Archiwa

Zjawisko na literę P

Mody na rozmaite dziwaczne zjawiska przychodzą i odchodzą. Raz na jakiś czas pojawia się szalony, nietypowy, a według niektórych wręcz głupi pomysł, który w krótkim czasie zdobywa ogromną popularność, a później znika.

Dla mnie najbardziej ikonicznym przykładem jest tutaj zjawisko znane jako „flash mob”, które pojawiło się w 2003 roku i o którym jego twórca, Bill Wasik, mawiał, jako o eksperymencie i celowym działaniu wymierzonym w hipsterów, którzy mieli podchwycić ten pomysł i rzeczywiście podchwycili – flash moby stały się ekstremalnie popularną rozrywką pośród amerykańskich hipsterów, a wkrótce też włączyli się w nie inni ludzie, zresztą nie tylko w Ameryce, lecz na całym świecie. Jedni mówili, że to coś niezwykłego, inni używali słowa „głupota”, ale bez względu na opinie poszczególnych osób, faktem jest, że flash moby zdobyły gigantyczną popularność i stały się fenomenem, który w szybkim czasie wypełnił ulice miast oraz przestrzeń internetu.

Od tamtej pory staram się być wyczulony na nowe zjawiska, które pojawiają się i zdobywają popularność w podobny sposób. Choć próżno szukać drugiego flash moba, to jednak wiele z tych inicjatyw w ogromnym stopniu do mnie przemawiało, do tego stopnia, że czasem zbyt pochopnie (lecz wciąż z pewną dozą ostrożności i przy szeregu zastrzeżeń) wieściłem im ogromny sukces, podczas gdy ostatecznie w wielu przypadkach zdobywały jedynie taki, który można określić mianem bardzo dużego, lecz nie ogromnego. Raczej nie zdarzała się odwrotna zależność – nie mówiłem „to się nie uda”, by wkrótce, mimo wszystko, zaobserwować, że coś stało się hitem. Muszę jednak publicznie przyznać się do tego, jak bardzo myliłem się odnośnie pewnego zjawiska, na które patrzyłem z pewną dozą sceptycyzmu, a które odniosło niezaprzeczalny sukces i bez wątpienia jest czymś, co Amerykanie nazwaliby określeniem „big fad” (choć oczywiście do fenomenu flash mobów mu daleko).

O czym mówię? O tak zwanym plankingu. Przyznam, że nie do końca to czułem i wciąż nie w pełni czuję. Idea polega na tym, aby kłaść się w różnych nietypowych miejscach w specyficzny sposób (na brzuchu, z rękami wzdłuż tułowia i twarzą do dołu), po czym robić sobie zdjęcie i wrzucać to zdjęcie do sieci. Nie wydawał mi się ten pomysł ani świeży, ani intrygujący, lecz zdobył on tak ogromną popularność, że co chwila można się gdzieś natknąć na jego przejawy. Zacząłem zastanawiać się nad tym wszystkim trochę dłużej i choć wciąż nie jestem w stanie nazwać plankingu czymś, w co byłbym skłonny się wkręcić, to jednak po części zacząłem doceniać absurdalny urok takich sytuacji, zobaczywszy zdjęcie ludzi plankujących przed Taj Mahalem, podczas gdy obok przechadzają się niczego nieświadome osoby (łatwe do odszukania, wpiszcie w Googlu: „taj mahal planking”).

Ostateczny cios przyszedł znienacka, wprost z Twittera człowieka, którego z czystym sumieniem mogę nazwać jednym ze swoich idoli. Otóż, panie i panowie, jeden z twórców Losta, Damon Lindelof, umieścił na swoim mikroblogu zdjęcie, na którym leży na brzuchu na swoim przypominającym serialowy hatch stoliku. Choć sam nie mogę w to uwierzyć, muszę to napisać – planking is the next big thing. Przynajmniej na kilka miesięcy, dopóki niespodziewanie nie pojawi się kolejny nietypowym pomysł, który sprawi, że o plankingu zapomną wszyscy oprócz garstki pasjonatów. Tak to już jest z tymi „fadami”.

Właśnie przyszedł transport książek!

Zupełnie niespodziewanie – nie było żadnego telefonu z drukarni ani zapowiedzi, że kurier przyjedzie akurat tego dnia. Z uśmiechem na ustach odebrałem dopiero co wydrukowane egzemplarze nowej książki. To niesamowite, że podobna sytuacja ma miejsce już po raz trzeci – znowu przyjeżdża samochód transportowy, a w środku są paczki, które wypakowuję i stawiam na podjeździe do garażu. Rozpakowuję jedną, robię garść zdjęć i cieszę się, że książka stała się faktem. Choć niczego nie da się porównać z chwilą, w której po raz pierwszy zobaczyło się swoją pierwszą książkę, to jednak oglądanie tych kolejnych jest również prawdziwie niezwykłym przeżyciem. Radość, spokój, spełnienie. Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju!

Można się pogubić

Kiedyś wszystko było prostsze – ludzie mieli bloga albo go nie mieli. Teraz nie jest już tak łatwo. Nie dość, że zdarza się tak, że ktoś prowadzi prywatnego bloga, pisuje o zawodowych sprawach na swoim blogu eksperckim, to jeszcze czasem musi wyprodukować coś na bloga korporacyjnego albo gościnny wpis na cudzą stronę. To oczywiście ekstremalny przykład, ale pewne jest to, że jeszcze jakiś czas temu był po prostu jeden blog, a teraz jest cała masa innych kanałów komunikacji o blogopodobnym charakterze.
Przykładowo, ja mam swój blog.semp.pl, oprócz tego mam mikrobloga kb1985.blip.pl, garść fanpage’ów (czy może teraz raczej likepage’ów), a gdybym nie powyłączał takich atrakcji jak googlowski Buzz, czy też podążając za modą zarejestrował się również na wszelkiej maści twitterach, tumblr’ach, gdybym klikał „share” przy wybranych RSSach z Google Readera i zarazem aktywnie działał przy użyciu rozmaitych innych serwisów, to byłoby tego wszystkiego jeszcze więcej.
Czasem mawia się, że nowe technologie czynią nasze życie łatwiejszym pod wieloma względami, ale zarazem wprowadzają nowe problemy, które wcześniej były nam obce. Doskonałym potwierdzeniem tej teorii jest to, że coraz częściej chcąc udostępnić jakąś treść, muszę się zastanawiać, gdzie właściwie powinna ona wylądować. Czy daną informację zamieścić na blogu czy Blipie? A może lepiej wrzucić ją na którąś ze stron facebookowych, a jeśli tak, to na którą? A może potrzebuję jeszcze jednego kanału komunikacji? Drugiego bloga? Mikrobloga? Kolejnej stony na Facebooku? Czegoś jeszcze innego?
Choć mam w sobie ogromny pierwiastek chaosu, improwizacji i artystycznego nieładu, to jednak w wielu sprawach jestem perfekcyjnie uporządkowany. Gdy byłem mały, miałem starannie ponumerowane wszystkie kasety VHS (było ich ze sto), a czasopisma typu Secret Service pieczołowicie układałem według numerów i trzymałem w segregatorach. Na studiach wszystkie przedmioty wpisywałem do indeksu dokładnie w taki sam sposób – niebieskim długopisem, nazwa przedmiotu drukowanymi literami, a nazwisko wykładowcy pisanymi. Z kolei w życiu zawodowym dążę do tego, żeby klienci, z którymi współpracuję, w sytuacjach, w których jest to istotne, podchodzili do swoich zadań równie perfekcjonistycznie, jak ja wywiązuję się ze swoich i tym razem nie jest to już tylko kwestia tego, żeby wszystko wyglądało ładnie, jak w indeksie, lecz jest to czynnik sprzyjający profesjonalnemu zrealizowaniu zaplanowanego celu. Może ten ostatni przykład to jednak coś innego, ale tak jakoś popłynąłem w tematy układania wszystkiego jak należy. W każdym razie do rzeczy!
Trudno się dziwić, że przy tak dużym poziomie skrupulatności, graniczącej często z kompulsją, kwestia zarządzania moimi różnorodnymi kanałami dystrybucji informacji jest dla mnie tak ważna. Postanowiłem to wszystko jakoś uporządkować i doszedłem do następujących wniosków.
Wszelkie wpisy związane z konkretnymi projektami, takimi jak książki „Raz na kilkaset lat” oraz „Kod…”, czy też tajemniczy miejski projekt rozpoczynający się od litery D, będę umieszczał na facebookowych stronach tych inicjatyw (przy czym stronę „Kod…” będę traktował jako nie tyle dotycząca samej książki, co rozmaitych działań miejskich). Tak więc wszelkie fotki typu „patrzcie, moja książka jest na półce Empiku”, czy też „w trakcie przygotowań do miejskiego projektu X” będą znajdowały się tam (tzn. na FB). Na blogu nie uświadczycie zatem ogromnej ilości materiałów dotyczących postępów z prac nad wydaniem nowej książki, tak jak to miało miejsce w przypadku książki „Kod…”, która na dłuższy czas zdominowała w 2010 roku tematykę bloga. Wyjątkiem będą długie wpisy, bądź takie, które dotyczą kilku tematów jednocześnie – te będę zamieszczał na blogu i ewentualnie linkował na wallu facebookowej strony danego projektu. Blog i Blip będą za to miejscami, w których będzie można znaleźć informacje na temat działań, które nie wiążą się z tematem żadnego z moich fanpage’ów. Właśnie tam znajdziecie wpisy dotyczące rozmaitych codziennych wydarzeń, czy też projektów, które nie maja (jeszcze?) swoich stron na Facebooku. Kolejna zasada, stosowana przeze mnie już od jakiegoś czasu, związana jest z tym, że z założenia wszystko, co jest krótkie, będzie lądowało na mikroblogu, a to, co jest długie, trafi na bloga.
Tak pokrótce wygląda mój pomysł na obecność w różnych kanałach komunikacji. Oczywiście mogą się zdarzyć nieznaczne odstępstwa od tych zasad, bądź mogą one nieco ewoluować, jednak na dzień dzisiejszy przedstawiony tutaj pomysł wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem.