Archiwa

Trzy dni Halloween

Wygląda na to, że w tym roku mamy najdłuższe Halloween z możliwych. Najpierw w piątek i sobotę cała masa imprez okolicznościowych w klubach i kinach, a później właściwe Halloween w niedzielę.Lubię te wszystkie nietypowe dni w roku – święta, okazje, ciekawe daty. Każdy z tych dni ma swój inny, indywidualny charakter. Wszystko jedno, czy jest to Boże Narodzenie, 09.09.09, czy rozpoczęcie nowego roku wypadające w poniedziałek.Okres, w którym piszę te słowa, jest o tyle ciekawy, że nie dość, że mamy trzydniowe Halloween, to jeszcze w nocy z soboty na niedzielę wypada zmiana czasu z letniego na zimowy. Ładny zbieg okoliczności.

Interakcje społeczne 3.0

Czasami używając Foursquare’a mam wrażenie, że poruszam się po społecznościowej pustyni. Zdaję sobie sprawę z tego, że aplikacja ta nie jest jeszcze aż tak powszechna jak np. Facebook, jednak z pewnością wielokrotnie zdarzyło mi się minąć na ulicy kogoś, kto był jej użytkownikiem i nawet nie zwróciłem na to uwagi. Nie zwróciłem na to uwagi, ponieważ nie dano mi takiej szansy.
Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że Foursquare to społecznościowa aplikacja, którą można mieć przy sobie w telefonie komórkowym. Za każdym razem, gdy mamy na to ochotę, możemy dokonać tak zwanego „check-in”. Dzięki GPSowi namierzana jest nasza lokalizacja, po czym zaznaczamy, w którym dokładnie miejscu się znajdujemy. System zapamiętuje, że weszliśmy właśnie np. do pewnej konkretnej kawiarni. Ten fakt może pozostać ukryty albo informację o nim mogą dostać nasi znajomi używający Foursquare’a. Na ich telefonach ta informacja pojawia się w sposób natychmiastowy. To świetne narzędzie dla kogoś, kto ma ochotę spotkać się z kimś znajomym, kto akurat przechodzi w pobliżu. Można też walczyć o bycie „mayorem” danego miejsca – tytuł ten dostaje osoba, która pojawia się w nim najczęściej. Niektóre lokale oferują w związku z tym specjalne zniżki dla swoich „mayorów” (oczywiście póki co jeszcze nie w Polsce). Potencjał tego narzędzia oraz jemu podobnych jest znacznie większy, lecz moim zdaniem wciąż pozostaje niewykorzystany.
Piszę o tym z ogromnym entuzjazmem, ponieważ od jakiegoś czasu spełnia się moje marzenie o przenikaniu się świata wirtualnego i materialnego. Tak wiele rzeczy marzyło mi się, gdy odpowiednia technologia nie była jeszcze powszechna, a teraz, gdy już ją mamy, ze zdziwieniem zauważam, że tylu fascynujących możliwości i szans nikt nie wykorzystuje i nie popularyzuje, bądź też robi to w sposób pozostawiający wiele do życzenia.
Ze wszystkich rozwiązań wykorzystujących geolokalizację w telefonach komórkowych do celów społecznościowych największy rozgłos zdobył właśnie Foursquare, jednak to oczywiście nie jest pierwszy i jedyny tego typu serwis. Dawno temu na stronie internetowej człowieka, który ukuł termin flash mob (nie mylić z człowiekiem, który wymyślił flash moby), czytałem o jego pomyśle na usługę integrującą klientów w obrębie danego miejsca, np. kawiarni. W skrócie miało to wyglądać tak, że każda osoba, która akurat podpięłaby się do kawiarnianej sieci, za pomocą specjalnie przygotowanej strony internetowej mogłaby wchodzić w interakcję z innymi klientami, którzy również w danym momencie z niej korzystają. Pamiętajcie, że to były czasy jeszcze na długo przed popularyzacją mobilnego internetu i GPSów wbudowanych w telefony komórkowe. Choć mechanizm był zupełnie inny niż w np. w przypadku Foursquare, to jednak skojarzenie to wydaje mi się uzasadnione.
Czego więc brakuje mi w Foursquare i innych tego typu aplikacjach? Tak jak wspomniałem na początku, potrzebuję alternatywy dla tej społecznościowej pustyni, na której obecnie się znajduję. Tak, świetnie, mogę robić „check-in” w tylu różnych miejscach. Jeśli pojawiam się gdzieś odpowiednio często, to nawet mogę zostać „mayorem”. Mogę się też łudzić, że za jakiś czas, któraś z polskich firm zrobi u nas coś, co robi się za granicą, czyli zaoferuje preferencyjne warunki dla osób, które są „mayorami” w danych miejscach. Oczywiście jest też świetnie działająca funkcja informowania o aktualnej lokalizacji znajomych. Bez problemu mogę też dać innym znać, gdzie się obecnie znajduję. Co jakiś czas ktoś dodaje jakieś „tipsy” związane z konkretnym miejscem, dzięki którym można np. dowiedzieć się, czego warto spróbować w danej kawiarni (coś trzymam się tego przykładu z kawiarniami).
To wszystko jest naprawdę fajne, ale może być jeszcze fajniejsze. Marzy mi się platforma umożliwiająca większą interakcję z ludźmi. Chciałbym iść ulicą i widzieć wszystkie osoby, które zrobiły niedawno „check-in” w okolicy. Teraz mogę co najwyżej zobaczyć, że ktoś jest w tym samym lokalu, co ja, ale to za mało.
Chcę stanąć na środku ulicy i dowiedzieć się, że jak pójdę w lewo, to spotkam trzech foursquareowiczów, a idąc w prawo, natknę się na jednego. Pomyśl o tym, jak o świecie, w którym pośród przechodniów widzisz ludzi, którzy mają do siebie „przypięte” pewne dodatkowe informacje na swój temat. Taka rozszerzona rzeczywistość. Spacerujące po ulicach miasta profile z serwisów społecznościowych. Przenikanie się świata materialnego i wirtualnego.
Chcę móc ustawić swój status (jak w komunikatorze internetowym) i powiedzieć światu, że mam ochotę na zawarcie nowej znajomości, albo wręcz przeciwnie, że jestem zajęty i proszę do mnie nie podchodzić. Mam ochotę napisać do wszystkich ludzi, którzy są akurat w okolicy, że mam do oddania bilet do kina, albo że na rogu rozdają właśnie coś fajnego. Niech to będzie cyfrowy odpowiednik zatrzymania się na środku ulicy i krzyknięcia czegoś najdonośniej, jak to jest tylko możliwe. Do wszystkich, także tych, których nie znam.
Wyobrażam sobie, że każdy użytkownik dysponuje czymś będącym mieszanką profilu w serwisie społecznościowym oraz konta w komunikatorze internetowym. Mamy swoje dane osobowe, zdjęcia, status związku, zainteresowania i inne informacje, które udostępniamy wedle uznania. Możemy udostępnić wszystko wszystkim, bądź też tylko niektóre dane. Jeśli chcemy, możemy oczywiście całkowicie zniknąć. Cały czas mamy również możliwość ustawienia sobie czegoś będącego odpowiednikiem statusu w komunikatorach internetowych, tzn. ktoś może być oznaczony jako osoba w danym momencie zajęta, a ktoś inny jako taka, która ma ochotę zawrzeć znajomość z kimś nowym. Istnieje również możliwość rozszerzenia statusu o opis tekstowy. W każdej chwili możemy kogoś zagadać za pomocą czata, bądź też w świecie materialnym. Możliwości interakcji są różnorodne. Oczywiście wszystkie ustawienia prywatności w pełni edytowalne, choć domyślnie skonfigurowane na takie, które zachęcałyby do interakcji (tzn. widoczne podstawowe dane oraz status „zagadaj mnie”).
Myślę, że byłby to świetny sposób na doświadczenie zupełnie nowego wymiaru interakcji społecznych. Coś więcej niż kontakty przez sieć i zarazem coś więcej niż kontakty face to face. To zupełnie nowa jakość, będąca połączeniem tego, co najlepsze w obu tych formach komunikowania się.

Smutki

Śniła mi się społeczność graczy pewnej sieciowej gry komputerowej. Rozsiane po całym świecie osoby co jakiś czas zakładały na głowę specjalne elektroniczne kaski i spędzały długie godziny grając w wirtualnym świecie, wykonując kolejne questy, rozbudowując swoją postać, wchodząc w interakcje jedynie z innymi graczami. Ich normalne życie miało coraz mniejsze znaczenie, coraz więcej czasu spędzali w grze, coraz mniej łączyło ich z rzeczywistością, do której trudno było im powrócić. Praktycznie nie zdejmowali swoich hełmów. Tylko czasem unosili je nieco wyżej, gdy musieli coś zjeść albo czegoś się napić. A pili dużo, ponieważ w większości przypadków jedyne, co robili w rzeczywistym świecie i jedyne, co dawało im jeszcze jako taką przyjemność, to spędzanie całych dni w barach i szemranych knajpach, w których pili ogromne ilości alkoholu. Tym alkoholem była zazwyczaj wódka – im mocniejsza i im jej więcej, tym lepiej. Spotkałem kiedyś kogoś takiego w barze i przez litość nawet dałem tej osobie napoczętą butelkę. Słyszałem co nieco o świecie gry, ale nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego oni to robią. Zresztą nie byłem w tym sam. Wiele osób śmiało się z tych, którzy całe dnie spędzali biegając po wyimaginowanych bezkresnych łąkach, walcząc z potworami, zwiedzając tajemnicze podziemia, otwierając kolejne skrzynie i poszukując magicznych artefaktów.
  W moim śnie siedzę w jakiejś knajpie pełnej papierosowego dymu i wyobrażam sobie postać człowieka, który jako jeden z niewielu wie, dlaczego właściwie gra. W życiu nie zostało mu absolutnie nic i ucieczka do wirtualnej krainy, gdzie kolejne questy nadają wszystkiemu sens, była dla niego wybawieniem. Choć sam spędzał w hełmie długie godziny, to jednak wciąż pozostał osobą, która nie mogła zrozumieć oraz zaakceptować dlaczego inni ludzie to robią.
  Podczas wykonywania jednego z niezwykle długich i wycieńczających questów poznał kilka osób, które wspólnie z nim planowały osiągnąć wyznaczony cel. Większość z nich okazała się niewystarczająco wytrwała, ale w finałowych godzinach rozgrywki owemu człowiekowi wciąż towarzyszyła jeszcze jedna osoba.
  Stawka w queście była niezwykle wysoka. Walka toczyłą się o pewien niezwykły, wyjątkowo rzadki, wręcz owiany legendą artefakt, który był szczególnie pożądany ze względu na mnogość swoich funkcji. Dla swojego właściciela mógł stać się jedną z tak wielu różnorodnych rzeczy, ale nigdy wszystkimi naraz. Raz przypisany do jednej z funkcji całkowicie tracił swoje pozostałe moce. Właśnie dlatego ludzie tak bardzo bali się o niego walczyć. Stawka była tu zbyt wysoka. Zdobycie go wymagało nie tylko wielu godzin i dni spędzonych w grze, ale też współpracy grupowej, a przecież gdy można zyskać tak wiele, a nagroda jest tylko jedna i niepodzielna, prawdopodobieństwo, że w ostatnich sekundach zostanie się zdradzonym, jest ogromne.
  Już tak niewiele dzieliło owego człowieka od otwarcia skrzyni z magicznym przedmiotem, gdy dowiedział się, że osoba z którą współpracuje jest kobietą. Nic o niej nie wiedział, lecz tak dobrze dogadywał się z nią w świecie gry, że gdy obudziły się w nim dawne wątpliwości, postanowił za wszelką cenę zmusić ją do opuszczenia wirtualnej rzeczywistości. Było mu jej po prostu szkoda. Dlatego też nie przejął się za bardzo, gdy okazało się, że skrzynia, która zmaterializowała się pod koniec questu okazała się pełna jakiś bezwartościowych przedmiotów. Szansa, że tak się stanie była minimalna, ale znanym faktem było to, że z pewnym prawdopodobieństwem, pomimo wielu godzin spędzonych na poszukiwaniach, zamiast pożądanego artefaktu w skrzyni pojawi się coś zupełnie innego i cały wysiłek pójdzie na marne. W takiej sytuacji każdy gracz by się załamał, ale bohaterowi tej opowieści nie było smutno. Razem ze swoją partnerką wpatrywał się w uchylone wieko skrzyni i jej wnętrze wypełnione całą masą bezużytecznych, tanich, pospolitych przedmiotów. Nie tylko nie było mu smutno, ale nawet trochę się cieszył. To był moment, w którym nabrał wyjątkowego dystansu do świata gry. Wierzył, że dzięki temu, jak wszystko się potoczyło, będzie mu znacznie łatwiej namówić ową dziewczynę do zdjęcia hełmu i zrezygnowania z dalszego tracenia wielu godzin i dni w tej wirtualnej rzeczywistości.
  – Ty masz normalne życie, masz do czego wracać, ja muszę tutaj zostać – mówił, używając swojego ulubionego argumentu. Wiedział, że raczej żadna z osób znajdujących się w tym wirtualnym świecie, nie znajduje się w tak złej sytuacji jak on. Był przekonany, że każdy poza nim ma gdzieś tam choćby namiastkę normalnego życia.
  – Nie rozumiesz, ja muszę zdobyć ten artefekt – powtarzała dziewczyna i płakała w świecie gry, ale zapewne nie tylko w nim.
  – To wiele kolejnych godzin, dni i kawał zmarnowanego życia – tłumaczył mężczyzna. – A i tak nie masz pewności, że go kiedykolwiek zdobędziesz – dodał po chwili. – Czy jesteś pewna, że tego chcesz? Zdejmij hełm i wracaj do bycia tym, kim jesteś.
  – Muszę zdobyć ten artefakt – łkała dalej dziewczyna, a mężczyzna nie był w stanie zrozumieć, dlaczego aż tak bardzo zależy jej na grze i na tym niezwykłym magicznym przedmiocie, który mógł sprawić praktycznie wszystko.
  – Dlaczego tak bardzo ci zależy? – pytał mężczyzna.
  – Przecież wszyscy go chcecie! – odpowiadała dziewczyna. – Wszyscy go chcecie, ale ja potrzebuje go najbardziej.
  – Tak naprawdę nikt z nas go nie potrzebuje – powiedział mężczyzna i spojrzał na zieloną, wirtualna trawę.
  – Nic nie rozumiesz! – krzyczy płacząca dziewczyna.
  Słychać syk i mechaniczny dźwięk. To odgłos odpinanego i zdejmowanego hełmu. Mężczyzna zdejmuje go z głowy i okazuje się, że siedzi w jakimś ciemnym, obskórnym, zadymionym barze. W tle dźwięki kieliszków, butelek i pijackie krzyki. Okazuje się, że tuż obok, przy tym samym stole, siedzi druga postać w hełmie. On doskonale wie, że to tamta dziewczyna.
  – Nie rozumiesz, ja muszę zdobyć ten artefakt – dziewczyna powtarza spod hełmu zdanie wypowiedziane przed chwilą w grze. – Muszę zdobyć ten artefakt – mówi dalej chwytając hełm po obu stronach, tak jakby przymierzała się do zdjęcia go z głowy, ale z jakiegoś powodu zatrzymuje się w trakcie. – Wszyscy go chcecie, ale ja potrzebuję go najbardziej.
  Mężczyzna powoli odzyskuje kontakt z rzeczywistością i patrzy na siedzącą w pobliżu postać w hełmie. Czeka, co powie dalej dziewczyna.
  – Potrzebuję mocy tego przedmiotu – mówi, powoli unosząc hełm do góry. – Potrzebuję go ze względu na moją twarz – kończy zdanie i zrywa hełm z głowy, a mężczyznę przechodzą po plecach ciarki. Nikt w barze nie zwraca na to uwagi, ponieważ jest zbyt ciemno, a wszyscy są za bardzo pijani.
  Przy stole siedzi postać o dziwnej, zdeformowanej głowie i twarzy, która w niczym nie przypomina ludzkiej. Z jednej strony skóra i kości poskręcane są w taki sposób, że tworzą odrażające wgłębienie, z którego wyrasta kępa trawy. W oczodołach zamiast oczu widać mknące po eliptycznej orbicie we wnętrzu głowy paski emanujące światłem czerwonego lasera. Wyglądają trochę jak świecące oślepiającą czerwienią skrawki wodorostów. Próżno szukać na tej twarzy nosa. Zamiast ust tylko rozwarte szczęki i otwór, w którym widać zwisające z podniebienia i falujące zielone glony. W ustach i przełyku coś się rusza.
  – Potrzebuję tego artefaktu, żeby naprawić swoją twarz. Tu, w tym świecie.
  Mężczyzna jest tak przerażony, że nie potrafi nawet odwrócić głowy.