Archiwa

DJ Głowa Konia zagrał

Pełen sukces! Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że udało się to wszystko przygotować w zaledwie trzy dni. Tak, mniej więcej siedemdziesiąt dwie godziny od pomysłu do realizacji, czy może raczej od podjęcia decyzji o stworzeniu jakiejkolwiek akcji, w której pojawiłby się DJ Głowa Konia, do wymyślenia, przygotowania i zrealizowania tej konkretnej.
Tego wieczoru mury Fortu Sokolnickiego nasiąkły zajebistością, fejmem i absurdem. DJ Głowa Konia zagrał, a nie udałoby się to, gdyby nie pomoc wielu osób, które użyczyły sprzętu, przekazały swoje skille, a także pomogły bezpośrednio na miejscu akcji. Udało się stworzyć surrealistyczny, zakręcony performance.

Od kilku dni zbierałem kolejne rekwizyty i składowałem je w moim znajdującym się nieopodal schowku. To takie miejsce w bloku, w którym mieszkałem przez kilkanaście lat. Nazywam je piwnicą, choć znajduje się kilkanaście pięter nad ziemią. Gdy tylko postanowiłem realizować projekt z Głową Konia, zaczęły pojawiać się tam kolejne przedmioty niezbędne do stworzenia tej akcji: mikser, kable audio, przedłużacz, rozgałęziacz, disco-kula, kostki cukru, specjalna, szyta na miarę różowa koszula, netbook, świecące pałki (wiecie, takie coś, co po przełamaniu zaczyna świecić), a także kamera wideo wraz z zapasową baterią i kasetą.
Oprócz tego do zrealizowania projektu potrzebowałem rzutnik, laptopa z traktorem (program do zarządzania muzyką w trakcie imprezy) wraz z podpinanym przez USB kontrolerem, pozwalającym na wygodniejszą obsługę programu, a także głośniki.
Do ostatniej chwili przygotowywałem również muzykę w mp3 (na szczęście niezbędne pliki zacząłem gromadzić dużo wcześniej, jeszcze w roku 2010), a także specjalnie zaprojektowane wizualizacje, które zmontowałem z czterech różnych nagrań (czarno biały filmik z osobami tańczącymi ska, starsza para nauczająca disco, sygnał kontrolny z telewizji oraz biały ekran, pocięte na równe, półminutowe kawałki).
Jakby tego było mało, wiele rzeczy wyklarowywało się niemal w ostatniej chwili, i to, czy jakiś rekwizyt będę miał, a jeśli tak, to od kogo, nie mogło być pewne aż do samego końca, podobnie jak to, kto, czym i czy w ogóle udokumentuje projekt.
Dodajmy do tego fakt, że cały czas lawirowałem pośród rozmaitych innych zobowiązań, takich jak przygotowania do nadchodzącego wyjazdu do Japonii, czy też zaplanowany akurat na ten weekend zlot studiów podyplomowych, a otrzymacie mniej więcej pełen obraz sytuacji.
Na miejsce przybyłem na niecałą godzinę przed planowanym rozpoczęciem akcji wraz z kumplem, który zawodowo zajmuje się DJ-owaniem. To on pożyczył mi laptopa z traktorem i kontrolerem.
Przestrzeń, w której miał odbyć się performance (podobnie jak większość akcji realizowanych w ramach BYOB) znajdowała się pod ziemią, na poziomie minus jeden fortu. Grube ściany skutecznie uniemożliwiały złapanie sygnału sieci komórkowej i nadawały miejscu specyficznego klimatu. Zaanektowałem wcześniej upatrzony obszar tuż przy toaletach, w niewielkim przedsionku, w którym oprócz tajemniczego, oddzielonego kratą urządzenia, znajdowały się jedynie wejścia do męskiego i damskiego kibla. Wyszedłem z założenia, że cały projekt będzie prezentował się tam jeszcze bardziej absurdalnie, a osoby zmierzające akurat do toalety będą automatycznie wciągane w performance, stając się jego częścią.
Zniosłem z góry otrzymany od organizatorów stół (to jedna z tych rzeczy, których nie musiałem trzymać w schowku), po czym przystąpiliśmy do przygotowywania miejsca akcji. Jakiś czas później pojawiło się dwóch na spontanie zwerbowanych kumpli (do ostatniej chwili nie byłem pewien, czy dotrą), którzy podjęli się pomocy w dokumentowaniu akcji. Rozwijaliśmy kable, podpinaliśmy sprzęt, dekorowaliśmy wnętrze.

Oczywiście nie obyło się bez problemów. Pojawiły się kłopoty z prądem (przedłużacz nie chciał współgrać z rozgałęziaczem, ale na szczęście w jednym z pomieszczeń znaleźliśmy jakiś znajdujący się na wyposażeniu fortu, nieużywany kabel), kuli nie było gdzie powiesić (w końcu zarzuciliśmy na okratowaną lampę jeden z nieużywanych kabli i podwiesiliśmy ją w ten sposób), a czasu na przygotowanie jakiejś sensownej kolejności granych kawałków nie było. Przynajmniej dwie ogromne kolumny oraz końcówka mocy okazały się lżejsze, niż można by podejrzewać, więc przetransportowanie ich z parteru pod ziemię nie było aż takim problemem. Będące na wyposażeniu fortu nagłośnienie, podobnie jak pożyczony od jednego z uczestników projektor, a nawet stolik, trzeba było o odpowiedniej godzinie ponownie wnieść na górę i przekazać dalej, ponieważ współdzieliliśmy je z innymi. Te nieco chaotyczne, lecz jakże radosne przygotowania, świetnie wpisywały się w charakter tego niezwykle spontanicznego, przygotowywanego w ekspresowym tempie projektu.

- Pamiętajcie, to jest nowy fort, po remoncie – mówiłem na początku, gdy przygotowywaliśmy akcję, przestrzegając przed zniszczeniem czegokolwiek, pamiętając, że powinniśmy oddać pomieszczenie w takim stanie, w jakim je zastaliśmy.
Gdy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki, a na ścianach pojawiły się wizuale, wiedziałem już, że sukces jest bliżej niż dalej, a przyznam, że tremę miałem aż do ostatniej chwili. Nie dość, że wszystko było organizowane tak błyskawicznie, to jeszcze projekt miał ogromny potencjał na spierdolenie go. Mogło się okazać, że pogubię się w obsłudze, jakby nie było obcego mi, sprzętu DJ-skiego, w masce konia nie wytrzymam zaplanowanej godziny, dokumentacja w półmroku nie będzie możliwa, na wydarzenie nikt nie przyjdzie albo najzwyczajniej w świecie spotka się ono z falą druzgocącej krytyki.
Na szczęście żadna z tych rzeczy nie miała miejsca, a projekt okazał się ogromnym sukcesem! Choć bez wątpienia to niezwykle barwne wydarzenie samo w sobie było czymś niesamowitym, to jednak tym, co sprawia, że jestem zadowolony z niego jeszcze bardziej i inne osoby również uznają je za ogromny sukces, jest nadający całości kontekstu fakt, że to wszystko zostało stworzone w tak krótkim czasie i to niemal od zera.
- Jeśli udało ci się to zrobić, to znaczy, że jesteś w stanie zrobić wszystko – powiedział mi później kumpel, od którego pożyczałem mikser. I rzeczywiście, przyznam, że sukces akcji takiej jak ta, budowanej na niemal kompletnie nieznanym mi gruncie, opartej na współpracy z wieloma osobami, wymagającej „ogarnięcia” wielu kwestii, przygotowywanej w pośpiechu na ostatnią chwilę, a jednak niezwykle udanej, daje ogromną wiarę w siebie.

Performance opierał się na szeregu improwizowanych działań z wykorzystaniem przyniesionych rekwizytów, przestrzeni pomieszczenia oraz przybyłych na akcję osób. Oczywiście podstawą było granie imprezy klubowej, a więc nie mogło obyć się bez muzyki (poszedłem w elektroniczne klimaty) i przejść między kawałkami. Niektóre przejścia były mniej, a inne bardziej efektowne, ale warto pamiętać, że to debiut kogoś, kto niemal kompletnie się na tym nie zna.
Już sam człowiek w obcisłej różowej koszuli o ciekawym kroju i w niezwykle realistycznej masce konia na głowie wywoływał niemałą sensację, więc równie dobrze można by przez cały czas po prostu stać za konsoletą, ale zależało mi na większej interakcji z widzami i tym, żeby stali się również uczestnikami, a nie jedynie obserwatorami. Dlatego też podchodziłem do poszczególnych przewijających się w miejscu performance’u osób, częstowałem je cukrem, zagadywałem, dawałem się dotykać, głaskać, zaczepiałem i odpowiadałem na zaczepki uczestników, pozowałem do zdjęć, przemieszczałem się po pomieszczeniu, zapraszałem różne osoby do siebie za pomocą gestów i słów, pokazywałem karteczki z rozmaitymi napisami, takimi jak „Nie bój się” albo „Nie mogę Ci pomóc, jestem koniem” (te same, których użyłem podczas miejskiego debiutu Głowy Konia w 2010 roku, gdy po raz pierwszy pojawiłem się w tej masce na mieście).

Czy obyło się bez zgrzytów? Jasne, że nie, ale starałem się na bieżąco przekuwać je w część performance’u, np. gdy w pewnym momencie skończył się kawałek, a ja nie zdążyłem „wpuścić” następnego, krzyknąłem „Koniec!”, a gdy z sali rozległo się „Nieee!”, wykrzyknąłem „Żartowałem!”, po czym ponownie uruchomiłem muzykę. W drugiej tego typu sytuacji po prostu znieruchomiałem, sprawiając wrażenie, że wszystko jest częścią planu, a po dłuższej chwili spokojnie usiadłem na stoliku tuż obok konsolety i patrząc na uczestników, zacząłem spokojnie zajadać się kostkami cukru.
Jasne, ktoś mógłby się czepiać, że co to za impreza, na której niektóre kawałki poleciały dwa razy, ale należy pamiętać, że choć cała akcja miała formułę DJ’skiego setu, to tak naprawdę był to przede wszystkim performance, jego widzowie rotowali przez cały czas trwania akcji i szansa, że ktoś usłyszał albo zobaczył dwa razy to samo była znikoma, dlatego też nie krępowałem się powtarzać tych samych ruchów, zawołań, form interakcji, czy też właśnie kawałków.
Odrębną kwestią były kwestie techniczne i organizacyjne, takie jak np. wspomniane na początku problemy z prądem, rozkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę, konieczność współdzielenia sprzętu, czy też niepewność, co do tego, w jaki sposób zostanie udokumentowana akcja. O dziwo, pomimo tremy, podchodziłem do tych problemów z entuzjazmem. Choć przygotowywanie tego projektu było nie lada wyzwaniem i do tego niezwykle wycieńczającym wyzwaniem, to zarazem mogę określić je również mianem świetnej zabawy! Być może dlatego nawet tego typu sytuacje nie psuły mi humoru, a jedynie napędzały do działania.

Osoby trafiające do pomieszczenia z performancem reagowały bardzo różnie. Większość jedynie obserwowała, często stojąc w progu, jakby obawiając się większego zaangażowania w sytuację. Sytuacja ta jednak w jakiś sposób ich przyciągała, gdyż przez dłuższy czas nie opuszczali miejsca akcji. Inni wchodzili w interakcję, czasem mniej, a czasem bardziej odważnie. Ktoś zagadywał, ktoś komentował, ktoś robił zdjęcia, ktoś sięgał po cukier i go zjadał, ktoś mnie nim karmił, ktoś rzucał kostkami cukru po pomieszczeniu, ktoś tańczył.
Do sali trafiały osoby w różnym wieku. Dominowały te dwudziestokilkuletnie, ale pojawiały się również osoby w średnim wieku, a także dzieci. Te ostatnie czasem trzymały się od konia z daleka, jedynie uważnie go obserwując, a innym razem chętnie podchodziły, dotykały, brały cukier, tańczyły, biegały po pomieszczeniu. Z pewnością dużą rolę w ośmielaniu dzieci odgrywali ich rodzice, którzy odczytywali teksty z trzymanych przeze mnie plansz typu „Nie bój się”, a także fakt, że często, chcąc wejść z nimi w interakcję, celowo schylałem się, przykucałem, tak żeby znaleźć się na wysokości ich oczu. Bardzo często starałem się reagować na to, co robiły poszczególne osoby, ale nie zawsze to było możliwe, ponieważ widoczność w masce była znacznie ograniczona. Pamiętajcie też, że cały czas musiałem dbać o warstwę muzyczną projektu, a także o to, żeby płynnie współpracować z osobami dokumentującymi akcję (raz na jakiś czas trzeba stanąć na odpowiednim tle lub zrobić coś wystarczająco wolno, żeby udało się to uchwycić). Dlatego też czasem potrafiłem podejść do kogoś, zagadać, poczęstować cukrem, dać się pogłaskać, a innym razem kompletnie zignorować, gdyż go nie widziałem lub byłem zaaferowany innymi sprawami.
Wydaje mi się jednak, że z imprezy DJ’a Głowa Konia nikt nie wyszedł niezadowolony i każdy znalazł swój sposób na doświadczenie tego surrealistycznego wydarzenia, a ile osób, tyle różnych zachowań, jak już zostało wspomniane, od całkowicie biernej obserwacji, po śmiałe wychodzenie z inicjatywą.

Choć spędzenie tak długiego czasu w masce i dbanie o intensywny kontakt z uczestnikami, a także o warstwę muzyczną, było bardzo wycieńczające, to jednak ani się nie obejrzałem, a minęła godzina przeznaczona na performance i powoli należało zacząć oddawać pożyczone rekwizyty – projektor, nagłośnienie, stolik. Po ostatnim zagranym kawałku wygłosiłem do zgromadzonych krótką mowę (tu cytat):
- Dziękuję bardzo za pojawienie się w tym oto miejscu, tuż obok toalet, aby wysłuchać tych pięknych melodii, zjeść tego smacznego cukru i zaznać tej atmosfery absurdu i surrealizmu. Zachęcam by inspirować się nią w życiu i robić takie rzeczy na co dzień – tu nastąpił złowieszczy śmiech, zwieńczony oklaskami obserwatorów.
Po tych słowach oficjalnie zakończyłem imprezę.
Następnym krokiem było posprzątanie tego wszystkiego, a trzeba przyznać, że zrobiliśmy tam – cytując jednego z moich kumpli – niezły burdel. Rzeczywiście, po podłodze walało się pełno cukru (choć w trakcie akcji dzieci pozbierały niektóre kostki w jedno miejsce), ja ociekałem potem, a wokół było pełno sprzętu, który trzeba było spakować i bezpiecznie wywieźć z powrotem do piwnicy. Nie mówiąc już o tych ogromnych głośnikach, końcówce mocy i stoliku, które trzeba było dostarczyć na górę, zanim inni twórcy rozpoczną swoje akcje. Maska była wypełniona breją, będącą mieszanką potu i rozpuszczonego cukru, który ludzie (a także ja sam) pchali mi do pyska (na szczęście łatwo da się ją umyć wodą). Po podłodze walał się nie tylko pokruszony cukier, ale też świecące pałki i kartki z tekstami konia. Bałagan był spory, a tymczasem pomieszczenie trzeba było zdać w takim stanie, w jakim je otrzymaliśmy. Na szczęście szybko udało się doprowadzić je do porządku, przywiązana do znajdującej się na suficie lampy kula nie urwała jej, pożyczony sprzęt wciąż był jak nowy (jeśli nie liczyć cukru, który trzeba było z niego zdmuchnąć), a podłoga nie lepiła się aż tak bardzo i wystarczyło przetrzeć jej fragmenty wilgotnym papierowym ręcznikiem, żeby doprowadzić ją do porządku, a drobny cukrowy pyłek i tak był nierozróżnialny od znajdujących się tu i ówdzie drobin odpadającego w niektórych miejscach tynku. Reasumując, udało się zrealizować tę akcję bez jakichkolwiek strat.
- Możemy pozbierać cukier, można ogarnąć brud, ale tego fejmu, którymi te ściany nasiąkły, już stąd nie odessiemy. Żadna technologia na to nie pozwoli – podsumowałem. – Ale cukier mogę pozbierać.
Z projektu powstał barwny film wideo i garść zdjęć (kamera oraz komórka krążyły pomiędzy osobami pomagającymi mi w dokumentacji akcji). To właśnie z tym nagraniem lepiej się zapoznać niż z suchymi słowami takimi jak te. O ile żadna dokumentacja nie jest w stanie przekazać atmosfery jakiejkolwiek akcji happeningowej lub performerskiej, to akurat w tym wypadku, gdzie warstwa audiowizualna jest tak ważna, zapoznanie się z nagraniem jest szczególnie wskazane.
Po posprzątaniu wszystkiego, udaliśmy się na plac Wilsona, gdzie w sklepie spożywczym kupiłem sobie wodę, znajomi posilili się humusem w pobliskim kebabie, a po odstawieniu sprzętu do piwnicy, w końcu można było odpocząć i na spokojnie pooglądać projekty prezentowane przez innych w ramach akcji BYOB.
Bez wątpienia był to zasłużony odpoczynek, gdyż po półtora roku od stworzenia tej postaci oraz po kilkudziesięciu godzinach intensywnych przygotowań w końcu się udało – DJ Głowa Konia zagrał!

DJ Głowa Konia – Zapowiedź na Bring Your Own Beamer

Krzysiek „Semp” Bielecki udziela się przede wszystkim w przestrzeni miejskiej jako twórca działań performerskich i happeningów, cały czas przy tym eksperymentując. Jego najbardziej rozpoznawalny projekt to angażująca setki osób akcja Urban Playground (2005), która wywołała modę na to, co media ochrzciły grami miejskimi, ale jest twórcą również szeregu innych aktywności, takich jak kolektywne malowanie mostu światłem (2005), ukrywanie kapsuły czasu (2006), czy partyzancka galeria w przestrzeni miejskiej (2007). Swoimi akcjami wywoływał chaos na ulicach Tokio (2009), w pofabrycznych przestrzeniach w Amsterdamie (2007), a także… w rzece przepływającej przez Zurych (2009). Podczas akcji BYOB ponownie wcieli się w postać stworzonego w 2010 DJ’a w ultrarealistycznej masce konia, aby zaserwować Wam surrealistyczne doświadczenie, które może okazać się naprawdę wszystkim. Pamiętajcie, żeby zabrać ze sobą kostki cukru oraz suchy chleb dla konia!

Obraz nadaje kontekst. Mała dziewczynka w pokoju z różowymi ścianami i ta sama dziewczynka otoczona przez czarne tapety. Małżeństwo w średnim wieku, które ma w domu kilkanaście różnorodnych obrazów lub tylko i wyłącznie hiperrealistyczne dzieła przedstawiające płaty mięsa. Starsza osoba otoczona przez repliki klasycznych rzeźb lub jedynie przez zwielokrotniony przy pomocy dłuta własny wizerunek.
Nawet jeśli cały czas jesteś tym samym, to i tak stajesz się kimś innym, gdy modyfikowane jest to, co Cię otacza. Gdy wieńczy Cię głowa konia, raz jesteś szaleńcem, a raz awangardowym muzykiem. Wszystko się zmienia, nawet jeśli nic się nie zmienia.
Wytnij postać i przenieś ją w inną przestrzeń. Zmień tło. Zmodyfikuj kontekst.
Kim byłby człowiek w masce konia, gdybyś zobaczył go w nocy w środku lasu? Kim byłby, gdyby stał za ladą cukierni? Kim byłby na przyjęciu koktajlowym, a kim na imprezie karnawałowej? Co byś o nim pomyślał, gdybyś spotkał go w autobusie albo w ciemnym zaułku, a co gdyby stał za konsoletą podczas dziwacznej imprezy klubowej i dlaczego byłyby to dwie różne rzeczy?
Wytnij postać i przenieś ją w inną przestrzeń.
A gdy już tam się znajdzie, zauważ, że wideo również nadaje kontekst. Taki mały kontekst w kontekście. Na czarno-białym filmie ludzie tańczą do muzyki sprzed kilku dekad, ale dziwnie dobrze komponuje się to z tym, czego słucha się współcześnie. Na innym nagraniu starsi ludzie uczą tańca. Jeszcze inne z parkietem nie ma nic wspólnego, bo to przecież obraz kontrolny z telewizora, ale w tych czasach przecież wszystko może być wizualizacją i koń za konsoletą nadaje kontekst nagraniu, tak samo jak ono nadaje kontekst zamaskowanej postaci.
Czy postrzegasz ją inaczej w zależności od nagrania? A co gdyby przeprowadzić ostateczną re dekorację wnętrza, dać taki film, który z wizualizacją nie miałby nic wspólnego? Pytanie tylko, czy to jest możliwe w świecie, w którym staje się nią wszystko, niejako z automatu, gdy elementem wystroju wnętrza jest DJ.
Co jest ostateczną antywizualizacją w rzeczywistości, w której może być nią cokolwiek? Jedynym rozwiązaniem jest biel. Rzutnik emitujący nic. Zero. Kim wtedy staje się postać w masce konia?
   Myśl, analizuj, zadawaj pytania. Albo po prostu ciesz się surrealistyczną sytuacją, w której się znalazłeś. I nie zapomnij dać koniowi kostki cukru.

Efekt konia

W ciągu dnia sporo chodziłem z maską konia, przeważnie po prostu ją trzymając, jedynie raz na jakiś czas zakładając ją na głowę. O ile można przewidzieć, że w tym drugim przypadku reakcje będą spektakularne, to mnie szczególnie urzekało to, co działo się, gdy po prostu nosiłem ją w ręku. Ludzie uśmiechali się, zagadywali, byli bardzo przyjaźni. Wniosek jest taki, że nie trzeba robić nic, żeby było miło – wystarczy mieć ze sobą maskę konia.