Archiwa

Transport książek

– Jest 31 stycznia 2012 roku. Dziś mijają równo dwa lata odkąd zacząłem pisać pierwszy rozdział tej książki. Dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie teraz, równo po dwóch latach, mam okazję wziąć tę książkę w rękę, ponieważ właśnie przed chwilą, niedawno przybył transport książek prosto z drukarni” – te słowa, to cytat z filmiku, który nagrałem podczas przeglądania świeżo odebranych paczek, które dotarły do mnie około 14:30. To już czwarty raz, kiedy mam okazję rozpakowywać kartony z napisaną przez siebie książką. Za każdym razem jest to niezwykłe, ekscytujące doświadczenie, choć przebieg wydarzeń zawsze jest podobny – najpierw wyczekiwanie na kuriera, później odbiór przesyłki, wyładowywanie paczek i ustawianie ich obok siebie, otwarcie jednej z nich, pamiątkowe zdjęcie pośród książek, a później robienie całej masy kolejnych, zwieńczone napisaniem blogowego wpisu, takiego jak ten, który właśnie czytacie. „Defekt pamięci” jest dla mnie książką szczególną. Nazywam ją drugim debiutem, ponieważ jest to pierwsza w moim dorobku powieść i zarazem pierwsza książka, która nie jest aż tak bardzo hermetyczna jak wszystkie poprzednie. Skoro zacząłem cytatem z filmiku, to pozwolę sobie zakończyć kolejnym: – Mam nadzieję, że ta książka spodoba się czytelnikom, ponieważ włożyłem w nią sporo pracy i fajnie byłoby, gdybyście ją przeczytali i gdyby Wam się spodobała.

W poszukiwaniu klubu z moich snów

Czasami w moich snach pojawia się pewien klub. Właściwie to jest to coś pomiędzy klubem a barem. Co prawda zdarza się to niezbyt często, ale jednak zdarza się. Warto wspomnieć, że nie jest to żadne konkretne miejsce o określonych i niezmiennych parametrach architektonicznych i geograficznych, a raczej zbiór emocji, motywów i idei.
Za każdym razem, gdy do niego trafiam, wygląda nieco inaczej, ale ja ani przez chwilę nie wątpię, że jest to dokładnie to samo miejsce. Czasem docieram tam bez problemu, jak do dobrze znanej oazy, a czasem odnalezienie go jest nie lada wyzwaniem. Bywa tak, że przychodzę tam celowo, a innym razem ląduję w nim przypadkowo. To nieważne, że wnętrze za każdym razem wygląda nieco inaczej. Klimat zawsze jest ten sam.
Z jednego snu pamiętam spore, lecz przytulne pomieszczenie, tonące w czarno-granatowym półmroku, rozświetlanym pojedynczymi kolorowymi, jarzącymi się tu i ówdzie światłami. Było w nim sporo, przypominających nieco łóżka, miejsc do siedzenia. Czysto i ładnie, ale bez zbędnego nadęcia.
Z innego snu zapamiętałem niewielkie, przyozdobione rurkami czerwonych neonów wejście. Nie jestem pewien, czy neony oplatały drzwi wejściowe, czy były zainstalowane gdzieś obok i po prostu tak bardzo rzucały się w oczy. To nieważne. Nie jest ważne również to, iż nie jestem w stanie odtworzyć detali tego miejsca z poszczególnych snów.
Istotne jest natomiast, że cały czas doskonale pamiętam jego atmosferę. Ta unikatowa mieszanka bezpieczeństwa, relaksu i wiszącego w powietrzu seksualnego napięcia. Odpoczniesz tam po ciężkim dniu albo po intensywnej imprezowej nocy, poznasz kogoś, z kim porozmawiasz albo zaczniesz flirtować, napijesz się drinka, zregenerujesz siły, a wszystko to bez zbędnego napięcia i nadmiernych wydatków. W klubie z moich snów czujesz się dobrze, bezpiecznie i masz takie poczucie, że jest to Twoje miejsce. To jest lokal, w którym bez negatywnych konsekwencji możesz podejść do każdego, kto ci się podoba i zarazem wiesz, że nie zagada do ciebie nikt, z kim nie miałbyś ochoty rozmawiać. To miejsce ma jakąś niezwykłą siłę przyciągania i chcesz do niego wracać w swoich kolejnych snach.
Bardzo chętnie bym tam poszedł. Jedyny problem polega na tym, że to miejsce nie istnieje.
Dziś spotkałem się z koleżanką, która, dzięki tematyce wielu naszych rozmów, kojarzy mi się z atmosferą z pogranicza jawy i snu, dekadenckim nastrojem i pewnym specyficznym klimatem, który doskonale pasuje do planu, jaki narodził się w mojej głowie. Postanowiłem odszukać klub z moich snów.
Od jakiegoś czasu, zupełnie wbrew zdrowemu rozsądkowi, snułem sobie w głowie pewne teorie odnośnie tego, gdzie może się znajdować w otaczającej nas rzeczywistości. Nie jest ważne, gdzie znajduje się miejsce, o którym za chwilę napiszę. O tym, iż nie jest zmaterializowaną wizją z moich snów też chyba nie muszę wspominać. To, że misja odszukania klubu z moich snów była tak naprawdę skazana na porażkę było wiadomo już od samego początku. To miała być raczej pewna „wkrętka”, wywołany w sobie niezwykły stan, ciekawe doznanie i zarazem kontrolowana konfrontacja świata idei z rzeczywistością.
Nie pamiętam, kiedy dokładnie dowiedziałem się o tym miejscu, ale przez kilka tygodni nienachalnie, lecz konsekwentnie atakowało mnie z różnych stron – mijane jeszcze na etapie przygotowań do otwarcia, wieczorami, gdy świeciło neonami i kusiło tajemniczą czernią wnętrza, w dzień, gdy było jeszcze zamknięte, na plakatach, na które wpadałem na mieście, a także w internecie. Obiektywnie rzecz biorąc, nie zapowiadało się najlepiej, bo w końcu jaki lokal zamiast zdjęć swojego wnętrza wrzuca fotografie zakupione w banku zdjęć? Co prawda przy przeszklonym wejściu stoi pan w marynarce, ale z drugiej strony lokalizacja w piwnicy pod fast foodem nie brzmi zbyt prestiżowo. Równie podejrzanie wygląda informacja o ogromnym wyborze alkoholi, zilustrowana zdjęciami tych najpopularniejszych, które można dostać w każdym supermarkecie. Generalnie miejsce sprawiało wrażenie takiego, które aspiruje do bycia eleganckim, ale takim nie jest. Magnes na dresy i solary. Dlatego też lojalnie uprzedziłem koleżankę, że nie mam pojęcia, co czeka nas w środku. Jednak wiszący przy wejściu neon kusił, podobnie jak znajdująca się za drzwiami czerń i oświetlone czerwonym światłem schody prowadzące w dół. Te schody! Wyglądały tak bardzo obiecująco! Zupełnie jak portal do świata z moich snów. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że doprowadzą mnie do tonącej w granatowo-czarnym półmroku sali.
Stanąłem z koleżanką przed wejściem do lokalu i wziąłem głęboki oddech. Wiedziałem, że gdy tylko wejdziemy do środka czar pryśnie i pub ten przestanie być już miejscem, w którym potencjalnie może znajdować się lokal z moich snów, a stanie się jedynie kolejnym zwykłym barem.
Otworzyliśmy drzwi i weszliśmy do środka. Ruszyliśmy przed siebie. To, co zastaliśmy na miejscu przyjemnie nas zaskoczyło. Zakładałem, że ze sporym prawdopodobieństwem może zdarzyć się tak, iż nie będę miał ochoty już tam wrócić, a tymczasem na dole czekało na nas całkiem przyjemne miejsce. Dużo drewna, odsłonięte czerwone cegły na ścianach, dobrze wyposażony bar i ciągnący się pod podłogą przeszklony kanał, w którym biegną wstęgi czerwonego oświetlenia. Te świecące elementy, poczynając od neonu przy wejściu, przez tonące w czerwieni schody, a na dziwnej instalacji pod podłogą kończąc, tak bardzo przywodziły mi na myśl miejsce z moich snów.
Bierzemy dwa kolorowe drinki. Ja w obecnej sytuacji nie mogę sobie odmówić takiego, który nazywa się „sweet dream”. Tuż przed nami przy barze zamówienie składa dziewczyna, która przykuwa moją uwagę. Później, siedząc przy swoich stolikach, kilka razy spoglądamy na siebie.
Oczywiście mógłbym pisać o tych wszystkich złych rzeczach, które drażnią – telewizorach, w których leci telewizja muzyczna, kiczowatym karaoke i zbyt głośno grającej muzyce, ale przecież nie o to tu chodzi.
Nie oczekujcie obiektywnej recenzji lokalu, bo to nie jest fragment przewodnika po knajpach, lecz opis pomysłu na to, w jaki sposób można ciekawie umagicznić swoją rzeczywistość, wprowadzając w nią elementy rodem z własnych snów.
Warto szukać miejsc, których nie ma, jeśli tylko te poszukiwania zapewnią nam ten niezwykły, unikatowy rodzaj przyjemności, jaki może dać jedynie śnienie na jawie.

Fabuła „Defektu pamięci”

Co byś zrobił, gdybyś codziennie musiał pisać dwie strony tekstu, aby powstrzymać nadchodzącą zagładę?
Gdy mediami wstrząsa wiadomość o zawaleniu się wiaduktu oraz całej serii pozornie niepowiązanych ze sobą wypadków i awarii, Kool Autobee, pracownik biurowy, odkrywa, że ma właśnie tego rodzaju nietypowy problem.
Zaczyna podejrzewać, iż być może wszystkie tragiczne wydarzenia tego świata mają związek z jego osobą, a także z niedawno przeprowadzanym remontem kuchni, karteczką znalezioną na szafce nocnej oraz traumatycznymi wydarzeniami z lat szkolnych. I kto wie, być może ma rację…
Od tej pory musi dzielić czas pomiędzy codzienne obowiązki, zapobieganie zniszczeniu świata poprzez zaprzestanie pisania oraz podążanie śladami zawiłej intrygi, która doprowadza go do coraz dziwniejszych ludzi, miejsc i sytuacji, sprawiając, że jego dotychczas uporządkowane życie zaczyna nabierać zupełnie nowych barw i zmierzać w nieprawdopodobnym kierunku.
„Defekt pamięci” to kipiąca niezwykłymi pomysłami, niesłychanie zakręcona historia, której zaskakujące zakończenie sprawi, że będziesz musiał przeczytać ją jeszcze raz.