Archiwa

Metoda na obudowę

- What is this? – pyta rozbawiona pani podczas prześwietlania bagażu na lotnisku w Zurychu.
- iPhone case that looks like a camera – odpowiadam zgodnie z prawdą.
Pośród strażniczek granicznych poruszenie. Do pierwszej dołącza druga i również nie może wyjść z zachwytu. Tłumaczę, że w momencie, gdy zobaczyłem tę obudowę w Japonii od razu się w niej zakochałem. Panie zaczynają ją uważnie oglądać, ale nie w taki sposób, w jaki robią to mundurowi zainteresowani nietypowymi przedmiotami wnoszonymi na pokład, lecz osoby, którym autentycznie bardzo podoba się jakiś gadżet.
Niechcący wywołałem niemałą sensację. Przez chwilę żywiołowo rozmawiamy o obudowie. Wyjaśniam, że znajdujący się na środku obiektyw nie jest prawdziwy i tłumaczę, gdzie znajduje się ten właściwy. Pokazuję, że co prawda obudowa jest atrapą aparatu, ale spust migawki ma dokładnie w tym miejscu, w którym znajduje się przycisk do robienia zdjęć na telefonie, więc bez problemu można używać go do fotografowania.
Proponuję, że następnym razem przywiozę paniom coś takiego, ale one chyba nie słyszą, tylko nadal oglądają obudowę. W końcu ta pierwsza pyta, kiedy znowu będę w Japonii, a ja odpowiadam, że nie wiem, ale wtedy na pewno jej taką kupię, a później ją tu odnajdę.
- I will be here – odpowiada pani i wskazuje na miejsce, w którym stoi.
Gdy znajdujące się na taśmociągu bagaże jadą dalej, prosto do maszyny do prześwietlania, pani podbiega do dziewczyny obsługującej sprzęt i rozentuzjazmowana, z uśmiechem na ustach zaczyna pokazywać jej widoczny na ekranie przedmiot, wyjaśniając, czym on jest.
Tak naprawdę śmiejemy się wszyscy, nawet uzbrojeni panowie po drugiej stronie bramki wykrywającej metal, przez którą przechodzę.
Kontrola bagażowa chyba nigdy nie była tak przyjemna.

Tekst, nad którym obecnie pracuję

Jestem podekscytowany pewnym tekstem, nad którym pracuję już od jakiegoś czasu i postanowiłem uchylić Wam rąbka tajemnicy.
Z pisaniem to jest tak, że czasami obieramy sobie jakiś duży cel, który traktujemy niezwykle poważnie i zakładamy, że to właśnie będzie ta nasza kolejna „duża rzecz”, tylko po to, żeby za jakiś czas przekonać się, że dany tekst jest ślepym zaułkiem i w najlepszym wypadku może w dalszej przyszłości uda się tam z niego coś wyrzeźbić, a w najgorszym po prostu wyląduje w śmietniku.
Oczywiście czasem bywa również tak, że rzecz, którą zaczęliśmy pisać na luzie, bez większych planów odnośnie niej, zaczyna ewoluować, rozrastać się i nagle, zupełnie niespodziewanie, okazuje się najważniejszym projektem, nad którym pracujemy.
„Najważniejszy” to kluczowe słowo, bo rzadko kiedy można nazwać go jedynym. Praca twórcza ma to do siebie, że często składa się z wielu wątków. Jeden tekst się zaczyna, inny kończy, jeszcze inny wyrzuca lub włącza do któregoś z bardziej obiecujących projektów. Zasadniczo, moim zdaniem, największą wydajność ma się wtedy, gdy aktualnie pracuje się tylko nad jednym materiałem, ale dobrze mieć kilka ścieżek, żeby w razie twórczej niemocy w jednym obszarze, można było przeskoczyć do aktywności w drugim.
Ale odchodzę trochę od głównego tematu! Miało być o tekście, nad którym obecnie pracuję. Te kilka słów wprowadzenia było niezbędnych, żeby wyjaśnić jego zawiłe losy. Otóż wszystko zaczęło się w grudniu 2011 od pomysłu na niewielką książeczkę opartą na pewnym nietypowym koncepcie. Rozpoczynając pracę nad wspomnianym tekstem nie traktowałem go jako „najważniejszego”, nie miałem pewności, czy wyjdzie on poza fazę pierwszych akapitów, ale gdy już zaczynasz pisać i widzisz, że kolejne zdania płyną, to zachęca Cię to do dalszego działania. Oczywiście do czasu. Do pierwszego bloku – momentu, w którym nie jesteś w stanie pisać dalej. To moment krytyczny, w którym musisz podjąć decyzję, czy z tego tekstu jeszcze coś będzie.
Kiedyś wypracowałem sobie ciekawy sposób na ratowanie tekstów, których szkoda wyrzucić, a z których książka już raczej nie powstanie. Ten sposób to przerobienie rozpoczętej powieści na opowiadanie. Wystarczy wziąć to, co jest już napisane, nieco oszlifować i dopisać krótkie zakończenie. Efekty bywają naprawdę ciekawe!
Tak też się stało ze wspomnianym tekstem, nad którym prace rozpocząłem w grudniu ubiegłego roku, a w styczniu stwierdziłem, że zamykam ten projekt i przerabiam na opowiadanie. Dopisałem do tekstu kilka ciekawych kwiatków (drobnych, przyprawiających smaku dodatków) i mniej więcej obmyśliłem sposób, w jaki chcę go zakończyć.
Te najważniejsze projekty są zazwyczaj moją ogromną tajemnicą, ale o tych, które nie są kluczowe, zdarza mi się czasem wspominać znajomym i nieznajomym. Co było dalej? Kilku osobom opowiedziałem to i owo o tym powstającym opowiadaniu, między innymi o jednym z „kwiatków” i nagle okazało się, że jest on dla nich w ogromnym stopniu intrygujący. Od początku byłem z niego dumny, ale nie przypuszczałem, że zostanie aż tak entuzjastycznie przyjęty. Zmotywowało mnie to, żeby rozbudować ten kwiatek, z opowiadania na powrót zrobić książkę i intensywnie pracuję nad nią od kilku miesięcy, a idzie mi zaskakująco sprawnie.
Żeby było jasne – gdy piszę „książka”, nie mam tu na myśli konkretnych planów wydawniczych, a raczej pracę nad pewnym tekstem, który spełnia kryteria stania się książką. Co się z nim stanie (jeśli, oczywiście, zostanie ukończony, bo to nigdy nie jest pewne), to już zupełnie odrębna sprawa. Ale wiedzcie, że nad czymś pracuję, a raczej nad kilkoma rzeczami, ale jedna z nich rozwija się zaskakująco sprawnie i wiążę z nią ogromne nadzieje. A powstający tekst jest naprawdę szalony, w zupełnie inny sposób niż „Defekt pamięci”, ale wciąż szalony, więc trzymajcie za niego kciuki, szczególnie, że od marca ma nawet roboczy tytuł.

200$

Od kilku lat nosiłem w portfelu dwa 100$ banknoty oraz 200 zł.
Postanowiłem, że mogę wydać je wyłącznie na jakąś podróż (np. 200 zł
na przelot tanimi liniami, a resztę na wydatki na miejscu. Nawet nie
zauważyłem, jak bardzo zżyłem się z tymi papierkami. Stały się
symbolem i nie wydawałem ich nawet wtedy, gdy nie miałem w portfelu
innych pieniędzy. Nie jestem pewien, czy włożyłem je tam w 2008, czy w
2009 roku, ale przez ten czas zdążyły poprzecierać się na zgięciach.
Miałem je przy sobie niemal przez cały czas. Choć najchętniej bym się
nie pozbywał ich wcale, to myślę, że teraz jest najlepszy moment, żeby
puścić je dalej w świat i wydać pod koniec podróży po Japonii, zgodnie
z założonym przeznaczniem. Nie przychodzi mi to łatwo, mają dla mnie
ogromną wartość emocjonalną, ale gdzie będzie im lepiej, jak nie w
czystym kantorze w Tokio, w kraju, gdzie bardzo troszczy się o
banknoty.