Archiwa

Fad

W lutym 1945 grupa meżczyzn przedostała się tunelami grzewczymi do żeńskiego akademika Augustana College w stanie Illinois. To studenci, którzy po chwili otworzyli drzwi, umożliwiając tym samym wejście do środka około 250 innym, którzy następnie rzucili się, by rozpocząć pierwszą odsłonę czegoś, co zostało nazwane „panty raid” i wkrótce stało się prawdziwym fenomenem przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Akcja polegała na błyskawicznym splądrowaniu akademika w poszukiwaniu jak największej liczby sztuk kobiecej bielizny. Chaos, dezorientacja, absurd. Na tego typu intensywne lecz krótkotrwałe fenomeny amerykanie mają słowo „fad”. Takim „fadem” naszych czasów były niewątpliwie flash moby i eksplozja ich popularności w roku 2003, a następnie stopniowe tej popularności wygaszanie w roku 2004 i kolejnych. Jest coś fascynującego w spojrzeniu wstecz i dostrzeżeniu magii tych często już zapomnianych krótkotrwałych fenomenów sprzed lat. Tyle razy w historii ludzie czuli tę niezwykłą więź i poczucie przynależności do czegoś jedynego w swoim rodzaju. W latach trzydziestych pewien student kandydujący w uczelnianych wyborach postanowił dla przykucia uwagi połknąć złotą rybkę. Wkrótce połykanie rybek rozprzestrzeniło się także na inne uniwersytety. Zjawisko tak szalone, że może wydawać się nierealne, a jednak stało się faktem, o którym nawet można było poczytać w ówczesnych numerach Timesa. W latach pięćdziesiątych „fadem” było wchodzenie ogromnymi grupami do budek telefonicznych. Wiele miast, wiele państw i wszędzie tłumy ludzi próbujące zmieścić się w niewielkich budkach. Jakiś czas później „phonebooth stuffing” wyszło z mody, a popularność zaczęło zdobywać hunkerin’, czyli specyficzne siadanie w przykucnięciu. Ludzie siadali tak na ulicach, w domach, na dachach samochodów, w budkach telefonicznych i wszędzie, gdzie się dało. Uprawiali hunkerin’ samemu albo w grupach, czytając lub rozmawiając, spotykając się ze znajomymi, albo poznając nowe osoby… Każde pokolenie, każda dekada i każdy odpowiednio długi przedział czasu ma swój fenomen. Raz na jakiś czas ludzi zaczyna fascynować coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się absurdalne, ale jest niezwykle cenne, ponieważ jednoczy i daje radość. Wszystko jedno, czy jest to hunkerin’, czy są to flash moby.

Książka na półce, gra planszowa oraz spot

Dziś w końcu udało mi się zobaczyć na własne oczy „Kod…” na półkach Empiku. Miało to miejsce w salonie w Arkadii. Kilka minut później w mojej głowie pojawił się pomysł na pewną grę planszową i zapaliłem się do jego realizacji do tego stopnia, że nie byłem w stanie przestać o nim myśleć. Spędziłem dłuższy czas przechadzając się po galerii handlowej i rozwijając ten pomysł na iPadzie. To niewiarygodne, jak wiele można zrobić, gdy człowiek złapie na coś fazę, a tak niewątpliwie było w tym przypadku. Jeszcze tego samego wieczora pierwsza wersja gry była gotowa. Przygotowałem wszystko na komputerze, wydrukowałem, powycinałem, spotkałem się z kilkoma osobami w Karmie i przystąpiliśmy do testów. Plan był taki, żeby trochę się pobawić i doszlifować grę. Jutro kolejne spotkanie i kolejna rozgrywka. Testowanie, modyfikowanie i dopracowywanie są tutaj bardzo ważne. Po powrocie do domu sprawdziłem maila i znalazłem wiadomość z Radia Kampus. Był w nim plik ze spotem promującym książkę do przesłuchania i akceptacji. Już niebawem zacznie być emitowany na antenie, a tymczasem tutaj możecie przesłuchać go przedpremierowo.


Dni relaksu

Prace nad książką dobiegły końca i nastał czas relaksu. Najpierw Open’er, później kemping na półwyspie helskim, a teraz dni spędzane na mieście. Trochę chilloutu albo lekkiej pracy w Karmie, a wieczorem Plan B albo PKP Powiśle. Jest w tych dniach coś z tak tu przeze mnie wychwalanego sierpnia 2009. Teraz esencją moich dni jest relaks i niezobowiązująca praca to przy jednym, to przy drugim pomyśle. Nie wydaje mi się, żeby w najbliższym czasie na moim blogu pojawiało się tyle wpisów, co w ostatnich miesiącach. Nastał czas odpoczynku.