Archiwa

Noworoczny piknik maskowy na parkingu podziemnym

Czy jest możliwe zorganizowanie ekstremalnie dziwnej imprezy sylwestrowej w ciągu dwunastu godzin? Oczywiście, że jest, a niniejszy tekst to zaproszenie na nią! Nie spodziewajcie się niczego standardowego. Będzie absurdalnie i niekonwencjonalnie. To unikalne, dziwaczne i spontaniczne wydarzenie to „Noworoczny piknik maskowy na parkingu podziemnym”. Nazwa mówi sama za siebie. Interpretacja elastyczna. Bierzemy koszyki, wypełniamy je zawartością wedle uznania (kocyki, jedzenie, picie, dildosy), pamiętamy o maskach (zamiast maski może być dziwny makijaż), po czym udajemy się z tym wszystkim na miejsce spotkania, jakim jest hala główna Dworca Centralnego, gdzie spotykamy się o godzinie 23:00. Stamtąd wspólnie przemieszczamy się autobusem na miejsce właściwej imprezy, którym jest pewien parking podziemny. Będziemy mieli ze sobą ogromny kawał folii, który będzie można rozłożyć na ziemi, a dopiero na tej folii położymy koce, dzięki czemu będzie nam ciepło, a koce pozostaną czyste. Na parkingu w maskach i piknikowej atmosferze biesiadujemy wyczekując północy. Będzie spektakularnie, nieprzewidywalnie i dziwacznie. A gdy o północy petardy wystrzelą w niebo, pamiętajcie, że to wszystko zostało zorganizowane w 12 godzin!

Planowanie Sylwestra

Po raz kolejny rozważałem, żeby zrobić w Sylwestra coś bardzo dziwnego. Plany były różne. Myślałem o tym, żeby wykorzystać któryś z zeszłorocznych pomysłów i na przykład wsiąść z kilkoma osobami w auta, a następnie jechać przed siebie, po czym zatrzymać się na kilka minut przed północą i zrobić imprezę tam, gdzie akurat się zatrzymamy. Pewną trudnością organizacyjną jest tutaj nie tyle znalezienie kilku samochodów, co raczej kierowców nie pijących w Sylwestra. Plan nie jest jednak zbyt skomplikowany i jego wdrożenie byłoby możliwe nawet w ostatniej chwili. Druga opcja jest podobna, ale wiąże się z jechaniem autem nad morze, powitanie Nowego Roku na Helu oraz powrót do domu. Plan ten udało się wdrożyć rok temu mojemu kumplowi (pozdro Radek B). Trzecia opcja to po prostu wynajęcie domku letniskowego na Helu i nie przejmowanie się tym, że jest zima. Czwarty pomysł polega na spędzeniu Sylwestra w areszcie. Wolałbym jednak nie mieć tego w papierach. Opcja numer pięć to wynajęcie kapsuły w hotelu kapsułkowym. Mamy w Warszawie hostel, w którym ponoć znajduje się kilka takich kapsuł, na jakie można natknąć się w japońskich hotelach kapsułkowych. Tę opcję można rozegrać na dwa sposoby. Myślałem o tym, żeby zebrać kilka osób, wynająć wszystkie dziewięć kapsuł, po czym wejść tam bez zegarków, telefonów komórkowych i czegokolwiek, co pokazuje godzinę, a następnie spędzić ten czas w odcięciu od świata zewnętrznego, udając, że wyczekujemy końca świata. Nie trzeba by siedzieć cały czas w kapsułach, ponieważ do dyspozycji byłaby także podłoga przed nimi, na której można by siedzieć, a także dostępna dla użytkowników kapsuł łazienka. O tym, że nadeszła północ, dowiedzielibyśmy się dzięki odgłosom petard (albo i nie, bo przecież je słychać przez znaczną część nocy). W innym wariancie tego pomysłu wynająłbym kapsułę sam albo w kilka osób i plan polegałby na tym, żeby północ po prostu przespać.
Kolejny pomysł polegał na spędzeniu Sylwestra w samolocie. Udało mi się namierzyć fajny lot do Tokio w przystępnej cenie 2450 zł. Start byłby z Warszawy po godzinie dziewiętnastej, później lądowanie w Paryżu, a następnie po dwudziestej trzeciej lot z Paryża do Tokio i powitanie Nowego Roku w samolocie. Pamiętajcie, że po drodze kilka razy zmienia się strefy czasowe, więc na pewno byłby to dziwny lot. Tutaj odsyłam do mojego pomysłu z zeszłego roku, który polegał na leceniu w przeciwnym kierunku (tzn. z Azji do Europy), dzięki czemu północ można by powitać dwa razy. W tym przypadku oczywiście byłoby inaczej, ale zapewne także niezwykle unikalnie. Perspektywa była na tyle kusząca, że to właśnie ku temu pomysłowi skłaniałem się najbardziej. Przerażała jednak myśl o podjęciu w ostatniej chwili decyzji, która zdeterminowałaby moje najbliższe dwa tygodnie w tak znacznym stopniu. Zakup biletów lotniczych w ostatniej chwili to dla mnie nie pierwszyzna. W lutym 2009 roku, w pewien środowy wieczór kupiłem bilet do Tokio na samolot, który miał startować w piątek. Pamiętam, że wtedy sam nie mogłem uwierzyć w to, co się dzieje. Teraz emocji było jeszcze więcej, ponieważ od wylotu dzieliły mnie nie dni, lecz godziny, a ewentualny wylot w pewnym stopniu zmodyfikowałby moje plany na styczeń. W sumie trudno mówić tutaj o planach. To raczej takie miłe drobiazgi budujące atmosferę świątecznego spokoju oraz noworocznej świeżości. Człowiek się na nie nastawia i choć perspektywa lotu do Tokio jest bardzo kusząca, to jednak można obawiać się całkowitego wyrwania z tej fajnej równowagi, którą buduje się tutaj w Warszawie. To rzeczy, które trudno przekazać innym osobom, tak żeby je zrozumiały i poczuły. Mieszanka aktualnych wesołych i smutnych myśli, ambitnych i mniej ambitnych planów, pomysłów na to, co zmienić w swoim życiu oraz co w nim pozostawić. Analizowanie sytuacji bieżących, minionych i tych antycypowanych. A do tego te wszystkie detale, które kojarzą mi się z tym momentem życia. Śpię sobie na podłodze pomiędzy jedną prawdziwą i jedną sztuczną choinką, na mieście świecą ozdoby świąteczne, mam nową basenową kartę, którą chciałbym przetestować po Nowym Roku, zauważyłem, że całkiem dobrze pracuje mi się na laptopie w domu w dużym pokoju i jednak nie zawsze trzeba chodzić do kawiarni, żeby wydajność pracy była dobra… Nagły wylot do Tokio jest jak kij w mrowisko, który to wszystko zmienia. To dobry pomysł, gdy chcemy uciec od naszej aktualnej, niepewnej sytuacji życiowej i ją zburzyć, żeby później móc budować coś nowego, albo wtedy, gdy jesteśmy z niej zadowoleni i jest ona na tyle stabilna, że takie działanie jej nie zagrozi. A teraz tak spontaniczna i skrajna decyzja mogłaby łatwo rozsypać jeszcze delikatną konstrukcję, którą właśnie tworzę.
Mimo wszystko na kilkanaście godzin przed odlotem jestem bliski podjęcia tej decyzji. Siedzę przy laptopie gotowy do wykonania tych kilku kliknięć. W głowie już formuje się myśl, że na dziewiętnaście godzin przed odlotem zdecydowałem się kupić bilet do Tokio i w planach jest powitanie Nowego Roku w samolocie. Od dokonania transakcji dzieli mnie już tylko kilka chwil. W ostatniej chwili decyduję się zmodyfikować lot tak, żeby zostać na miejscu o jeden dzień dłużej. Wprowadzam zmiany i nagle… ceny się zmieniają! Minęła północ. Już nie jest trzydziesty grudnia, lecz trzydziesty pierwszy. Stawki automatycznie poszły w górę. Przez ostatnie godziny przeżywałem ogromną huśtawkę emocjonalną, cały czas wahając się nad tym, jaką decyzję podjąć, a gdy została ona już podjęta, to zewnętrzny czynnik uniemożliwił mi wdrożenie mojego planu. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, a do tego byłem na siebie zły. Jakiś czas później wpadłem na pewien pomysł. Zacząłem zmieniać ustawienia kraju, z którego przeglądam stronę, licząc, że skoro w innych strefach czasowych nie ma jeszcze północy, to tam wciąż utrzymują się stare ceny. Co ciekawe, miałem rację! O ile KLM zabezpieczył się przed takim rozwiązaniem (gdy ustawiam inny kraj, to lotnisko początkowe mogę wybrać jedynie spośród tych, które znajdują się w danym państwie), to już strona Air France nie robiła takich problemów, dzięki czemu bardzo szybko udało mi się znaleźć pasujące mi loty na amerykańskiej wersji strony – dokładnie te same, które u nas były już znacznie droższe. Jakimś cudem ponownie już tylko kilka kliknięć dzieliło mnie od dokonania zakupu. Jednak wraz z kolejną możliwością zrealizowania mojego planu, powróciły również obawy i ta sama niepewność, co wcześniej. Znowu się wahałem, ale tak samo, jak poprzednim razem, tak i teraz w końcu kliknąłem odpowiedni przycisk. Ku mojemu zdziwieniu, strona odmówiła realizacji zamówienia ze względu na tymczasowy problem, nad którym rzekomo ekipa techniczna już pracuje. Kilkakrotnie powtarzałem czynność, jednak za każdym razem wyskakiwał ten sam błąd. Wyobraźcie sobie, jak musiałem się czuć, już któryś raz przemieszczając się od jednej skrajności do drugiej. Do Nowego Roku już tylko kilkanaście godzin, a ja wciąż nie mam najmniejszego pojęcia, w którym z dwóch bardzo różnych kierunków wszystko się potoczy.
Wiecie, co dzieje się dalej? System rezerwacji w końcu zaczyna działać. A ja znowu się waham! W końcu, po dłuższym namyśle, po raz kolejny decyduję się dokonać płatności i po raz kolejny pojawia się problem. Tym razem okazuje się, że wybrane przeze mnie połączenie nie jest dostępne. Próbuję jeszcze raz, a potem kolejny i wciąż to samo. Po jakimś czasie udaje mi się odkryć, że z jakiegoś powodu lot z Warszawy do Paryża nie jest już widoczny w systemie. Błąd? Zbyt mało czasu do odlotu? Szybko opuszczam amerykańską stronę Air France i sprawdzam to samo połączenie przez polską stronę KLM – tam wszystko jest w porządku. Chyba nie jest mi dane znaleźć się na pokładzie tego samolotu. Jakoś po trzeciej zasypiam nad pootwieranymi stronami, a następnego dnia rano decyduję się jeszcze wykonać telefon do biura Air France, żeby upewnić się, czy rzeczywiście nie da się już nic zrobić. Tak jak mówiłem: chyba nie jest mi dane znaleźć się na pokładzie tego samolotu. W takich chwilach lubię myśleć, że to wszystko do czegoś prowadzi i w gruncie rzeczy właśnie tak miało być. Jeszcze nie wiem, co konkretnie mam na myśli, ale mam nadzieję, że już niebawem się dowiem, a gdy ten moment nadejdzie, będę z niego bardzo, bardzo zadowolony.