Archiwa

„Sylwester w kapsule” i „Chillout 1 stycznia”

Zbliża się rok 2012 a wraz z nim zapowiadany od lat koniec świata. Nie wiemy skąd nadejdzie i jaki będzie jego przebieg, ale zrobimy wszystko, żeby go przetrwać. W tym celu schronimy się w specjalnym bunkrze zaprojektowanym przez najznamienitszych światowych inżynierów. Bunkier ma postać sterylnego (w miarę możliwości) pomieszczenia wyposażonego we wszystko, co może okazać się nam przydatne przez cały okres ukrywania się.  
Najważniejszym elementem pomieszczenia są skonstruowane z wykorzystaniem technologii kosmicznej kapsuły pozwalające na całkowite odizolowanie się od świata zewnętrznego. Moduł kapsułowy ma postać prostopadłościanu składającego się z dwóch poziomów. Na każdym z poziomów znajdują się niewielkie otwory prowadzące do wnętrza jednoosobowych tub, które wyposażone są w pościel i pełnią funkcję nie tylko noclegową, lecz również chilloutową podczas wypoczynku na jawie w pozycji horyzontalnej.  
Oprócz modułu kapsułowego w pomieszczeniu znajduje się podłoga pokryta wykładziną dywanową, właz prowadzący do komory z toaletą, metalowe szafki zamykane na klucz, a także drewniany stół, umiejscowiony tuż obok wizjerów (okien), pozwalających na obserwowanie świata zewnętrznego.
Obserwowanie świata zewnętrznego przez wizjery będzie szczególnie ważne z tego powodu, że we wnętrzu bunkra obowiązują rygorystyczne zasady, a jedną z nich jest całkowity zakaz komunikowania się ze światem zewnętrznym.  
W tym celu należy wyłączyć wszelkie urządzenia telekomunikacyjne (kwantowe teleportery strumienia świadomości, wtyki łączy telepatycznych, telefony komórkowe) lub pozostawić je poza bunkrem.  
Po zamknięciu się w bunkrze obowiązuje bezwzględny zakaz opuszczania go i otwierania prowadzącego do niego włazu.  
Dodatkowo uczestnicy misji zobowiązują się do pozostawienia poza bunkrem wszelkich czasomierzy w celu uzyskania efektu zagubienia w czasie. Nikt z nas nie będzie wiedział z całkowitą pewnością, która jest godzina, a jedynymi wskazówkami, które mogą nas na to naprowadzić, będą rozmaite dźwięki dochodzące do nas ze świata zewnętrznego, słyszalne przez umiarkowanie dźwiękoszczelne ściany bunkra, a także obrazy widoczne za pośrednictwem wizjera. Naszy technicy donoszą, że tego dnia aktywność świata zewnętrznego może być szczególnie wzmożona. Prognozowane są błyski światła, huki, krzyki, przesterowana muzyka oraz inne efekty audiowizualne powiązane z końcem świata.  
Wszelkie źródła donoszą, że właz zostanie zamknięty o 22:00, dlatego rozsądnie byłoby zjawić się na miejscu z odpowiednim wyprzedzeniem, nieco po godzinie 21:30. Dla chętnych planowany jest opcjonalny miting o godzinie 20:00, majacy charakter plenerowego pożegnania się ze światem ulegającym zagładzie. Rzeczywistość, którą zastaniemy po wyłonieniu się z bunkru może być zupełnie inna od tej, jaka była do tej pory znana ludzkości, dlatego też warto przespacerować się po Świecie Starego Porządku zanim nadejdzie Świat Nowego Porządku. Miejsce spotkania na opcjonalny miting to plac Wilsona. Dokładna trasa do ustalenia, najprawdopodobniej w drodze improwizacji.  
Miting zakończy się nieco po godzinie 21:30 na terenie bunkra. Dla niepoznaki nasi inżynierowie ukryli go pod postacią budynku hostelu Wilson przy ulicy Felińskiego 37, na tyłach południowo-zachodniej części placu Wilsona. Bunkier znajduje się na pierwszym piętrze. Koszt przetrwania końca świata to 60 zł. Cztery kapsuły zarezerwowane są dla osób, które na pewno idą. Piąta i ostatnia pozostaje wolna dla kogoś, kto chciałby do nas dołączyć, ale nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie wolna, ponieważ system rezerwowania kapsuł jest dostępny dla ludzi z całego świata i w każdej chwili ktoś może zająć ostatnie wolne miejsce.  
Departament Rozrywki przygotował bogaty program towarzyski, który umili wszelkim uczestnikom misji czas spędzony w bunkrze. Przewidziane są rozmaite aktywności kulturalno-oświatowe, na które składają się między innymi: spożywanie napojów wyskokowych w umiarkowanych ilościach, ciekawe anegdoty i historie dotyczące świata ulegającego właśnie zagładzie, a także gry towarzyskie (w tym gry planszowe). Wszelkie inicjatywy wychodzące od uczestników misji są mile widziane. Jeśli macie pomysł na jakieś aktywności, które pozwoliłaby nam jeszcze skuteczniej przetrwać długie godziny spędzone w odosobnieniu, to śmiało przynoście niezbędne do nich rekwizyty.  
W razie pytań zachęcam do kontaktowania się ze mną przez internet lub telefon komórkowy (oczywiście do momentu zamknięcia włazu, kiedy to wszelka komunikacja zostanie zerwana).  
Dla tych, którzy będą z nami po raz pierwszy wyjaśniam, że wydarzenie to wpisuje się w tradycyjny już dla mnie trend corocznych spontanicznych (tegoroczna akcja została zorganizowana na 30 godzin przed północą), niestandardowych imprez sylwestrowych. Przykładowo, rok temu bawiliśmy się na pikniku maskowym na podjeździe parkingu podziemnego, natomiast dwa lata temu na wysypisku śmieci podczas grilla w strojach wieczorowych. Jestem przekonany, że to wydarzenie dorówna tym organizowanym przez ostatnie lata.  
Miejmy nadzieję, że dzięki kosmiczej technologii kapsuł uda nam się przetrwać koniec świata i po otwarciu włazu ujrzymy świat Nowej Rzeczywistości.  
Wtedy nastąpi czas chilloutu. Do tego celu doskonale nadaje się restauracja Vapiano (dojazd 504 z Dworca Centralnego do przystanku Sasanki lub Taśmowa), gdzie o 13:30 spotykamy się na relaks połączony z konsumpcją wyśmienitego jedzenia. Wydarzenie ma charakter otwarty i mile widziany jest na nim każdy, a nie tylko uczestnicy organizowanej przeze mnie imprezy w kapsułach. Pamiętajcie, że dobrze rozpoczęty Nowy Rok i pierwszy stycznia nie przespany, lecz pełen chilloutu i ciekawych doświadczeń, to najlepszy punkt wyjścia do właściwego rozegrania kolejnych dni! Kierujemy się tutaj zasadą, że gdybyśmy mogli przeżyć pierwszy dzień roku jeszcze raz, to zrobilibyśmy wszystko dokładnie tak samo.

2011

„W takich chwilach lubię myśleć, że to wszystko do czegoś prowadzi i w gruncie rzeczy właśnie tak miało być. Jeszcze nie wiem, co konkretnie mam na myśli, ale mam nadzieję, że już niebawem się dowiem, a gdy ten moment nadejdzie, będę z niego bardzo, bardzo zadowolony” – tymi słowami zakończyłem jeden z ostatnich zeszłorocznych grudniowych wpisów, w którym zastanawiałem się, dlaczego wszelkie okoliczności zdawały się sprzysięgnąć przeciwko moim planom powitania Nowego Roku na pokładzie samolotu lecącego do Tokio. Owszem, byłem niezadowolony z tego, że nie udaje mi się zrealizować tego planu, ale zarazem wierzyłem, że to nie jest przypadek, tylko coś, co doprowadzi mnie do wydarzeń o niebo lepszych od tych planowanych. Przyznam szczerze, że to bardzo idealistyczne podejście, oparte raczej na marzeniach niż na racjonalnych przesłankach. W końcu nigdy nie masz gwarancji, że rezygnując z czegoś, o czym marzyłeś, doświadczysz czegoś jeszcze lepszego.”W takich chwilach lubię myśleć, że to wszystko do czegoś prowadzi i w gruncie rzeczy właśnie tak miało być. Jeszcze nie wiem, co konkretnie mam na myśli, ale mam nadzieję, że już niebawem się dowiem, a gdy ten moment nadejdzie, będę z niego bardzo, bardzo zadowolony.” Nawet nie mogłem wtedy przypuszczać, w jak ogromnym stopniu będę miał rację! To, co spotkało mnie dzięki zrezygnowaniu z planów wyjazdu do Japonii nie było po prostu w porządku, dobre, czy też bardziej niż dobre. To było wprost niezwykłe!
To nie jest tak, że nie lubię stycznia. Nie mogę powiedzieć, że nie lubię jakiegoś okresu w roku, bo przecież uwielbiam doświadczanie każdego dnia, cieszenie się każdym miesiącem i każdą porą roku. Owszem, mam takie miesiące, czy też konkretne daty, które są mi szczególnie bliskie, ale nie mam takiego okresu w roku, którego szczególnie nienawidzę. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to standardem w świecie, w którym ludzie lubią narzekać, żeby skończyła się ta pora roku albo tamta, czy też ten dzień tygodnia lub inny. Tak więc, choć cieszę się każdym miesiącem, to gdybym chciał dopasować się do ogólnie panującej tendencji i został zmuszony do wybrania takiego miesiąca, który cieszy mnie w najmniejszym stopniu, to byłby to styczeń. Dlaczego?
Zacznijmy od tego, że nadejście Nowego Roku nie jest dla mnie powodem do ekstremalnej radości, bo ta zmiana cyferki w roku jest dla mnie symbolem upływającego czasu, a nie… Hmmm… Tego czegoś, czego symbolem jest dla tych wszystkich tłumów, które cieszą się, że kolejny rok właśnie za nimi. Choć muszę przyznać, że od jakiegoś czasu radzę sobie z tym całkiem nieźle. Nadal zmiana daty jest dla mnie mistycznym doświadczeniem, ale pamiętam, że gdy byłem dzieckiem, było to coś o zabarwieniu niemal wyłącznie nostalgicznym, natomiast od jakiegoś czasu (odkąd zacząłem spędzać Sylwestra na te wszystkie specyficzne, charakterystyczne dla mnie sposoby), w większym stopniu ma w sobie coś z powiewu świeżości. Ostatnie godziny przed północą nadal mają dekadencki charakter, ale podekscytowanie dominuje nad smutkiem.
O ile od kilku ładnych lat z Sylwestrem radzę sobie gładko, to Nowy Rok jest znacznie trudniejszym orzechem do zgryzienia. To przecież taki wyjątkowy dzień, początek kolejnego roku, a tak łatwo go zmarnować, zaprzepaścić, całkowicie pozbawić charakteru poprzez wypełnienie go nic nieznaczącymi czynnościami związanymi z dochodzeniem do siebie po dniu poprzednim. Pierwszy stycznia to taki dzień, w którym trudno o zrobienie czegoś niezwykłego, doświadczenie czegoś, spotkanie z kimś. Nic dziwnego, że ludzie tak szybko odpuszczają swoje noworoczne postanowienia i zaliczają bolesny upadek na ziemię poprzez weryfikowanie z rzeczywistością swoich wyobrażeń o nadchodzącym roku, skoro ten rok zaczyna się od ogromnej nijakości.
Kolejne dni stycznia wcale nie nastrajają znacznie bardziej optymistycznie. Jest zimno, ale bez uroku świątecznej atmosfery w grudniu, czy też pierwszych przebłysków wiosny w marcu. Tak naprawdę jedyne stałe elementy „styczniowego programu”, które wywołują we mnie entuzjazm, to dzień, w którym odbywa się finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy oraz wieczór tradycyjnego, organizowanego od wielu lat flash moba Warszawskiego Frontu Abstrakcyjnego (powitanie Nowego Roku w połowie stycznia).
Tymczasem wraz z nadejściem roku 2011 stała się rzecz niesamowita. Nie wiem, na ile w tym zasługa silnej determinacji, żeby niedoszły wyjazd do Japonii zastąpić czymś chociaż w zbliżonym stopniu fajnym, a na ile ogólnie rozumiana chęć przezwyciężenia „styczniowego fatum” i uczynienia go lepszym miesiącem niż zwykle, ale kolejne dni nie były po prostu niezłe, one były niesamowite, przepełnione satysfakcją, radością i świeżością. To jedne z tych dni, które gdybym miał możliwość ponownego ich rozegrania, zdecydowałbym się przeżyć dokładnie w ten sam sposób. To mocne słowa i zarazem najlepszy możliwy komplement, jaki można sobie wyobrazić w stosunku do zbioru punktów na osi czasu.
To było jak lawina. Zaczęło się od nietypowej imprezy sylwestrowej, na której (tu będzie kolejny cytat z bloga) „bawiliśmy się w przyjemnej, nienapiętej atmosferze, zrelaksowani i odprężeni”. Później było nie mniej wspaniale. Pierwszy stycznia 2011 to jeden z najlepszych dni w roku. Obudziłem się wypoczęty, zrelaksowany, nie przesypiając całego dnia i zaraz udałem się do Multikina w Złotych Tarasach, gdzie około południa byłem umówiony na pokaz filmu „Tron”. Film ten stał się motywem przewodnim całego stycznia, gdyż widziałem go jeszcze kilka razy, a to ze względu na niezwykły soundtrack, którym zasłuchiwałem się jeszcze przez długi czas i do którego wciąż często wracam. Pamiętam jak w oczekiwaniu na seans wraz z kumplem i koleżanką wylegiwałem się na wygodnych kanapach Multikina i chłonąłem chwile pełne chilloutu, wpatrując się w tysiące małych lampek, którymi wypełniony był sufit. Ten obraz migoczących światełek stał się ikoniczny nie tylko dla tamtego dnia, lecz również całego miesiąca, a nawet roku, który przepełniony był właśnie takimi chwilami pełnymi harmonii i równowagi. Fenomen pierwszego stycznia najlepiej podsumowuje wpis, który zamieściłem wtedy na mikroblogu: „To był najlepszy pierwszy stycznia od lat. Spokój, relaks, chillout na mieście”.
Trudno konkurować z tak wspaniałym dniem. Z pewnością był on wypadkową zaplanowania go w odpowiedni sposób oraz odpowiedniego nastawienia, ale jednocześnie istotną rolę w uzyskaniu tak zachwycającego efektu odegrał przypadek. Bo przecież kto mógł wiedzieć, że wstanę taki wypoczęty, chillout pod „gwiazdkami-światełkami” będzie tak przyjemny, film tak bardzo mi się spodoba, początek dnia nastroi mnie tak optymistycznie, a pozostałe decyzje odnośnie tego dnia okażą się tak trafne.Nie śmiem mierzyć się z tak niezwykłym dniem. Pierwszy stycznia 2011 wydaje się być nie do przebicia. Aby w nadchodzącym roku również być tak bardzo zadowolonym ze stycznia, trzeba pójść w zupełnie innym kierunku. Znaleźć coś, co funkcjonowałoby na zupełnie innej płaszczyźnie, żeby nie musiało mierzyć się z tym, co działo się ostatnio. Ewentualnie można czerpać, z tego, co najlepsze w minionym roku i w czytelny sposób do tego nawiązywać, stawiając na umiarkowanie oryginalną, lecz pewną kartę.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wpadłem tu w pewną pułapkę. Zaczynam idealizować dzień, który bez wątpienia był jednym z lepszych w roku, ale zarazem zaczynam budować wokół niego legendę, która nie pozwoli mi dostrzec w nim żadnych minusów. Właściwie to chyba już to się stało. Nie przypominam sobie niczego złego w tym pierwszym stycznia, a przecież jakieś niedoskonałości musiały być.
Co wydarzyło się dalej? Kolejne dni również cieszyły w zadziwiającym stopniu. Wpis zamieszczony na mikroblogu drugiego stycznia donosi: „Udanego początku roku ciąg dalszy. Dziś chillout na basenie. Ciepła woda, bąbelki i przeszklone szyby za którymi widać śnieg – tego mi trzeba”. Oczywiście tak dobra passa ma swoje efekty uboczne, a mianowicie pojawiło się u mnie obsesyjne dbanie o to, żeby nie ustawała, co zaowocowało licznymi frustracjami w dni, w które akurat nie działo się nic unikatowego, a ja za wszelką cenę chciałem doprowadzić do tego, żeby moje pozytywne doświadczenia wciąż trwały i trwały. Czasem było to uciążliwe, ale zaowocowało odkryciem wielu wspaniałych rzeczy (miejsc, rozrywek, doznań), które wcześniej były mi zupełnie obce.
Nie tylko początek stycznia był bardzo udany, lecz również cały rok. Jeśli, zgodnie z corocznym zwyczajem, miałbym określić go jednym słowem, to byłby to rok równowagi lub rok próbowania nowych rzeczy.
Wydaje mi się, że po długich staraniach udało mi się w końcu osiągnąć stan, do którego dążyłem od bardzo dawna, a mianowicie stan życiowej równowagi. Wiadomo, że perfekcyjna rówowaga nie jest możliwa przez cały czas, ale to, w jaki sposób teraz funkcjonuję, jest temu najbliższe, a rozmaitych zachwiań jest niewiele. Odczuwam stan przeogromnej harmonii. Osiągnąłem równowagę pomiędzy pracą a rozrywką, próbowaniem tego, co nowe, a doświadczeniem tego, co znane, planowaniem i spontanicznością, rodziną i znajomymi, tworzeniem i konsumowaniem, działaniem i relaksowaniem się.
Rok 2011 upłynął również pod znakiem odkrywania nowych rzeczy i wprowadzania nowych zwyczajów do mojego życia. Wiadomo, że co roku próbuje się czegoś nowego, poznaje ludzi i odwiedza miejsca, ale ten rok jest szczególny pod względem rozmaitych zajawek, które były nie tylko pojedynczymi wydarzeniami, ale czymś, co miało znacznie bardziej długotrwałe efekty.
Wiele miesięcy miało swoje motywy przewodnie. To mogły być rozrywki lub osoby. Miały one to do siebie, że były dominującym elementem w danym miesiącu i zarazem punktem wyjścia do rozmaitych innych wydarzeń w moim życiu, odkrywania nowych zwyczajów.
Przykładowo, styczeń upłynął pod znakiem „Trona” i ścieżki dźwiękowej z tego filmu, a luty laser taga, czyli paintballa laserowego, na którego intensywnie chodziłem w różnym składzie. Gdzieś pośród tego wszystkiego zintensyfikowałem kontakty rodzinne, zacząłem często chodzić nad kanałek, czyli jedno z moich ulubionych miejsc na Żoliborzu, a także przestałem skąpić pieniędzy na wyprawy do kina, dzięki czemu odkryłem radość ze spontanicznych wypadów do rozmaitych małych i dużych sal kinowych. Takich motywów było oczywiście więcej. Sierpień i wrzesień to spacery nad kanałkiem i oglądanie „Columbo” w telewizji, wrzesień, październik i listopad to wyścigi konne, a grudzień kasyno.
To jedynie kilka przykładów, ale o tym, co sprawia, że rok 2011 był dla mnie tak niezwykły, cudowny i wspaniały trudno pisać, ponieważ są to te wszystkie detale, które w pełni czytelne są wyłącznie dla tej osoby, która ich doświadczała.
Cieszę się, że pierwszy stycznia 2011 był początkiem czegoś tak rewelacyjnego. Teraz pozostaje tylko przenieść w Nowy Rok wszystko to, co było najlepsze w mijającym i nie próbować konkurować z tym, co działo się przez ostatnie dwanaście miesięcy. Najlepiej zacząć tworzyć coś zupełnie nowego, inspirując się tym, co stanowiło o sukcesie roku 2011 i zarazem próbując kolejnych rzeczy, zwyczajów i sposobów na życie.

Odkąd stłukł się ekran w moim telefonie, stałem się bardziej atrakcyjnym towarzysko człowiekiem

Ludzie zaczęli zagadywać i pytać, co się stało. Rozmowy miały swój naturalny punkt wyjścia. Mogłem mówić – zgodnie z prawdą – że stłuczenie jest wynikiem dwóch różnych sytuacji imprezowych, co automatycznie pokazywało, że mam jakieś życie towarzyskie. Z większą swobodą zacząłem podchodzić do korzystania z telefonu, w mniejszym stopniu obawiając się kolejnych uszkodzeń, bo przecież ekran i tak jest już do wymiany. Tę wymianę szybko wybiłem sobie z głowy. To, co zaczęło się jako żart na temat „większej atrakcyjności towarzyskiej” szybko okazało się zadziwiająco prawdziwe, a pęknięta szybka stała się bezcennym katalizatorem kontaktów społecznych. Niebawem przesiądę się na nowy telefon i nie powiem, że nie cieszę się z tego, że w końcu będę miał cały, niepopękany wyświetlacz, ale z drugiej strony z tym stłuczonym wcale nie było tak źle, jak mogłoby się wydawać. Do przemyślenia!