanie, to prace nad nim leżą odłogiem. Z drugiej strony wówczas nawet nie mogłem przypuszczać, że niespodziewanie pojawi się pomysł na „Rekonstrukcję” i w ekspresowym tempie uda mi się stworzyć coś naprawdę skomplikowanego, złożonego, niezwykłego, co błyskawicznie, w krótkim czasie kilku miesięcy pojawi się na półkach. Oto namacalne dowody nieprzewidywalności.

Tak jak wspominałem, jeśli chodzi o pisanie książek, to oczywiście nigdy nic nie wiadomo. Można sobie coś zakładać, planować, ale wszystko i tak może wyjść zupełni inaczej.

Dlatego też naiwnie jest pełnym przekonania tonem mówić o swojej następnej książce. Lepiej nazywać rzeczy po imieniu, czyli planami, czy też ściślej rzecz ujmując, planami na chwilę obecną.

Problem polega na tym, że nie zawsze chce się o nich mówić. Zwerbalizowane i zakomunikowane światu plany stają się zobowiązaniami, a w procesie twórczym jest już wystarczająco dużo presji, wyrzeczeń i cierpienia. Nie warto dokładać sobie kolejnych tego typu wątpliwych atrakcji, komukolwiek coś obiecując, nawet sobie. Trzeba znaleźć równowagę pomiędzy wewnętrznym rygorem a otwartością na zmiany, swobodnym dryfowaniem. Niedokończona książka może zamienić się w opowiadanie. Opowiadanie może zostać rozbudowane do pełnowartościowej książki. Jakiś projekt może zostać odłożony na później, inny całkowicie porzucony, a dwa kolejne połączą się w jeden.

Nie lubię mówić o swoich planach odnośnie następnych publikacji aż do momentu, w którym będę całkowicie przekonany, że coś naprawdę będzie moją następną książką. A i wtedy staram się wypowiadać ostrożnie, w sposób asekuracyjny, bo przecież nawet w ostatniej chwili coś może się odmienić, no i jeszcze są te cholerne czynniki zewnętrzne, które mogą pokrzyżować nam plany.

Dystrybutor może wypowiedzieć umowę. Wydawnictwo postanowi zakończyć współpracę.

Choć mam utarte ścieżki, którymi zazwyczaj podążam, a także swoje sprawdzone sposoby działania, którym przeważnie jestem wierny, to jednak charakteryzuje mnie również chęć do eksperymentowania i raz na jakiś czas robię coś zupełnie inaczej niż zazwyczaj.

Tak było we wspomnianym już wcześniej kwietniu, kiedy to przedwcześnie zdradziłem, że pracuję nad pewnym tekstem, którego rozgrzebana wersja obecnie leży i się kurzy. Tak będzie również teraz, gdy zdradzę Wam tak wiele na temat moich książkowych planów, jak nigdy przedtem.

To oczywiście nie jest coś, czego można być całkowicie pewnym. To nie jest zobowiązanie, deklaracja i coś, z czego będę miał obowiązek się później rozliczyć. To jest plan, ambitny plan, którego zrealizowanie bardzo mi się w tej chwili marzy i marzyło się już od bardzo dawna.

Powiem Wam, o czym ma być moja następna książka. Zdradzę również jej tytuł. Powiem nawet, co chciałbym, żeby znalazło się na okładce. Oto ja, człowiek, który lubi definiować się za pomocą słów „sekrety, tajemnice, intrygi”, wyłożę Wam na stół wszystkie karty na wiele miesięcy przed planowaną publikacją, w momencie, w którym emocje po wydanej trzy tygodnie temu „Rekonstrukcji” jeszcze nie opadły.

Uwaga, przygotujcie się.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to znaczy jeśli coś mi się nie odmieni, a czynniki zewnętrzne nie staną na przeszkodzie, to w 2013 ujrzycie książkę, z której będę szczególnie dumny.

Publikacja będzie zatytułowana „I nagle wszystko się kończy” i będzie zbiorem opowiadań. Dziwacznych, zaskakujących, przewrotnych, czyli takich jak dotychczas opowiadane przeze mnie historie. Zbiór będzie bardzo różnorodny i choć wciąż ambitny, to jednak jako całość znacznie łatwiejszy w odbiorze niż „Defekt pamięci” i „Rekonstrukcja”. Łączna objętość około trzystu stron. Na okładce w jakiś sposób przetworzony motyw sygnału kontrolnego, takiego jak ten, który pojawia się na ekranie telewizora po zakończeniu emisji programu.

Materiał jest już niemalże gotowy, to znaczy mam już wystarczająco dużo tekstów, żeby zapełnić nimi książkę, ale są to wersje robocze, które wymagają jeszcze przejrzenia i skorygowania. To zajmie sporo czasu. Nie można też wykluczyć, że dopiszę coś jeszcze, choć nie jest to konieczne.

Powiem Wam, jaki jest plan na najbliższe miesiące.

Mam dwie teczki. Na jednej są uśmieszki, a na drugiej kwiaty. Wydrukowałem wszystkie teksty, które mają znaleźć się w książce i włożyłem je do teczki z uśmieszkami. Raz na jakiś czas będę wyjmował któryś z nich, czytał i wprowadzał do niego poprawki. To będzie żmudna robota.

Poprawiony tekst będzie lądował w drugiej teczce. I tak przez długie tygodnie. Nie wiem, ile czasu mi to zajmie. Ale w momencie, gdy wszystkie teksty zostaną poprawione, przystąpię do kolejnego kroku. Zacznę przenosić zmiany z wersji papierowej do elektronicznej. Gdy już się z tym uporam, wydrukuję wszystkie opowiadania ponownie i dla pewności, że są odpowiednio dopracowane pod kątem ortograficzno-stylistycznym, dam je do przeczytania komuś, kto zna się na tych kwestiach lepiej. Jeśli okaże się, że w tekstach są jeszcze jakieś błędy, które mi umknęły, to szybko je poprawię i przejdę do kolejnego etapu, czyli składania książki.

Dopiero wówczas uzyskam pewność, że „I nagle wszystko się kończy” będzie moją kolejną publikacją. A i to tylko wtedy, gdy czynniki zewnętrzne nie staną na przeszkodzie.

Trzymajcie kciuki. Bardzo mi zależy na takim rozwoju wydarzeń.

Na chwilę obecną.

Miłego końca świata!

Mam wrażenie, że każdy z nas potrzebuje odrobinę magii w życiu. Jedni pragną jej więcej, a inni mniej. Tęsknimy za jakimś niezwykłym, metafizycznym doświadczeniem. Choćby nasze życie toczyło się jak najlepiej, to i tak chcielibyśmy, żeby wydarzyło się w nim coś jeszcze bardziej niezwykłego, coś cudownego i magicznego.

Data taka jak dziś, czyli długo wyczekiwany 21 grudnia 2012, to odpowiedni moment, żebym Wam coś zdradził – marzy mi się koniec świata. Choć afirmacja życia jest dla mnie czymś tak niezwykle ważnym i staram się cieszyć każdym aspektem istnienia, to jednak jest coś, czego w żaden sposób nie uda się osiągnąć i doświadczyć w ramach rządzących naszym światem reguł. Jedyną możliwością, aby poczuć coś niezwykłego, coś czego teraz być może nawet nie potrafimy sobie wyobrazić, jest zmiana obowiązujących w tej rzeczywistości zasad. Jedną z emanacji takiego stanu rzeczy jest właśnie koniec świata.

Naprawdę, tak bardzo bym chciał, żeby miał on miejsce. Wszystko jedno czy dziś, czy kiedykolwiek indziej, ale chciałbym go doświadczyć. Myśl o tym jest tak słodko-gorzka. Jest w niej coś z tego napięcia, jakie odczuwamy przed daleką podróżą. Chciałbym doświadczyć końca świata, ale nie takiego materialnego, katastroficznego. Pożary, podnoszący się poziom wody, meteoryty uderzające w ziemię – to wszystko napawa mnie strachem. To nie jest koniec świata, jaki mi się marzy. To właściwie nie jest żaden koniec świata, lecz po prostu dramatyczny kataklizm. Koniec świata, o jakim ja myślę, jest czymś zupełnie innym. To prawdziwie metafizyczne doświadczenie pełne magii. Wydarzenie dające nam nadzieję, że ten świat jest skonstruowany zupełnie inaczej niż myślimy. Mój wymarzony koniec świata nie jest końcem wszystkiego, lecz początkiem czegoś nowego, ekscytującego, pięknego.

Tak bardzo bym chciał, żeby mój wymarzony koniec świata stał się faktem. Byłbym wtedy przeszczęśliwy. Wszyscy bylibyśmy przeszczęśliwi.

Jeśli to kiedyś nastąpi, to sami zobaczycie.