Archiwa

Kiedyś było tu pełno ręcznie robionych vlepek, pamiętasz?

Dawno, dawno temu, za siedmioma zmianami rozkładów jazdy i siedmioma podwyżkami cen biletów, warszawskie autobusy kwitły kolorowymi naklejkami nazywanymi vlepkami. Wielu wypatrywało ich zaraz po wejściu do pojazdu komunikacji miejskiej i oglądało z ogromnym zainteresowaniem. Teraz, gdy vlepki prawie całkowicie poznikały z autobusów, postanowiłem ponownie vlepić coś od siebie. Naklejki stworzyłem anonimowo, nie podpisując się na nich ani moją powszechnie znaną ksywką, ani pseudonimem, którego używałem w latach dziewięćdziesiątych w środowisku vlepkarskim. Podczas projektowania naklejek zależało mi na tym, żeby cofnąć się do korzeni, kiedy to o powszechnym zamawianiu całych arkuszy vlepek w drukarni nie było mowy, seryjne drukowanie naklejek na domowych drukarkach lub powielanie ich w punktach ksero można było uznać za luksus, a czymś, od czego zaczynał prawie każdy, były cieszące się ogromną popularnością vlepki robione ręcznie. Ten sposób ich przygotowywania nadawał każdemu egzemplarzowi indywidualnego charakteru. Konieczne chciałem nawiązać do tamtych czasów, więc zaprojektowałem, a następnie vlepiłem trzy naklejki, starając się, aby nie tylko miały w sobie coś z klimatu starannie wykonywanych hendmejdów z lat dziewięćdziesiątych, lecz również przenosiły tę technikę na zupełnie nowy poziom, gdzie ilość pracy włożonej w pojedynczy egzemplarz już na pierwszy rzut oka jest większa niż zwykle. Oto rezultaty!

Vlepka 1
Widoczny na naklejce stworzony przy pomocy cienkopisu napis jest jednocześnie myślą przewodnią całej serii. Słowa „Kiedyś było tu pełno ręcznie robionych vlepek, pamiętasz?” miały przypomnieć pasażerom o tych wszystkich urokach wypatrywania kolejnych naklejek przy ostatnich drzwiach starych Ikarusów. Vlepienie takiej naklejki właśnie w tamtym miejscu wydawało się naturalnym wyborem, jednak coraz trudniej trafić na ulicach Warszawy na pojazdy tej marki, więc vlepka została vlepiona w Solarisie. Gdzie? W miejscu, w którym naklejki najczęściej pojawiały się w tych autobusach (podobnie jak w Neoplanach oraz MANach), czyli nad drzwiami wejściowymi.

Vlepka 2
Vlepka, w której środki wyrazu wykraczają poza papier i coś do pisania? Proszę bardzo! Naklejka ta nawiązuje do aktualnej pory roku nie tylko tekstem „Lato w pojazdach komunikacji miejskiej”, lecz również plastikowymi kwiatkami, które zostały do niej przyklejone za pomocą specjalnej masy klejącej, tworząc w ten sposób trójwymiarową, przykuwającą uwagę naklejkę.

Vlepka 3
Hasłu „Pod koniec lat ’90 vlepki były tak różnorodne jak faktura tej naklejki” towarzyszą skrawki materiałów o różnych fakturach i kolorach, przyklejone do powierzchni vlepki za pomocą kleju typu super glue. Ta przykuwająca uwagę naklejka w namacalny sposób przekazuje zawartą w niej myśl, pozwala jej wręcz dotknąć, tym samym przenosząc vlepkarstwo na zupełnie nowy poziom.

Na koniec refleksja. Już w latach dziewięćdziesiątych vlepianie było rzeczą stresującą ze względu na często nieprzychylnych pasażerów i jeszcze mniej entuzjastycznych kierowców (którzy byli w stanie zauważyć w lusterku, co dzieje się na końcu pojazdu), jednak w obecnych czasach, gdy autobusy naszpikowane są kamerami, cała akcja obarczona jest jeszcze większym ryzykiem związanym z zostaniem przyłapanym na gorącym uczynku. Trzeba vlepiać ostrożnie! Nie wierzę jednak, że to wszechobecne kamery przyczyniły się do zaniku vlepkarstwa. W takim razie co? Zawłaszczenie przestrzeni vlepkowej przez komercyjne naklejki? Zmiana taboru na taki, w którym nie było słynnej „ściany pomiędzy ostatnimi drzwiami a oknem”? A może po prostu vlepki się przejadły? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale wiem jedno – vlepki to fascynujący element streetartu, który wciąż ma w sobie ogromny potencjał!

Ja lecę gdzieś daleko, Wy na bieżąco decydujecie o detalach podróży

Poniżej pozwolę sobie zacytować tekst, który wrzuciłem właśnie na Wykop. Jeszcze nie wiem, z jakim spotka się odzewem, ale pomysł wydał mi się na tyle interesujący, że postanowiłem się nim podzielić również z czytelnikami mojego bloga. 


Jakiś czas temu wpadłem na dosyć nietypowy pomysł, który w przypadku uzyskania Waszej aprobaty być może wdrożę. Otóż, tak jak wiele innych osób, lubię podróże (choć nie znaczy to, że podróżuję dużo), a jednym z elementów, które mnie w nich fascynują, jest improwizacja i nieprzewidywalność. 

Najlepszymi przykładami są spontaniczny wyjazd do Japonii (decyzja w środę, wylot w piątek) oraz improwizowana podróż po Chinach (lądowanie w Szanghaju w lipcu, powrót z Pekinu w sierpniu, a wszystko, co pomiędzy, było jednym wielkim spontanem). 

Jako, że nie byłem nigdzie od 2009 roku, pomyślałem sobie, że fajnie by było w końcu gdzieś polecieć i poimprowizować tam przez kilkanaście dni jak najmniejszym kosztem. Numer polegałby na tym, że wielu decyzji podczas mojej podróży (takich jak gdzie nocować, co jeść, gdzie pojechać dalej) nie podejmowałbym sam, lecz robiliby to za mnie wykopowicze (oraz inne osoby, które dowiedziałyby się o tym projekcie), a wszystko poprzez głosowanie. Myślę, że mogłoby to być dosyć ciekawe doświadczenie. Komunikowałbym się z Wami poprzez komórkę, np. za pośrednictwem mikrobloga, który podpiąłbym pod stronę facebookową, a głosy zbierałbym przez któreś z tych narzędzi, bądź na maila. Co sądzicie o takim pomyśle? Jeśli Wam się podoba, to wykopcie, a jeśli nie, to zakopcie – niech pierwsze głosowanie będzie wyglądało właśnie w taki sposób. 

Na koniec odpowiedzi na kilka pytań, które mogą nasunąć się Wam w tym momencie.
1. Nie, pomysł ten nie jest częścią żadnej kampanii reklamowej, nie stoi za mną żadna firma itd. To jest moja własna, w pełni niezależna inicjatywa.
2. Nie, nie chcę od Was żadnych pieniędzy.
3. Nie, jeszcze nie mam pewności, czy przejdę do realizacji tego pomysłu. To zależy od wielu czynników, ale nie ukrywam, że jednym z kluczowych jest poparcie wykopowiczów (mierzone liczbą wykopów).
4. Nie, nie stworzyłem tego wykopu, żeby nabić sobie punktów i skoczyć w rankingu. Każdy w łatwy sposób może sprawdzić, że choć jestem tu od pięciu lat, to jednak bardziej konsumuję treści, niż je generuję. Nie zależy mi na śróbowaniu statystyk, zależy mi na Waszej opinii i dotarciu do innych wykopowiczów, którzy byliby zainteresowani tym pomysłem.
5. Nie, jeszcze nie wiem, jaki kraj wybiorę. Na pewno chcę, żeby było egzotycznie. Dużą rolę będą odgrywały też ceny biletów.
6. W trakcie wyjazdu starałbym się możliwie intensywnie komunikować z Wami wrzucając do sieci krótkie teksty i zdjęcia. To nie będzie blog, tylko raczej mikroblog. Być może wykorzystałbym do tego celu swoje konto na Blipie.
7. Nie, nie jestem zawodowym podróżnikiem.
8. Nie, nie mam doświadczenia w tego typu inicjatywach, nigdy czegoś takiego nie robiłem i nie znam nikogo, kto by w taki sposób działał, co nie znaczy, że ktoś gdzieś na świecie nie wpadł już na podobny pomysł. Robiłem za to inne rzeczy – podczas wyjazdu do Japonii kręciłem dużo filmików, które wrzucałem później na YouTube, a następnie linkowałem na bloga, natomiast podczas wyjazdu do Chin pisałem obszerne wpisy, które niedawno zebrałem, wydrukowałem i na własną rękę wypuściłem jako książkę (nie podaję tytułu, żeby nie było, że wrzucam tu jakąś kryptoreklamę, ale zainteresowanych odsyłam do wygooglania takich fraz jak „książka, fotokody, chiny”).
10. Można się ze mną skontaktować pisząc na adres kb1985@gmail.com.

„Miasto to gra” na przecenie

Promocję upolował Wojtek M, ten sam, który był najprawdopodobniej pierwszą osobą, z którą podzieliłem się moim pomysłem na wydanie książki (pisałem o tym we wpisie zatytułowanym „Trzy lata temu w Juracie” z maja 2010). Ponoć w księgarni Empik Outlet na Kabatach (takie miejsce, gdzie wyprzedają taniej uszkodzony towar) książka jest do kupienia za 19,90 zł. Pojechałem i sprawdziłem -
rzeczywiście tam jest. Być może to, co teraz napiszę wyda Wam się dziwne, ale prawda jest taka, że od samego początku prac nad „Miasto to gra” marzyłem, żeby zobaczyć kiedyś własną książkę na wyprzedaży. Wyobrażałem sobie, że być może pewnego dnia znajdę ją w którymś z namiotów z książkami, jakich pełno jest nad morzem (i nie tylko tam!), spojrzę z uśmiechem na ten egzemplarz, a później na
sprzedawcę i na ludzi przebierających w książkach w poszukiwaniu okazji, która ich zainteresuje, a później z zadowoleniem stwierdzę w duchu, że oto udało się, moja publikacja przebyła pełną drogę, od
pomysłu, przez pierwsze szkice, kolejne wersje, ostateczny projekt w postaci cyfrowej, wydruk odebrany z drukarni, książkę na półkach empików, w rękach czytelników na mieście, aż po namiot z tanimi książkami. Co prawda Empik Outlet to nie namiot, ale i tak czuję, że to jest właśnie to ostatnie miejsce. w jakie może dotrzeć moja książka, gdy już zdobyte zostały największe księgarnie w kraju, biblioteki oraz półki czytelników. Oczywiście książka cały czas jest dostępna w normalnej sprzedaży, niemal trzy lata po jej wydaniu, o czym wtedy mogłem co najwyżej pomarzyć. Jakby tego było mało, w międzyczasie wydałem jeszcze dwie i te również wciąż można znaleźć na półkach w całym kraju. Zachęcam do lektury ich wszystkich!