Archiwa

Przemyślenia

Kilka lat temu postanowiłem, że w momencie, w którym do głowy przyjdzie mi jakaś ciekawa myśl, będę zapisywał ją w pliku tekstowym na komputerze. Faza ta nie trwała zbyt długo, ale przez ten czas zdążyło nazbierać się kilka plików, które pewnego razu wrzuciłem do katalogu nazwanego „Przemyślenia”, z zamiarem uzupełniania co jakiś czas o kolejne myśli. Ostatnio postanowiłem opróżnić ten niespełniający swojej funkcji folder, ale nie chciałem wyrzucać zebranych w nim przemyśleń. Inna sprawa, że zbiór i tak nie był kompletny, gdyż wiele z nich już gdzieś wykorzystałem i usunąłem, bądź też z zażenowaniem wymazałem z dysku. Co zrobić z poszczególnymi przemyśleniami? Pomyślałem, że ciekawie byłoby opublikować ją tutaj na blogu, wraz z datą ich powstania oraz komentarzem odnośnie tego, jak zapatruję się na daną myśl obecnie.


Szczęście jako troska o siebie samego
Problemem człowieka jest to, że cały czas musi myśleć o sobie. Nie mam na myśli jakiejś formy obrzydliwego egoizmu, tylko zupełnie normalną troskę o siebie samego, która wynika z tego, że jesteśmy materialnymi organizmami żywymi i zupełnie normalne powinny być dla nas cechy takie jak: chronienie własnego ciała przed uszkodzeniem, pilnowanie terytorium zapewniającego nam komfortowe warunki życia i ewentualnie walka z innym osobnikiem o to terytorium, albo o inne czynniki, które mogą wywołać w naszych mózgach uczucie przyjemności. Bo przyjemność jest dla nas wszystkim. Wszystkie inne doznania łączą się w jakiś sposób z odczuwaniem przyjemności i są jej pochodnymi. Oczywiście cierpienie jest zaprzeczeniem przyjemności. Przyjemność (i cierpienie) są pojęciami subiektywnymi, ponieważ ściśle wiążą się z funkcjonowaniem naszego organizmu, a każdy organizm jest specyficzny. Skala emocji, które odczuwamy jest w rzeczywistości tylko niezrozumiałą sumą procesów biochemicznych zachodzących w naszym ciele. Wróćmy do punktu wyjścia tej wypowiedzi, czyli do „myślenia tylko o sobie samym”. Ktoś może powiedzieć, że przecież ludzie myślą też o innych. Ale zastanówmy się: czy nie robimy tego tak naprawdę tylko dlatego, żeby wywołać w sobie uczucie zadowolenia, spełnienia czy innej formy PRZYJEMNOŚCI? Ktoś powie, że miłość to bezinteresowne poświęcenie dla innej osoby, ale tak naprawdę to poświęcenie prowadzi tylko do odczuwania przyjemności. Jest to dosyć specyficzna sytuacja, bowiem dzięki nam ktoś inny też odczuwa przyjemność. Nie zmienia to faktu, że decydujemy się uszczęśliwiać innych tylko dlatego, że dzięki temu czujemy się lepiej! Jeśli jakieś działanie nie niesie ze sobą jakiejś przyjemności, albo nadziei na odczucie tej przyjemności w bliższej lub dalszej przyszłości, to po prostu się tego działania nie podejmujemy. Taka jest prawda. Nikt nie uszczęśliwia kogoś bezinteresowanie. Czasami mówi się, że ktoś poświęcił się, cierpiał dla kogoś, włożył dużo wysyiłku, żeby kogoś wspomóc, ale tak naprawdę, taka osoba w tym poświęceniu czy cierpieniu znajduje PRZYJEMNOŚĆ.
* Teoria ta dotyczy każdego zdrowego człowieka i prawdopodobnie wszystkich bardziej rozwiniętych gatunków. Szczęście stawało się w toku ewolucyjnym coraz bardziej złożonym doświadczeniem.
(2004)

Dosyć mocno powiedziane, ale nawet po latach zasadniczo zgadzam się z tym, co wtedy napisałem. Było to w klasie maturalnej, jeszcze przed tym, zanim zacząłem studiować psychologię, która pokazuje, że w tych słowach jest wiele sensu. W tekście daje się wyczuć echa przemyśleń związanych z przygotowaniami do matury z biologii oraz języka polskiego.


„Jaki jest mój styl?
Nigdy nie można przewidzieć tego,
co się wydarzy jutro,
zawsze gram tak,
jakby to był mój ostatni koncert.”
Nigel Kennedy
(2 stycznia 2005, 09:31)

To akurat nie są moje przemyślenia, tylko słowa Nigela Kennedy’ego, które spisałem z jakiegoś czasopisma. Zauroczyły mnie wtedy, zauroczają i dziś.


Chciałbym, żeby luty miał kiedyś 31 dni.
(28 lutego 2005, 23:09)

Te słowa to wyraz tęskonoty za niemożliwym. Jest coś smutnego w tym, że ten miesiąc jest taki krótki i świat byłby piękniejszy, gdyby choć raz luty miał trzydzieści jeden dni. Tego typu nostalgia się nie przeterminowuje. Nadal te słowa robią na mnie ogromne wrażenie.


Moim zdaniem każdy ma potrzebę kontaktu ze sztuką, ale dla niektórych barierą są mury galerii i teatrów.
(3 marca 2005, 10:55)

No tak, rok 2005 i apogeum mojego parcia na tworzenie rozmaitych rzeczy i konsumowanie twórczości innych. Setki pomysłów na sekundę, a do tego wernisaże, nietypowe formy sztuki, alternatywni ludzie, undergroundowe miejsca i ogromna chęć działania. Dziś te słowa mogą wydawać się banalne, ale wtedy sztuka nie atakowała nas w przestrzeni miejskiej aż tak intensywnie, jak teraz. Celowo używam tutaj słowa „atakowała”, bo choć wtedy wierzyłem, że wyjście poza mury galerii i dotarcie bezpośrednio do ludzi jest świetnym pomysłem, to teraz twierdzę, że sprzyja dewaluacji pewnych wytworów artystycznych i jest trochę jak uszczęśliwianie kogoś na siłę. Dodajmy do tego fakt, że w pewnym momencie zaczęła się prawdziwa moda na „wychodzenie ze sztuką do ludzi”, która zaowocowała tym, że niektórzy zamiast cieszyć się z możliwości kontaktu ze sztuką, zaczynęli nią rzygać. Dziś powiedziałbym, że tak, sztuka powinna wychodzić do ludzi, ale z umiarem, bez wywoływania uczucia przesytu i w sposób przemyślany.


Od zawsze chciałem podkreślać swoją wyjątkowość, tylko nigdy nie mogłem znaleźć właściwej formy ekspresji. Może jeszcze kiedyś ją znajdę?
(3 marca 2005, 10:55)

Chyba prawie każdy miał tak, że chciał zrobić coś wyjątkowego, co pozwoliłoby mu poczuć się spełnionym. Choć wtedy, gdy pisałem te słowa, już udało mi się stworzyć wiele fajnych rzeczy, to wciąż chciałem więcej. Zależało mi na tym, żeby móc pewnego dnia z satysfakcją powiedzieć, że osiągnąłem coś niezwykłego w zaskakująco młodym wieku. Często czułem się zagubiony, poszukując własnej formy wyrazu. Co sądzę na ten temat teraz? Forma ekspresji, która stała się dla mnie ikoniczna, czyli działania w przestrzeni miejskiej, była ogromną częścią mojego życia już wtedy. Miałem na sumieniu wiele świetnych projektów (choć w znacznej większości były one realizowane anonimowo), z których wciąż jestem dumny. Stworzenie Urban Playground kilka miesięcy później i wydanie książki „Miasto to gra” w wieku 23 lat były postawieniem kropki nad „i”.


Najciekawszym elementem świata jest czas.
(15 marca 2005, 00:15)

Można tworzyć rzeczy imponujące swoją wielkością, rozmachem i złożonością, ale wszystko to można kupić bądź stworzyć wspólnym wysiłkiem wielu ludzi. Owoc ciężkiej pracy jednej osoby można łatwo podrobić, jeśli dysponuje się odpowiednimi zasobami. Jedynym elementem, który jest niepodrabialny, jest czas. Można stworzyć firmę większą niż inne, namalować obraz bogatszy w detale, bądź napisać książkę o bardziej skomplikowanej fabule, ale nie da się od ręki stworzyć firmy z tradycjami, obrazu z konkretnego okresu historycznego, bądź cyklu książek wydawanego od wielu lat. Niemal każda rzecz, w której istotną rolę odgrywa czas, jest owocem konsekwencji, wytrwałości i cierpliwości. Ale warto pamiętać, że czas jest czymś fascynującym nie tylko w kontekście twórczości, lecz również (a może nawet przede wszystkim!) w innych sferach życia. Wystarczy wspomnieć o wracaniu do miejsc, w których dawno się nie było, czy rozmaitych eksperymentach z czasem (np. posługiwanie się specjalnymi przedmiotami, nazywanymi przeze mnie wehikułami czasu, do wywoływania w naszej świadomości silnych, natychmiastowych skojarzeń z jakimiś sytuacjami z przeszłości). Podobne przykłady można by długo wymieniać. Czas naprawdę jest najciekawszym elementem świata!


Jednym z największych plusów bycia znanym jest to, że dużo ludzi chce usłyszeć, co masz do powiedzenia.

(15 marca 2005, 00:15)

Często jest tak, że ludzie mają do powiedzenia wiele mądrych rzeczy, jednak inni ich nie słuchają. Czasem chodzi o to, że ludzie po prostu nie chcą słuchać osoby takiej jak oni, a jeśli już jej słuchają, to zazwyczaj nieliczni, gdyż nie jest ona w stanie dotrzeć do większej liczby osób. Wystarczy, żeby ktoś stał się znany i już do jego słów zaczyna przykładać się większą wagę, a ich zasięg staje się większy. Jedni chcą stać się znani dla pieniędzy, inni dla barwnego życia, a ja uważam, że oprócz tych wszystkich korzyści jest jeszcze jedna, o której warto pamiętać, ponieważ jest trudna do zdobycia w inny sposób – gdy jesteś znany, ludzie chcą usłyszeć, co masz do powiedzenia.


Mamy po 20 lat i chcemy zmieniać świat.
Teraz ja mam 20 lat i chcę tylko częściowo zmieniać świat.

(20 marca 2005, 02:25)

Na to pełne idealizmu hasło jednej z grup artystycznych natrafiłem jeszcze zanim sam miałem dwadzieścia lat. W momencie, w którym osiągnąłem ten wiek, moje podejście, choć przepełnione chęcią działania, było nieco bardziej realistyczne – zamiast rzucać puste słowa o zmienianiu świata jako całości, postanowiłem zająć się jego fragmentami. Właśnie wtedy zdecydowałem się przerobić znane motto i uczynić je bardziej dopasowanym do mojego spojrzenia na świat. Dziś również zgadzam się z moją ówczesną wersją tego zdania. Wiele osób w pewnym wieku tylko gada o zmienianiu świata, zamiast rzeczywiście coś robić, choćby na nieco mniejszą skalę.


Stworzyć coś na kształt grupy enenka. Grupa twórczych osób wspierających się wzajemnie. Może kiedyś otworzymy własną galerię? Pamiętaj, że tylko wspólnie można osiągnąć coś takiego.

(20 marca 2005, 02:26)

Pamiętacie grupę enenka? Jedni z pionierów vlepkarstwa w Polsce. Mieli ogromny dorobek, stronę w internecie i robili naprawdę fajne rzeczy. Zresztą to nie jedyny przykład fajnych grup osób, które wspólnie robiły coś twórczego. W pewnym momencie zrozumiałem, że owszem, działanie indywidualne jest fajne, ale pewne rzeczy można osiągnąć jedynie w grupie. Nie miałem wtedy na myśli osób pomagających nam we wdrażaniu jakiegoś projektu, a raczej cały kolektyw twórców, którzy wspólnie pracują nad rozmaitymi inicjatywami. Dziś nie zgodzę się z tym, że nie można odnieść ogromnego sukcesu twórczego działając wyłącznie indywidualnie. Oczywiście często bezcenna okazuje się pomoc innych osób, ale tworzenie grupy artystycznej nie jest niezbędnym warunkiem sukcesu. Nie zmienia to faktu, że wciąż uważam wszelkie kolektywy artystyczne za fajną sprawę, choć nie kręciłoby mnie formowanie kolejnego z nich, tak samo, jak otwieranie własnej galerii nie jest czymś, co chciałbym zrobić, choć w obecnej sytuacji byłbym w stanie (wystarczy wyłożyć trochę kasy na wynajęcie przestrzeni, zaprosić zaprzyjaźnione twórcze osoby, żeby pokazały tam swoje prace w pierwszej kolejności, a następnie uruchomić kontakty w celu pozyskania kolejnych twórców oraz wypromowania samego miejsca). Reasumując? Wspólnie można osiągnąć wiele, ale nie musi to koniecznie oznaczać zakładania grupy artystycznej. Warto po prostu poznawać nowe osoby i pomagać sobie wzajemnie.


Dlaczego wszyscy obchodzą radnośnie pierwszy dzień wiosny, a nikt nie obchodzi nostalgicznie ostatniego dnia zimy? :(

(21 marca 2005, 23:58)

To jedno z tych spostrzeżeń, w których jest jakiś taki niezwykły klimat.


Były znicze, pochody i symbole. Miliony osób na świecie zjednoczyły się po odejściu Papieża. Energia niezwykłej atmosfery ostatnich dni powinna wkrótce zostać spożytkowana na coś innego, na to co najważniejsze, czyli na czynienie dobra. Wkrótce zgasimy stojące w naszych oknach świece, odczepimy wstążeczki z ubrań i rozejdziemy się do domów, jednak nawet wtedy powinniśmy pamiętać o najważniejszym – musimy być dobrzy.

(kwiecień 2005)

Trudno nie zgodzić się z tym, że warto pamiętać o tym, żeby być dobrym.


Prawdziwy artysta jest anonimowy. Powinien promować to, co stworzył, a nie samego siebie.

(30 maja 2005)

Dzieła anonimowe, nie podpisane imieniem i nazwiskiem bądź pseudonimem artysty, w przypadku których jedyną sygnaturą jest sam efekt procesu twórczego, to tylko jedna z kategorii. Inna sprawa, że jest to kategoria niezwykle fascynująca, podobnie jak dzieła sztuki podpisane pseudonimem, którego nie można przypisać do konkretnej osoby. Warto w tym miejscu podkreślić, że ta ostatnia sytuacja jest czymś innym, niż podpisanie dzieła pseudonimem, który można powiązać z konkretną postacią. Wreszcie mamy czwartą kategorię – dzieła tworzone całkowicie jawnie, podpisywane imieniem i nazwiskiem. Wydaje mi się, że powyższa myśl, rozumiana jako wymóg, ma odniesienie jedynie do twórców działających w ten pierwszy sposób. W przypadku kategorii drugiej (pseudonim nie możliwy do powiązania z konkretną osobą), trzeciej (pseudonim możliwy do powiązania z konkretną osobą) oraz czwartej (podpisywanie się własnym imieniem i nazwiskiem), jest jedynie czymś opcjonalnym, a promowanie się artysty i budowanie jego wizerunku może być po prostu jego kolejnym dziełem, czy może swego rodzaju metadziełem, oddziałującym na to, jak postrzegane są jego pozostałe prace. Wydaje mi się, że formułując myśl, do której się tutaj odnoszę, miałem przed sobą wizję artystów działających w sposób drugi, czyli tworzących rozmaite dzieła, jakoś je podpisujących, ale przez cały czas pozostających anonimowymi i uważałem za słuszne, żeby jak najwięcej osób działało w taki właśnie sposób. Dziś wydaje mi się, że nie ma jedynej słusznej drogi i równoważnych możliwości jest o wiele więcej.


Co tydzień rodzi się Platon, ale ludzie go nie doceniają, bo jego odkrycia, choć w pełni niezależne, są jednak już wtórne.

(4 czerwca 2005, 22:17)

Miałem tutaj na myśli to, że wiele osób samodzielnie dochodzi do pewnych wniosków, które w momencie ich sformułowania były prawdziwą rewolucją, a obecnie uważane są za banał, który każdy wynosi ze szkoły podstawowej. Wszystko jedno, czy jest to obserwacja dotycząca podstawowych praw fizycznych, czy przemyślenia natury filozoficznej. Liczy się to, że ktoś zupełnie niezależnie odkrywa coś, co ludzkość już dawno uznała za coś wielkiego, jednak nie tylko nie zostanie doceniony, lecz często wręcz wyśmiany. Co myślę na ten temat teraz? Nadal twierdzę, że taka sytuacja mogłaby mieć miejsce, jednak ze względu na powszechną edukcję i swobodniejszy przepływ informacji, niż dawniej, prawdopodobieństwo jej zaistnienia jest stosunkowo niewielkie. Ale nie zapominajmy, że fakt, iż jakaś osoba nie będzie miała okazji sformułować danego wniosku, bo wcześniej usłyszy go od innych, niczego nie ujmuje z jej potencjału.


Myślenie skrajnościami jest już niefajne. Kiedyś, żeby stworzyć coś alternatywnego, wystarczyło zanegować coś innego. Jednak dziś nie tylko białe, ale i czarne jest niefajne. Jeśli chcesz stworzyć coś oryginalnego, nie wystarczy myśleć przeciwieństwami. Muzyką alternatywną nie będzie brak muzyki. Alternatywnym obrazem nie będzie biały kwadrat na czarnym tle. Teraz musisz uderzać w odcienie szarości. Szukaj tego, co nie jest ani masowe, ani tej masie idealnie przeciwne. Wyłam się ze schematu pseudoalternatywy, która uciekając przed banałem, sama się nim stała.

(8 października 2005, 18:25)

Rzecz prawdziwa, ale nie tyle dla naszych czasów, co dla każdej dziedziny, która funkcjonuje odpowiednio długo. Jeśli weźmiemy muzykę, czyli coś, co towarzyszyło człowiekowi przez stulecia, to z pewnością ktoś stworzył już jej alternatywę poprzez negację (wszystko jedno, czy klasycznych zasad komponowania dźwięków, czy może generowania dźwięków w ogóle, jak Johnny Cash w jednym ze swoich utworów). Natomiast jeśli mamy do czynienia ze stosunkowo świeżą formą aktywności, to jeszcze mamy szansę zrobić coś ciekawego i alternatywnego poprzez proste zaprzeczenie jej obecnej postaci i pójście w kompletnie przeciwnym kierunku. Później jest już znacznie trudniej, bo trzeba poruszać się w odcieniach szarości.


Przejawem bezczelności może być autobiografia
Czy nie jest czymś dziwnym, fakt że swoją autobiografię zaczynam pisać w wieku 20 lat, wtedy gdy tak na dobrą sprawę świat jeszcze o mnie nie usłyszał? Może i jest to dziwne, ale nie jest dla mnie zaskakujące, bo dosyć często mam wrażenie, że moje życie jest bardzo dziwne i jestem z tego faktu bardzo zadowolony. Ludzie zazwyczaj najpierw stają się popularni, a potem, gdy mają już coraz mniej do zaoferowania, zaczynają pisać autobiografię, żeby jeszcze trochę poślizgać się na swojej popularności. Ja zrobię odwrotnie i najpierw zacznę pisać autobiografię, a potem pokombinuję z popularnością. Tak właściwie, to nawet tak do końca nie wiem, czy kiedykolwiek będę wystarczająco popularny, żeby komukolwiek chciało się to czytać, ale w sumie co mi szkodzi – niewiele mam do stracenia, a jak się uda, to będę miał jedną z najbardziej nietypowych autobiografii w historii tego świata. W najgorszym wypadku rzucę ten tekst gdzieś w kąt i pójdę przejść się po centrum Warszawy.

(2006)

Mieszanka narcyzmu i bezczelności, znacznie wykraczająca nawet poza standardy młodych idealistów przepełnionych żądzą tworzenia, osiągania czegoś wielkiego i zmieniania świata. Być może czytając te słowa odczuwam pewne zażenowanie, ale jednocześnie uśmiecham się, widząc moje niestandardowe podejście do tematu, z którego jestem dumny również teraz.


Dlaczego Andy Warhol mnie nie kręci? Andy Warhol był genialny i przełomowy jak na swoje czasy, ale teraz ciężko jest mi dostrzec w jego pracy coś pięknego. Po prostu ciekawostka historyczna.

(22 lutego 2007, 13:32)

Co jest bardziej wartościowe, praca stworzona w jakimś nurcie jako pierwsza, czy może ta, która jest zwyczajnie lepsza? Co jest ważniejsze, pionierskość dzieła, czy jego jakość? Czy piękno twórczości może polegać przede wszystkim na jej innowacyjności? Czy wartość obrazów Warhola leży w tym, że powstały jako pierwsze, czy może są technicznie lepsze od dzieł jego naśladowców? I wreszcie rzecz najważniejsza, czy nie jest przypadkiem tak, że kogoś postrzegamy jako rewelacyjnego, gdy dokonuje przełomu na naszych oczach, a w momencie, w którym to, co stworzył, stało się powszechne i jest dla nas faktem zastanym, nie wywołuje już takich emocji. Dlatego Warhol mnie nie zachwyca, gdy patrzę na niego jako osoba funkcjonująca w świecie przepełnionym jego klonami. To, co stworzył, robi na mnie wrażenie tylko wtedy, gdy uświadomię sobie, że on zrobił to jako pierwszy.


Koncept teoretyczny to takie ładne pojęcie, którego wszelkiej maści artyści używają zazwyczaj, gdy jakiś ich projekt nie wypali i trzeba zrobić coś, żeby zachować twarz. Wtedy mówimy, że to był koncept teoretyczny i nie ważne, że nie wypalił.

(2007)

W tym humorystycznym stwierdzeniu jest wiele prawdy. Rzeczywiście, koncept teoretyczny jest swego rodzaju furtką dla twórców, którzy w przypadku niewypału mogą mówić o swoim projekcie w kategoriach pomysłu, a nie jego wdrażania. Myśląc w ten sposób, każdą porażkę można przerobić na sukces. Oczywiście nie zawsze tak musi być. Koncept teoretyczny rzeczywiście może być po prostu konceptem teoretycznym, pewnym pomysłem, którym twórca chce się podzielić z innymi. Kiedyś wychodziłem z założenia, że jeśli coś da się zrealizować, to powinno to zostać zrealizowane, a koncepty teoretyczne powinny dotyczyć tylko takich projektów, których wdrożenie nie jest możliwe (ze względu na kwestie budżetowe, logistyczne, technologiczne). Obecnie jestem przekonany, że warto dzielić się również swoimi pomysłami na rozmaite działania, bo przecież rezultatem pracy twórczej mogą być nie tylko namacalne efekty, lecz sam pomysł. Reasumując? Choć nadal uważam, że koncept teoretyczny to często koło ratunkowe w przypadku porażki projektu, to jestem w stanie docenić ciekawe koncepty teoretyczne.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o przegląd tekstów, które nazbierały się w katalogu „Przemyślenia”. Mam nadzieję, że ta różnorodna mieszanka była dla Was ciekawą lekturą.