Archiwa

25 września

Dziś mijają dwa lata odkąd „Miasto to gra” pojawiło się na półkach. To naprawdę niesamowite uczucie, gdy uświadamiamy sobie, że coś, co kiedyś wydawało nam się jedynie odległym marzeniem, od dwudziestu czterech miesięcy jest integralną częścią naszego życia.

Relacja

W telewizji, na ujęciu filmowanym z helikoptera widać, jak niewielkie grupki ludzi i pojedyncze osoby brną wydeptaną drogą przez śniegi wzdłuż częściowo zamarzniętej rzeki. Idą tak już od bardzo długiego czasu. Głos został oddany ze studia do reporterki znajdującej się na miejscu wydarzenia. Ona mówi, że festiwal muzyczny powoli dobiega końca i jak zwykle w jego ostatni, czwarty dzień, docierają w jego najdalsze, najbardziej wysunięte na południe rejony. Niespodziewanie reportaż zostaje przerwany – budzę się.

Ziarenka

W Złotych Tarasach natknąłem się na człowieka w koszulce z napisem Kuźnia Gier. Siedział przy stoliku i grał z kimś w prototyp jakiejś karcianki. Najpierw ich minąłem, ale po chwili wróciłem i zagadałem. Okazało się, że człowiek w koszulce jest współwłaścicielem firmy wydającej gry. Czyżby przyszłość dla Tunelu, czyli opracowanej przeze mnie niedawno gry planszowej? Może tak, może nie. Nie to jest najważniejsze. Piszę o tym wszystkim dlatego, żeby pokazać, jak wiele w życiu jest możliwości. Codziennie możemy sadzić ziarna i ziarenka i nigdy nie wiemy, które z nich wykiełkują. Być może Tunel trafi do sprzedaży jako profesjonalnie wydana gra, być może umieszczę go w sieci, gdzie będzie do ściągnięcia za darmo (tak jak zrobiłem to w przypadku gry karcianej „Gra w procenty”), a może stanie się czymś, w co będzie miała okazję pograć jedynie wąska grupa moich znajomych (tak jak to miało miejsce do tej pory – mam tu na myśli spotkania, podczas których testowaliśmy grę).
Przyszłość jest niepewna, a to, czy dane ziarenko wykiełkuje, czy nie, zależy nie tylko od naszej determinacji, ale także w dużym stopniu od przypadku. Przypadkowe spotkanie w Złotych Tarasach brzmi jak fajna anegdota, którą będzie można później opowiadać, gdy gra pojawi się na półkach, ale równie dobrze Tunel może nigdy na półki nie trafić. Wtedy anegdoty nie będzie, to ziarenko nie wykiełkuje wcale, albo wykiełkuje z niego coś zupełnie innego. Gdy sadzimy ziarenka na swojej plantacji pomysłów, nigdy nie możemy mieć pewności, jak będzie wyglądał nasz ogród za jakiś czas. Tak było przecież z książką „Miasto to gra”. Od dawna wiedziałem, że chcę coś napisać i opublikować, jednak gdy projekt Urban Playground wystartował w grudniu 2005, nie miałem pojęcia, że jego zwieńczeniem będzie właśnie książka. Na ten pomysł wpadłem dopiero na przełomie kwietnia i maja 2007. Wiązałem duże nadzieje z tym ziarenkiem, ale nawet gdy roślinka zaczęła kiełkować i w pewnym momencie stała się prawdziwą chlubą mojego ogrodu, nie mogłem mieć pewności, jak rozwinie się dalej. Tak jest ze wszystkim, a twierdzenie, że jesteśmy pewni, iż coś będzie miało taki, a nie inny rezultat, jest po prostu głupie. Nie, nie chodzi tutaj tylko o nadmierną pewność siebie i naiwną wiarę w swoją nieomylność (bo przecież ktoś może nazwać taki sposób myślenia determinacją w dążeniu do jasno wyznaczonego celu), ale przede wszystkim o zamknięcie się na nowe możliwości. Po prostu na początku jakiejś drogi zazwyczaj nie jesteśmy w stanie dostrzec nowych, fascynujących ścieżek, które wyłonią się dopiero za zakrętem. Tak więc zasadziłem ziarenko o nazwie Tunel i nie mam pojęcia, co będzie z nim dalej. W głowie wyobrażam sobie różne scenariusze i być może jeden z nich stanie się rzeczywistością, a może ta rzeczywistość zaskoczy mnie jeszcze bardziej i stanie się coś zupełnie innego.
Niektóre kiełki więdną, ale to nie szkodzi, bo użyźniają glebę dla kolejnych ziarenek. To ważne, żeby od czasu do czasu coś zasadzić albo zasiać. Ja upatrzyłem sobie ostatnio kilka innych roślinek. Przykładowo, obecnie jestem w trakcie rekrutacji na studia doktoranckie. Nie mam pojęcia, jaki będzie jej rezultat i czy w efekcie otrzymam kolejny ciekawy okaz w swoim ogrodzie, czy może kompost pod inne pomysły. Czasami warto postawić wszystko na jedną kartę, ale mimo wszystko dobrze mieć kilka innych w zanadrzu. Tak na wszelki wypadek. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy dwójka trefl stanie się asem pik.
Jakiś czas temu wpadłem na pomysł wydania papierowego zina. Dawno, dawno temu, gdy internet nie był jeszcze tak bardzo popularny, ludzie przygotowywali amatorskie gazetki, które później odbijali na kserokopiarkach i dystrybuowali podziemnymi kanałami. Zamarzył mi się taki powiew oldschoolu, wyobraziłem sobie pisemko o niewielkiej objętości, w którym każda strona została przygotowana przez inną osobę. Nie byłyby to teksty pięknie sformatowane na komputerze, lecz skany stron będących wyklejankami przygotowanymi przez poszczególnych autorów. Dzięki temu każdy z artykułów miałby niezwykle indywidualny charakter. Początkowo rozważałem zrekrutowanie autorów spośród znajomych, jednak kilka dni temu przyszedł mi do głowy pomysł, żeby wrzucić odezwę na Wykop (jeśli nie znacie tej strony, to bardzo zachęcam do jej odwiedzenia). Mój pomysł na wydanie zina wybił się nawet na stronę główną i dotarł do naprawdę ogromnej liczby osób, ale nawet teraz nie jestem pewien, czy to ziarenko wykiełkuje. Bez względu na rezultat, warto było spróbować. Pomysł przygotowania takiej retrogazetki wydał mi się na tyle intrygujący, że już samo podzielenie się nim ze światem dało mi ogromną satysfakcję. Oczywiście świetnie byłoby wziąć do ręki jeszcze pachnący tonerem kserokopiarki egzemplarz, ale nawet jeśli mój apel nie spotka się z odpowiednim odzewem, to i tak nie będę żałował, że to ziarenko zostało zasiane.
Na sam koniec tego wpisu zostawiłem jeszcze jeden smaczek. Pewne ziarenko, o którym być może nie spodziewalibyście się tutaj przeczytać, pamiętając, jak skrzętnie trzymałem w tajemnicy wszystko, co było związane z projektem Wielka Góra, którym okazała się być w efekcie moja druga książka zatytułowana „Kod, czyli rzeczy, które zauważasz w mieście, gdy wpatrujesz się w nie odpowiednio długo”. Tym razem Was jednak zaskoczę i napiszę wprost, że mam pewien pomysł na trzecią książkę. Tak naprawdę jest to już znacznie więcej niż sam pomysł, gdyż pracę nad pierwszą wersją tekstu skończyłem w połowie sierpnia 2010. Tak, mam nawet tytuł, który wymyśliłem już po napisaniu tej krótkiej, dosyć nietypowej powieści i tym razem nie będę trzymał go w tajemnicy do ostatniej chwili, tak jak to miało miejsce w przypadku „Kodu…”. Książka miałaby być zatytułowana „Defekt pamięci”, ale problem polega na tym, że wciąż – pomimo znacznego stopnia zaawansowania prac nad tym projektem – nie mam pewności, czy z tego ziarenka wykiełkuje dostępna w całym kraju książka (jak to miało miejsce w przypadku „Miasta…” i „Kodu…”), niskonakładowa publikacja rozprowadzana na własną rękę, tekst umieszczony w sieci, czy może coś jeszcze zupełnie innego. Niebawem planuję pokazać ten tekst kilku zaprzyjaźnionym osobom, żeby usłyszeć ich opinie na jego temat. Z pewnością będę go jeszcze doszlifowywał. Trudno powiedzieć, jakie będzie miejsce „Defektu pamięci” w moim ogrodzie. Póki co ujawniam, że ziarenko o takiej nazwie w ogóle istnieje.
Co okaże się dwójką trefl, a co asem pik? Co stanie się potężną rośliną, a co trafi na kompost? O ilu ziarenkach nawet nam się jeszcze nie śniło? Ogród życia jest naprawdę tajemniczym i nieprzewidywalnym ogrodem.