Archiwa

Opowieść o tym, jak przestałem się martwić i pokochałem SPAM, a później znowu mi się odmieniło

Była kiedyś taka książka o człowieku, który postanowił zawsze mówić „tak”. Autor zapewnia, że na faktach, choć nieco podkoloryzowana. Zresztą jakiś czas później zrobili na jej podstawie film, który praktycznie w niczym (poza punktem wyjścia) nie przypominał oryginału, ale i tak bardzo przyjemnie się go oglądało. Jednak nie będę tutaj pisał o tej książce, ani o tym filmie, ani też o żadnej innej książce, czy też innym filmie, jeśli nie liczyć tego momentu, w którym wspomnę, że czytałem ją latem 2006 roku i uderzyła mnie pewna rzecz, którą postanowił zrobić jej autor i zarazem główny bohater. Otóż w momencie, w którym na jego skrzynkę mailową przyszedł SPAM, on zdecydował się na niego odpisać.
Pomyślałem sobie, że ciekawie mogłoby być odpisywać na wszystkie wiadomości tego typu (oczywiście ze specjalnie założonej do tego celu skrzynki mailowej) i zobaczyć co z tego wyjdzie. Wszystko miałoby być utrzymane w luźnym klimacie, wiadomości pisane do spamerów miałyby na celu nie tylko uzyskanie od nich odpowiedzi zwrotnej, ale też od czasu do czasu wkręcenie ich w coś. Efekty projektu byłyby widoczne dla wszystkich chętnych, ponieważ korespondencja byłaby publikowana w sieci.
Projekt leżał sobie w szufladzie (tak jak to często z projektami bywa). Czasem chciało mi się go robić bardziej, czasem mniej, aż w końcu dowiedziałem się o czymś takim jak „scam baiting”, czyli działalności polegającej na… właśnie tym, co opisałem wcześniej. No cóż, to nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy okazało się, że wpadłem na pomysł, który już od dłuższego czasu gdzieś funkcjonuje. Nie przejąłem się tym zbytnio, ponieważ był to tylko jeden z wielu pomysłów w mojej szufladzie i do tego nie zależało mi na jego realizacji aż tak bardzo i pewnie bym już do niego nie wracał, gdyby nie…
No właśnie, gdyby nie co? Zastanawiam się, co ja sobie myślałem pewnego uroczego dnia, którego postanowiłem założyć na Facebooku stronę, którą nazwałem „I Love SPAM”, zaprojektować dla niej proste logo (słowo „SPAM” w serduszku) oraz napisać tekst promocyjny („Dostajemy je codziennie. Niechciane wiadomości. Spam. Zazwyczaj nawet go nie czytamy, a tym bardziej na niego nie odpisujemy. Pewnego dnia postanowiłem to zmienić. Jest to opowieść o tym, jak przestałem się martwić i pokochałem SPAM. I love SPAM.”).
Być może zafascynowała mnie możliwość wykorzystania do tego celu strony facebookowej i wizja ludzi w prosty sposób rozprzestrzeniających kolejne wpisy dalej, być może data była odpowiednia (14 lutego 2011, a więc Walentynki, co fajnie komponuje się z nazwą projektu oraz jego myślą przewodnią), a być może poczułem potrzebę zrobienia czegoś twórczego ale lekkiego (w opozycji do projektów, które są dla mnie kluczowe i przy których jest znacznie więcej pracy), a może… sam nie wiem. Tak naprawdę nie mam nic na swoją obronę i po prostu nie wiem, dlaczego postanowiłem zacząć robić coś, z czego już wcześniej zrezygnowałem.
Teraz znowu mam świadomość, że tak naprawdę nie chcę tego robić, że projekt jest wtórny i choć mam różne fajne pomysły na to, jak można by wkręcać spamerów, to jednak są ludzie, którzy działają ze znacznie większym rozmachem i po prostu z większą pasją dla tego tematu. Wiem to wszystko teraz i na pewno wiedziałem już wtedy, jednak z jakiegoś powodu założyłem odpowiednią stronę, a także zarejestrowałem specjalną skrzynkę mailową (jak zwykle pobawiłem się trochę słowami i adres rozpoczynał się od „SoLameVIP@”, co jest anagramem dla „MailMeSPAM@”).
A kilka dni później? Przyszło otrzeźwienie i stwierdziłem, że nie rozwijam tego pomysłu dalej. Mało tego, dziś postanowiłem ostatecznie usunąć stronę na Facebooku oraz skrzynkę mailową. Dlaczego więc w ogóle zacząłem, choć tak naprawdę od początku wiedziałem, że nie chcę tego robić? Nie mam pojęcia. To dla mnie prawdziwa zagadka.
To nie jedyny przykład działania podjętego pod wpływem impulsu. Co jakiś czas mam tak, że rzucam się na jakiś pomysł i wręcz kompulsywnie zaczynam go wdrażać. Czasem się opamiętuję, przerywam pracę i tylko się cieszę, że nie poświęciłem na to więcej czasu, ponieważ tak naprawdę nie chciałem tego robić. Innym razem jest już za późno i nagle orientuję się, że jestem w samym środku czegoś, co tak naprawdę nie jest mi do niczego potrzebne i straciłem na to już zbyt dużo czasu. Oczywiście tego typu „napady kreatywności” mają też swoje plusy – często dzięki nim osiągam rzeczy, na których naprawdę mi zależy, ale żeby je wdrożyć potrzebny jest właśnie tego rodzaju „flow”, taki stan umysłu, w którym chce się robić to i tylko to. Te „kompulsje aktywności” mają więc swoje plusy oraz swoje minusy. Są swego rodzaju przeciwieństwem modnej ostatnio prokrastynacji, czyli tendencji do przekładania zaplanowanych czynności na później (problemy o takim charakterze również posiadam, jednak to nie one są przedmiotem niniejszego tekstu).
Jaki z tego wniosek? Dokąd z tym wszystkim zmierzam? Co chcę Wam przekazać w tym tekście? Problem polega na tym, że sam nie wiem, gdyż jest on owocem właśnie takiego stanu, o jakim pisałem. Doskonała ilustracja tezy, której jeszcze nie mam i raczej nie będę miał. Niedokończony (a może właśnie w przewrotny sposób skończony?) tekst o dziwnym zjawisku, będący zarazem jego przykładem. Koniec. Dziękuję za uwagę.