Archiwa

Z autografem czy bez?

Nietypowa książka zasługuje na nietypowe rozwiązania. W przypadku „Defektu pamięci” była to cała masa dziwacznych akcji, od ukrywania specjalnych zeszytów w rozmieszczonych na mieście pojemnikach na piasek, przez dziwaczne ogłoszenia podświetlane wielobarwnymi glow stickami, prototypy specjalnych ołówków dla „Piszących”, po happeningi Umiarkowanie Tajnej Grupy Operacyjnej Defekt Pamięci. Poprzeczka jest bardzo wysoko, ale w przypadku „Rekonstrukcji” również postanowiłem zadbać o jakieś niestandardowe działania. Jako, że książka naszpikowana jest rozmaitymi znaczącymi detalami, to ciekawym rozwiązaniem wydaje się być eksploatowanie motywu poszukiwania tego, czego nie widać na pierwszy rzut oka. A w kontekście tego wszystko dawanie autografów widocznych jedynie w świetle UV wydaje się być adekwatnym rozwiązaniem.

Wieziemy książki do dystrybutora

Wyprawa rozpoczęła się rano na Żoliborzu, gdzie podobnie jak w przypadku „Defektu pamięci”, zawczasu ukryłem w mojej sekretnej piwnicy zapas książek, które miały trafić do dystrybutora. Umówiłem się tam z kumplem, który obiecał pomóc mi przewieźć towar do Ożarowa Mazowieckiego, w którym to mieście znajdują się magazyny największego polskiego dystrybutora książek. Jeśli macie teraz pod ręką jakąś publikację, to jest ogromna szansa, że w pewnym momencie znajdowała się właśnie tam, gdyż to w tych gigantycznych magazynach zaopatrują się wszystkie największe księgarnie w kraju.

Paczka była na szczęście tylko jedna (ale za to spora), więc bez problemu załadowaliśmy wszystko do samochodu osobowego (w przypadku „Miasto to gra” oraz „Kodu…” konieczne były auta dostawcze), po czym poszybowaliśmy w kierunku trasy S8. Na miejscu standardowa procedura: szlaban idzie w górę, na portierni zgłaszamy dostawę książek, podajemy numer rejestracyjny auta, dostajemy specjalną odblaskową kamizelkę z napisem „kierowca” oraz numerem identyfikacyjnym, a także papier, na którym konieczna będzie pieczątka z magazynu, na dowód, że rzeczywiście coś tam przywieźliśmy.

Przepustka otwiera drugi szlaban, a tam naszym oczom ukazują się przestronne hale. Regularnie podjeżdżają pod nie ciężarówki, aby zostawić albo odebrać towar. My z naszym samochodem osobowym raczej wyróżniamy się spośród większości aut, jakie tam przyjeżdżają. W imponującym swoimi rozmiarami magazynie zostawiam paczkę, biorę pieczątkę na przywiezionym ze sobą dokumencie dostawy (to pokwitowanie dla mnie) oraz tym otrzymanym na portierni (zostawia się ją przy wyjeździe).

Następnym krokiem będzie zgłoszenie faktu dostawy do dystrybutora, który aktywuje w systemie wcześniej wprowadzoną tam publikację, a księgarnie w całym kraju zyskają możliwość jej zamawiania.

Tymczasem po czym opuszczamy teren i ruszamy w kierunku Warszawy. Misję można uznać za wykonaną.

Teoria wspomaganego powracania do przeszłości

Mam taką teorię, że ważną rzeczą w życiu jest powracanie raz na jakiś czas do naszej przeszłości. Przypominanie sobie rozmaitych sytuacji oraz wydarzeń nie tylko pozwala je utrwalać, ale potrafi również inspirować, a także umożliwia zachowanie równowagi pomiędzy rozmaitymi sferami życia oraz pomiędzy odkrywaniem nowego i kultywowaniem dawnego. Przez lata wypracowałem szereg mechanizmów ułatwiających wdrażanie wspomnianego podejścia do rzeczywistości.

Przykładowo, ciekawym rozwiązaniem jest umieszczenie na pulpicie komputera widżetu, który będzie wyświetlał nam losowe zdjęcia z naszego prywatnego archiwum. To świetny sposób na wspomagane wracanie do przeszłości. Jeśli chcemy, zdjęcia z naszej przeszłości możemy zastąpić rozmaitymi innymi obrazkami, które zapisaliśmy kiedyś na dysku z jakiegoś powodu. Skoro to zrobiliśmy, to pewnie planowaliśmy do nich wrócić, a trudno usiąść i zacząć celowo te wszystkie pliki przeglądać. Lepiej oddać sprawę w ręce programu, który za nas będzie serwował nam takie obrazki, przypominając tym samym o tych wszystkich rzeczach, które w pewnym momencie życia były w centrum naszej uwagi.

Warto wspomnieć również o aplikacji Foursquare połączonej z Timehop. Foursquare to narzędzie służące do wykonywania tak zwanych check-inów, czyli oznaczania naszej lokalizacji za pomocą telefonu komórkowego. Przydaje się to szczególnie wtedy, gdy mamy ochotę się z kimś spotkać i widzimy, że ktoś ze znajomych jest akurat w okolicy. Dzwonienie po ludziach i wysyłanie zapytań w formie SMS-ów staje się zbędne. Foursquare ma też wiele innych przydatnych funkcji, ale z punktu widzenia niniejszego tekstu nie są one istotne. Ważne jest natomiast to, że na stronie aplikacji możemy prześledzić sobie historię naszych check-inów i powspominać kiedy i gdzie byliśmy. Niestety, mechanizm jest tu podobny jak w przypadku przeglądania zdjęć na komputerze – trzeba się zebrać, usiąść i zacząć oglądać, a do tego konieczny jest czas i chęci. Po raz kolejny warto oddać część pracy maszynie. Tym razem z pomocą przychodzi nam aplikacja Timehop, która po połączeniu z Foursquarem zacznie codziennie serwować nam dawkę informacji na temat tego, co działo się w naszym życiu równo rok temu. Dostajemy elegancki wykaz miejsc, w których byliśmy, a to wszystko ładnie uporządkowane, z podanymi godzinami wizyt, a także informacjami o znajomych, z którymi tam wtedy byliśmy (jeśli również użyli wtedy Foursquare). Świetna sprawa, można momentalnie przypomnieć sobie o jakimś dniu albo bawić się w odgadywanie, o co właściwie chodzi z tymi check-inami, których kompletnie nie pamiętamy. Taka archeologia własnej przeszłości. Oczywiście Timehop oferuje także szereg dodatkowych możliwości. Da się śledzić również nasze wpisy z Facebooka, a także z kilku innych serwisów. Aplikacja podaje nam dane nie tylko z poprzedniego roku, ale również z tych jeszcze wcześniejszych. A jeśli ktoś woli, to codzienne powiadomienie w komórce może zastąpić mailem przychodzącym wprost do naszej skrzynki.

Z kolei miłośnikom analogowych rozwiązań polecam coś, co nazwałem „wehikułami czasu”. Pisałem już o nich na blogu, więc zachęcam do przejrzenia go pod kątem wpisów zawierających to słowo kluczowe. Tutaj wspomnę jedynie, że w skrócie chodzi o to, aby rozmieszczać w naszym życiu (np. w pokoju) przedmioty, które sami za jakiś czas odnajdziemy. Tym samym przypomnimy sobie moment ich ukrycia, błyskawicznie przenosząc się w czasie do danej chwili, której niezwykle wyraźny obraz pojawi się wówczas w naszej głowie. Jeśli nie wiecie, o czym mówię, to przypomnijcie sobie moment, w którym znaleźliście coś w kieszeni dawno nieużywanej kurtki. Z wehikułami czasu jest podobnie.

To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej. Tego typu narzędzi jest więcej. Zachęcam do inspirowania się powyższymi przykładami, a także do poszukiwania własnych rozwiązań. Naprawdę warto przyprawić swoje życie szczyptą podanego w sposób zautomatyzowany (a często także losowy) powracania do przeszłości.