Archiwa

Miejski Eksperyment Bezpieczeństwa

Projekt ten przygotowałem w ramach akcji Narodowy Eksperyment Bezpieczeństwa, której celem jest minimalizowanie liczby ofiar wypadków drogowych.
Ideą projektu było dotarcie do ludzi w przemawiający do nich, niestandardowy sposób. Postawiłem na alternatywę dla nudnych szkoleń, ulotek i suchych informacji. Słowem kluczowym projektu stała się interakcja oraz wiążące się z nią eksperymentowanie.
Na mieście rozmieszczony został szereg punktów podzielonych na dwie kategorie. Pierwsza to punkty teoretyczne, w których uczestnicy akcji mogli zapoznać się z informacjami teoretycznymi związanymi z bezpieczeństwem w ruchu drogowym, natomiast druga kategoria to punkty empiryczne, w których można było sprawdzić tę wiedzę w praktyce.
Większość punktów było powiązanych ze sobą w pary. Przykładowo, w jednym miejscu można było przeczytać o roli pasów bezpieczeństwa, a w innym poczuć na własnej skórze, dlaczego są one takie ważne. Służył do tego postawiony tuż obok Dworca Centralnego symulator dachowania, czyli samochód przymocowany do mechanizmu obracającego nim o 360 stopni. To dziwne uczucie, gdy człowiek dotyka rękami sufitu, a w środku latają drobne przedmioty.
To oczywiście przykład tylko jednej z wielu atrakcji, które czekały na uczestników projektu. Oprócz tego można było np. postrzelać do kierowców z prawdziwego radaru, zobaczyć, jak wygląda świat po wielu promilach dzięki specjalnym alkogoglom symulującym stan upojenia alkoholowego, spróbować zapakować dużą liczbę przedmiotów do samochodu w taki sposób, aby nie stwarzały ryzyka, zobaczyć, jak udziela się pierwszej pomocy na tak zwanych fantomach, czyli bardzo realistycznych manekinach, a następnie spróbować zrobić to samo, dopasować rodzaje gaśnic do poszczególnych typów pożarów, wejść na dach wozu strażackiego, wziąć udział w rozrysowanej na chodniku grze planszowej dla dzieci, czy też spróbować stworzyć rysunek, na którym znajdzie się jak najwięcej spośród szeregu najczęstszych przyczyn wypadków drogowych.
Treść przedstawiona na punktach teoretycznych przedstawiona była na różnorodnych nośnikach, które miały wpisywać się w miejski charakter projektu. Czasem były to vlepki, innym razem plansze umieszczone za szybami samochodów zaparkowanych w odpowiednich miejscach na mieście. Był też zapętlony film wyświetlany z rzutnika, informacje wyświetlane na znajdującym się na stacji metra ekranie, a także plansze rozstawione na sztalugach w różnych miejscach na mieście.
Wydaje mi się, że Miejski Eksperyment Bezpieczeństwa był czymś świeżym nie tylko pośród działań stosowanych w ramach kampanii społecznych, ale także jeśli chodzi o projekty w przestrzeni miejskiej. To nie był kolejny flash mob czy gra miejska, tylko coś zupełnie innego. Dowód na to, że wciąż da się tworzyć nowe rzeczy.

O geolokalizacji, twórcach, randkach, niezobowiązujących rozmowach, wczuwaniu się w ludzi i trendach

Upowszechnienie się geolokalizacji w telefonach komórkowych sprawiło, że zaczęło pojawiać się coraz więcej i więcej rozmaitych aplikacji społecznościowych opartych o lokalizowanie użytkowników w przestrzeni i zachęcanie ich do rozmaitego rodzaju interakcji. Problem polega na tym, że w większości przypadków o te interakcje trudno, a żeby się o tym przekonać wystarczy odpalić jedną z wielu aplikacji, które z nie wypaliły. Gdy patrzę na te wszystkie serwisy społecznościowe świecące pustkami często nie mam pojęcia, dlaczego się nie przyjęły, ale w ogromnej liczbie przypadków odpowiedź na to pytanie znajduję od razu i jakby tego było mało, w wielu sytuacjach brzmi ona tak samo, zupełnie jakby twórcy aplikacji zdecydowali się, że będą popełniać na przemian jeden z kilku tych samych błędów.
Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzi może być wiele. Często pomysłodawca aplikacji i programista są jedną i tą samą osobą, co oczywiście może zakończyć się sukcesem, ale tylko wtedy, kiedy ma on przy okazji dobre wyczucie jeśli chodzi o kwestie społeczne, takie jak psychologia, socjologia, czy też rynek, na którym chce działać. Niestety w wielu przypadkach tak nie jest, a ludzie często wpadają w pułapkę polegającą na tym, że każdy uważa się za mniejszego bądź większego speca od społeczeństwa. Oczywiście nie namawiam do rozdzielania za wszelką cenę tych dwóch funkcji i dobierania jednej osoby do opracowywania idei aplikacji społecznościowej oraz drugiej do zamieniania tego pomysłu na linie kodu, tylko sygnalizuję, że warto mieć świadomość tego, że jeśli ktoś chce łączyć w sobie obie te role, to powinien zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście ma ku temu odpowiednie kompetencje (nie mówię tutaj po prostu wykształceniu, lecz bardziej o wyczuciu, doświadczeniu i generalnie świadomości, że jest się w tym mocnym). W wielu przypadkach odpowiedź na oba pytania będzie twierdząca, ale w ogromnej liczbie pozostałych ktoś narobi się przy programie, który później okaże się kompletnym niewypałem i to nie dlatego, że ryzyko było zbyt duże, ale po prostu popełniono gdzieś tak elementarny błąd, że prawdopodobieństwo porażki było niemal pewne. Appstore pęka w szwach od kolejnych aplikacji typu „poczatuj z ludźmi w okolicy”, bądź też „umów się na randkę z kimś, kto akurat przechodzi w pobliżu”. Twórcy takich aplikacji zdają się nie uczyć na błędach innych oraz postępują tak, jakby rozważali wszystko przez pryzmat idei działania aplikacji, a nie tego, jak ta idea ma się do funkcjonowania człowieka oraz tego, w jaki sposób on działa.
Weźmy ten ostatni przykład – nie znam statystyk programów do randkowania typu „czy w promieniu kilkuset metrów jest ktoś, kogo mogę spróbować wyrwać”, ale podejrzewam, że liczba męskich oraz żeńskich użytkowników jest skrajnie różna. Nie zakładam tego na bazie stereotypu napalonych, bo przecież portale randkowe pokazują, że proporcje pomiędzy użytkownikami obojga płci są w nich na tyle wyważone, że mają one rację bytu. Tu jednak dochodzi coś zupełnie innego, pewien aspekt, którego twórcy takich aplikacji zdają się nie uwzględniać, a który nie odgrywa tak dużej roli w przypadku klasycznych serwisów randkowych. Otóż kobieta ma inne podejście do randkowania niż facet. Choć w idealnej sytuacji obie strony starają się do takiego wydarzenia przygotować, to jednak kobiety są pod tym względem znacznie bardziej restrykcyjne. Wyobrażam sobie, że facet jest zdolny do spontanicznego zaatakowania kobiety, która akurat wyskoczy mu w pobliżu na radarze jego aplikacji, podczas gdy dziewczyna czułaby się w takiej sytuacji źle, nie będąc odpowiednio przygotowaną do takiej interakcji. To oczywiście pewne uogólnienie, które z pewnością nie tyczy się wszystkich, ale podejrzewam, że można zaobserwować właśnie taką prawidłowość. Właśnie dlatego uważam, że tego typu aplikacje randkowe faworyzują stereotypowo męską postawę, jednocześnie dyskryminując kobiece podejście do sprawy.
Dlatego zamiast kolejnej aplikacji tego typu zobaczyłbym coś zupełnie innego. Wystarczy kilka drobnych modyfikacji, aby otrzymać rzecz znacznie bardziej dopasowaną do sposobu, w jaki funkcjonują ludzie. Przykłady? Stworzyć aplikację pozycjonowaną nie jako serwis randkowy oparty o geolokalizację, lecz jako narzędzie służące do generowania rozmów. Nie, nie do poznawania nowych ludzi, bo przecież poznawanie obcych osób na mieście przez jakąś aplikację jest „dziwne” (to znaczy obciążone dezaprobatą społeczną), tylko właśnie do generowania rozmów. To, że dzięki aplikacji z kimś na mieście rozmawiałem, brzmi znacznie lepiej, niż „poznałem” albo „zaprzyjaźniłem”.
Niech każda z osób widocznych w okolicy będzie miała przy swojej ksywce wypisane kilka tematów, na które ma ochotę w danym momencie porozmawiać. Hasła te mogą oczywiście charakteryzować się różnym poziomem ogólności, a także być w prosty sposób zmieniane przez użytkownika. Zobaczcie, jak wiele problemów to rozwiązuje. Od razu jest temat do rozmowy, całość ma niezobowiązujący charakter, zmniejsza się ryzyko bycia postrzeganym jako osoba niezdolna do normalnych kontaktów społecznych (jakoś ludzie nie afiszują się z tym, że poznali kogoś przez internet, chyba, że mają do czynienia z kimś, kto również jest na taki sposób zawierania znajomości otwarty). Choć nie jestem w stanie zagwarantować, że taki pomysł by chwycił, to jednak podejrzewam, że prawdopodobieństwo sukcesu jest tutaj znacznie większe, niż w przypadku kolejnego programu do randkowania opartego o geolokalizację. Pomysły na to, co można zmienić w nieudanych realizacjach, żeby bardziej dopasować je do tego, w jaki sposób postępują użytkownicy można oczywiście mnożyć. Najważniejsze jest to, żeby działać w sposób świadomy, próbując wczuć się w osobę, która miałaby używać naszej aplikacji. Z pewnością w tego typu narzędziach tkwi ogromny potencjał, trzeba tylko właściwie zabrać się za ich projektowanie. To jest coś, co trzeba poczuć.
Gdy w 2006 roku zainteresowałem się tematem Web 2.0, wiele osób spekulowało, czym będzie kolejny trend, nazywany wówczas na fali popularności modnych wówczas terminologii Web 3.0. Szczególnie akcentowano wtedy kwestię sieci semantycznych, czyli takiego sposobu przetwarzania danych, który umożliwiałby aplikacjom porozumiewanie się ze sobą i korzystanie z dostępnych im treści z uwzględnieniem kontekstu, zależności pomiędzy danymi itd. Wizja niezwykle fascynująca, ale ja wierzyłem, że czekające nas Web 3.0 będzie czymś zgoła innym, a mianowicie takim internetem, który w większej niż kiedykolwiek mierze będzie oparty o przenikanie się świata wirtualnego z rzeczywistym. Typowałem, że standardem stanie się to, co wówczas laikom mogło wydawać się egzotyczne, a mianowicie komunikatory, platformy dyskusyjne, aplikacje do kolektywnego działania – wszystko to oparte o lokalizację użytkownika w przestrzeni. Oczywiście nie chcę przypisywać sobie wyłączności do tej wizji, gdyż z pewnością wiele osób wieściło wówczas taki rozwój wydarzeń, lecz prawdą jest to, że nie był to najczęściej typowany scenariusz jeśli chodzi o Web 3.0. Być może ludzi ponosiła fantazja i odlatywali od razu w kierunku sieci semantycznych, a może nie do końca czuli, jak dużą rolę wywrze na społeczeństwie upowszechnienie się aplikacji opartych o geolokalizację. Ja byłem głęboko przekonany, że to będzie coś i nie mogłem się tego doczekać. Chyba nie muszę pisać, czy czekam nadal, czy może już się doczekałem. Dla mnie w tym wszystkim najważniejsze jest to, że teraz – pięć lat po tym, gdy w mojej głowie pojawiła się wizja Web 3.0 w takiej postaci – mogę śmiało powiedzieć, że jeśli chodzi o mnie, to w końcu „the future is now”.

Ewakuacja

Patrzę na zieloną tabliczkę wskazującą drogę do wyjścia ewakuacyjnego i widzę potencjał na grę komputerową. Zielone światło i białe elementy: postać biegnąca po schodach, a nad stopniami lewitujące strzałki. Wszystko wygląda jak stopklatka z flashowej albo starej ośmiobitowej gry, która nie istnieje, ale gdyby istniała, to pasowałaby do niej nazwa „Ewakuacja”. Wyobraź sobie, że sterujesz postacią, która biaga po korytarzach i pokonuje labirynty klatek schodowych i drzwi. Celem jest dotarcie do wyjścia oraz uzbieranie jak największej liczby lewitujących strzałek. Wszystko zbudowane jest z symboli znanych z tabliczek, a całość utrzymana jest w odpowiedniej stylistyce – prosta grafika, zielone tło (w niektórych przypadkach żółte lub czerwone). Na planszy szereg power-upów, takich jak gaśnice, hydranty, a wszystko oczywiście na czas, bo wiadomo, że w trakcie ewakuacji nie można się ociągać. Dodajmy do tego zagrożenia, w związku z którymi odbywa się ewakuacja, czyli na przykład woda stopniowo wypełniająca korytarze albo ściana ognia goniąca głównego bohatera (którą można nieco spowolnić przy użyciu gaśnicy) i otrzymamy kompletną wizję tego, jak mogłaby wyglądać taka gra, choć oczywiście jest to tylko jedna z wielu możliwości, a przedstawiona estetyka sama w sobie jest na tyle inspirująca, że z rozbudowywaniem oraz modyfikowaniem tego pomysłu nie powinno być problemów. Przy okazji jest to doskonały przykład na to, w jaki sposób przypadkowy przedmiot może okazać się inspiracją do wymyślenia czegoś w pozornie kompletnie z nim niezwiązanej dziedzinie.