Archiwa

Orientalna impreza i pomieszczenie pełne luster

Chciałem opowiedzieć Wam historię o tym, jak przeglądając gazetę znacznie po godzinie dwudziestej trzeciej natknąłem się w niej na ogłoszenie drobne informujące o pewnej imprezie domówce, która miała odbyć się w jednym z mieszkań w centrum. Wyglądało na to, że może na nią przyjść każdy, kto się o niej dowiedział, a nie tylko zaproszeni goście, bo w przeciwnym razie jaki byłby sens informowania o niej na łamach gazet? Miała to być impreza orientalna i trzeba było przebrać się na nią w japońskim albo chińskim stylu, a także przynieść ze sobą dziesięć złotych na zrzutkę. Nie byłem pewien, czy wypada mi tam tak po prostu wejść, bo przecież mogłoby się zdarzyć, że zostanę wyproszony albo będę jedyną osobą z poza pewnego zamkniętego kręgu towarzyskiego. Stałem na placyku przy stacji metra Centrum i zastanawiałem się, czy iść, czy może nie iść. W pewnym momencie zatrzymał się przede mną samochód, który właśnie zjechał tam po podjeździe. W środku było dwoje Wietnamczyków – mężczyzna i kobieta. Zapytali się, czy wiem, jak dojechać do placu Zawiszy. Szybko skojarzyłem, że to bardzo blisko owej orientalnej imprezy, więc zaryzykowałem i zapytałem się, czy jadą na imprezę na ulicy Hożej, bo jeśli tak, to chętnie bym się z nimi zabrał. Wsiadłem do auta i ruszyliśmy w odpowiednim kierunku. Zatrzymaliśmy się przed budynkiem, wysiedliśmy, oni poszli przodem i dopiero wtedy dostrzegłem, jak elegancko są ubrani. Kobieta miała na sobie czarną suknię bez pleców, a mężczyzna czarny garnitur i białą koszulę. Byli kilka lat starsi ode mnie. Do tego cały czas rzucały mi się w oczy ich azjatyckie rysy. Nie chciałbym być jedyną białą osobą na tej imprezie. Poza tym poczułem, że nie będę wiedział co powiedzieć, gdy już zadzwonię domofonem, dlatego przyspieszyłem kroku, tak, żeby wejść na klatkę kilka kroków za nimi, jeszcze zanim drzwi zdążą się zamknąć. Starałem się trzymać blisko, tak, żeby w razie czego inni pomyśleli, że przyszedłem tu z nimi, ale owa azjatycka para zdawała się być zajęta sobą. Drzwi do mieszkania były otwarte. Jego wnętrze było bardzo przestronne. Po poszczególnych pokojach przechadzały się różne osoby – zarówno biali, jak i azjaci. Wszyscy byli starsi ode mnie, niektórzy nawet znacznie. Dominowało towarzystwo około trzydziestu pięciu lat. Kobiety miały na sobie orientalne suknie o charakterystycznych kształtach. Niektóre były czarne, a inne wykonane z kwiecistych materiałów. Mężczyźni znacznie mniej przyłożyli się do przebrania. Wyglądali zwyczajnie, czyli mniej więcej tak jak ja, z tą różnicą, że sami w sobie byli dosyć specyficzni. Wielu z nich stało w czarnych podkoszulkach eksponując swoje wytatuowane ramiona. Na głowach widoczne były pierwsze siwe włosy. Wyglądali na właścicieli małych i średnich biznesów, którzy szybko dorobili się całkiem niezłych pieniędzy, ale wewnątrz pozostali dosyć prymitywnymi osobami. Trudno byłoby mi znaleźć z nimi wspólny język. Gdy przymierzałem się do porozmawiania z którąś z dziewczyn w orientalnych strojach miałem nadzieję, że żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, że próbuję mu odbić kobietę… Choć w sumie rozpoczynając rozmowę niczego nie wykluczałem, więc lepiej by było, gdybym trafił na taką, która akurat przyszła tu sama. Chodziłem pośród wnętrz tego mieszkania, patrzyłem na ludzi i trudno było mi uwierzyć w tę całą historię i rozwój wydarzeń. Już wtedy wiedziałem, że będzie to fajna anegdota warta opowiedzenia. W efekcie nikt nie chciał ode mnie dziesięciu złotych za wejście. Nikt też nie sprawdził, czy byłem odpowiednio ubrany. Częstowano mnie za to drinkami, bo ponoć było tego jeszcze tyle, że i tak wystarczy dla wszystkich. Porozmawiałem z jedną z dziewczyn w orientalnych strojach, po czym każde z nas ruszyło w kierunku innej części przestronnego mieszkania. Ani ona, ani nikt inny nie dziwił się, że znalazłem się na tej imprezie. Nikt nie pytał, jak tutaj trafiłem. Panowała tam niezwykła atmosfera, spotęgowana przez całą niezwykłą otoczkę związaną z tą domówką. Czułem, że będzie to jedna z tych anegdot, które będzie się powtarzać i powtarzać. Chciałem opowiedzieć Wam historię o tym, jak przeglądając gazetę znacznie po godzinie dwudziestej trzeciej natknąłem się w niej na ogłoszenie drobne informujące o pewnej imprezie domówce, która miała odbyć się w jednym z mieszkań w centrum. Chciałem Wam to wszystko opowiedzieć, jednak mój entuzjazm nieco opadł, gdy zacząłem się budzić. Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy dziwne rzeczy, które przydarzyły nam się w snach, nie mają tej samej mocy, co te, które miały miejsce w rzeczywistości. Czy fakt, że znalazłem w gazecie tamto nietypowe ogłoszenie, a później wsiadłem do samochodu z jakimiś wietnamczykami, pojechałem na niezwykłą imprezę i jeszcze się na niej odnalazłem i dobrze bawiłem, nie powinien być tak samo wartą opowiedzenia dalej anegdotą, bez względu na to, czy miał miejsce w śnie, czy w świecie rzeczywistym? Wtedy, będąc w połowie w jednym, a w połowie w drugim świecie, nie byłem jeszcze w stanie odpowiedzieć z całkowitą pewnością na tak postawione pytanie. Myślę, że teraz odpowiedziałbym na nie tak samo jak Wy.
Śniło mi się ukryte pod ziemią niewielkie pomieszczenie, w którym co jakiś czas spotykała się pewna specyficzna grupa ludzi. Byłem jednym z nich. Te słowa zapisałem o godzinie 02:40 w nocy, czując, że koncepcja tego pomieszczenia jest rewelacyjna. Byłem pewien, że dzięki temu pierwszemu zdaniu, o poranku wnet załapię całość i płynnie oraz z pełnym zrozumieniem dokończę opis owej sytuacji ze snu, lecz zamiast tego kończę go z pewną dezorientacją i przepełniony pytaniami. Tak więc to niewielkie pomieszczenie ze snu miało lustrzane ściany oraz wypełnione było pewną liczbą identycznych sześcianów o lustrzanej powierzchni, które były poustawiane jeden na drugim na różne sposoby, a także wystawały ze ścian. Gdzieś pośród tych sześcianów siedzieli członkowie owej tajemniczej grupy ludzi. Przychodzili tutaj regularnie – zawsze te same osoby, a każda z nich miała w sobie coś ciekawego. Być może mieli interesujące twarze, a może ważne było to, kim są. Siadaliśmy wszyscy w tym niewielkim pomieszczeniu, jedni wyżej, drudzy niżej, poukrywani w zaułkach i powtykani ciasno pomiędzy lustrzane sześciany obserwowaliśmy nawzajem swoje twarze, patrząc na nie z przodu, z boku i pod różnymi kątami, nie wiedząc, które z nich są prawdziwe, a które są iluzją lustrzanego pomieszczenia. W pomieszczeniu wszystko można było zmieniać, ponieważ lustrzane sześciany dało się swobodnie rearanżować – można było wsuwać je w ściany, wyciągać, przesuwać. Całe pomieszczenie było mechanicznym układem lustrzanych powierzchni, których przemieszczanie sprawiało, że nasze twarze znikały z jednych i pojawiały się w coraz to nowych miejscach, a orientacja w owym niewielkim pomieszczeniu pełnym ciekawych ludzi stawała się jeszcze trudniejsza. Raz na jakiś czas, pośród tych wszystkich twarzy, lustrzanych powierzchni i krawędzi sześcianów, można było natknąć się na własną twarz. Uczestniczenie w tym wszystkim było doświadczeniem prawdziwie magicznym.