Archiwa

Ostatnie przygotowania

Nawet sobie nie wyobrażacie, jak trudno jest zdobyć jednorazowego grilla, choć jeszcze jakiś czas temu widziałem je w tylu miejscach. Zaczynam podejrzewać, że może mieć to związek z porą roku i faktem, że grillowanie w Sylwestra nie jest najpopularniejszą rozrywką Polaków. Po cichu liczę też na to, że równie mało popularne jest spędzanie nocy na wysypisku śmieci, więc są szanse, że nie będzie tam tłumów ani stania w kolejkach.
Oczywiście bardzo chętnie wbiłbym w górę śmieci kilka pochodni, co by dodać uroczystości dodatkowego klimatu, ale nie chciałbym, żeby ogień nas zdradził, a ochrona wysypiska nas z niego wyprosiła. Tak więc pochodni nie będzie. Nie będzie też maski weneckiej, której zakup przez chwilę rozważałem, ale oburzyła mnie skandaliczna jak za taki kawałek plastiku cena 25 zł i nie chodzi tylko o to, że wolę tę kasę przeznaczyć na inne rzeczy, ale także o fakt, że czułbym się bardzo wycyckany kupując coś takiego za taką cenę. Innymi słowy, nawet jeśli znalazłbym taką sumę na chodniku, to wolałbym ją wydać na striptiz tresowanych jamników (który – muszę to podkreślić – nie sprawia mi przyjemności), niż na nieadekwatnie wycenioną maskę, bo później za każdym razem, gdy o poranku patrzyłbym w lustro, mając ją akurat na twarzy, przypominałbym sobie, jakim to musiałem być frajerem, żeby przeznaczyć tę kasę na coś takiego.
Tak więc migoczących pochodni wbitych w góry śmieci oraz weneckiej maski na tle księżyca nie będzie. Ale dobrze, że już o tym księżycu wspominam, bo mamy dziś nie tylko pełnię, ale także częściowe zaćmienie, tak więc będzie astromagicznie. Może być też praktycznie, bo każdy z zaproszonych gości może zabrać ze sobą swoją prywatną torbę ze śmieciami i przy okazji ją tam wywalić, jeśli tylko ma na to ochotę. Takie łączenie przyjemnego z pożytecznym (czyli imprezowania z wyrzucaniem śmieci, a nie odwrotnie).
Goście przybędą ze wszystkich stron miasta, a być może także spoza niego, gdyż spontaniczny przyjazd na naszego grilla rozważa też pewien człowiek ze Śląska, którego jeszcze nigdy na oczy nie widziałem, ale wiem, że czytuje mojego bloga i właśnie na nim znalazł informację o tym wydarzeniu. To niewiarygodne, że impreza wymyślona i zapowiedziana na dzień przed Sylwestrem, jest w stanie spotkać się z takim zainteresowaniem. Są maile, komentarze i wiadomości na Facebooku, a także telefony i smsy. Wiele osób informuje, że nie przyjdzie ze względu na inne plany, ale wyraża swoje głosy poparcia dla tego pomysłu. Inni doceniają absurdalność przedsięwzięcia, jednak dają do zrozumienia, że mimo wszystko wolą trzymać się z dala od niego. Przykładowy cytat z maila: „Długo nad tym pomysłem dumałeś? :D Jest jak z koszmaru. :D Lubisz koszmary?”. Na co odpowiadam: „Lubisz grilla? To wpadaj. :D”. A po chwili dostaję odpowiedź: „Nawet gdybym miała siedzieć sama i przymulać przed TV, poważnie bym się zastanawiała czy mróz i wysypisko jest przyjemniejszą opcją. :P :P :P A ja baaaardzo nie lubię siedzieć sama przed TV. :))) No nic, mam już plany sylwestrowe, więc tym razem się nie skuszę, ale kto wie, może za rok. :P”. Nie ukrywam, że traktuję tę odmowę jako komplement, choć nigdy nie chciałem być kontrowersyjny jak Madonna. A skoro już o muzyce mowa, to wbrew pozorom nie będziemy tam słuchać trash metalu.
Z braku grilla jednorazowego, zdecydowałem się kupić wielorazowy, ale taki najtańszy. Pani siedząca przy kasie sklepu z materiałami budowlanymi, dekoracyjnymi oraz akcesoriami ogrodowymi spojrzała na mojego grilla i powiedziała: „Boże, jak jest zimno”. Tak, mam świadomość tego, że 31 grudnia nie jest to najczęściej wybierany produkt. Pani zapytała się, gdzie to będzie, więc odpowiedziałem, że na dworze. W sumie to prawda, bo przecież nie w mieszkaniu. Chciałem jej oszczędzić szczegółów związanych z wysypiskiem śmieci. Czułem, że to i tak jest dla niej już całkiem sporo.
Swoją drogą hipermarkety w ostatni dzień roku to całkiem ciekawy widok. Tłumy ludzi kupujących szampana i sztuczne ognie. Pchałem swój wózek przez alejki Auchan, a tam co chwila jakieś korki, ludzie i ich wózki porozrzucane chaotycznie w alejkach. Po prostu nie da się przejechać bez ciągłej jazdy slalomem. Właśnie wtedy przypadkowo odkryłem metodę, która jest naprawdę skuteczna. Wystarczy pchać wózek bardzo mocno i przesuwać się do przodu z wyraźnie większą prędkością niż inni. Do tego należy patrzeć się beztrosko w sufit (ukradkiem zerkając przed siebie, żeby na kogoś nie wpaść) i unikać spojrzeń innych ludzi. Sprawiamy wtedy wrażenie kogoś, kto nie za bardzo przejmuje się tym, że kogoś rozjedzie albo w coś przywali. To pomaga i wszyscy albo się rozstępują, albo nie wpychają się pod nogi. Być może moja metoda jest mniej skuteczna niż przemierzanie sklepu w splamionym krwią białym stroju, metalowej masce na twarzy i z piłą mechaniczną w ręku (nawet, jeśli owa piła jest wyłączona), ale na pewno jest to sposób cieszący się większą aprobatą społeczną. Rzeczą lubianą przez ludzi są też wszelkie promocje, a narodzin jednej z nich byłem świadkiem, gdy nagle z radiowęzła rozległ się komunikat: „Przez najbliższe 20 minut rabat na wszystkie półbuty męskie”. Zaobserwowałem wtedy przyspieszone przemieszczanie się osobników męskich (w mniejszym lub większym stopniu męskich) w poszukiwaniu właściwej alejki. Jako osoba zaznajomiona z podstawami fizjologii i etologii, pozwolę sobie ochrzcić to zjawisko mianem promotaksji. Na własne oczy widziałem, jak biegali pomiędzy półkami. Z pewnej odległości wyglądało to dosyć komicznie i być może było nawet bardziej zabawne od telefonów, które jakiś desperat wykonywał dzień wcześniej do różnych sklepów, pytając o jednorazowe grille.
Jest jeszcze kwestia drinka. Zaanonsowałem go jako „Uroki wysypiska” i rzeczywiście nie jest on fikcją, tylko faktem w płynie. Zaprojektowałem nawet specjalną etykietę (w stylu etykiety zastępczej), która zostanie przyklejona na butelkę. Drink charakteryzuje się bukietem smaków specjalnie dobranym na potrzeby tego wydarzenia. Jego estetyka nawiązuje do konwencji wysypiska, gdzie wszystko – piękne i brzydkie, drogie i tanie, znane i nieznane – ląduje dokładnie w tym samym miejscu i staje się semantyczną jednością pod postacią śmiecia. Te wszystkie desygnaty! Bezkresne pole tak różnych obiektów, a jednak sprowadzonych do tego samego. Patrząc w rozświetlone pełnią księżyca niebo, otoczeni górami tego, co już było, w zadumie poprawiając krawaty i czekając, aż grill się rozpali, możemy pić tylko jedną, jedyną rzecz – „Uroki wysypiska”, czyli zniekształconą i sprowadzoną do poziomu śmiecia wersję czegoś eleganckiego. Drink stworzony na podstawie Mimozy, pierwotnie serwowanej w 1925 roku w hotelu Ritz w Paryżu, mieszanki szampana z sokiem z pomarańczy, wzbogacony został o wszystkie te niepotrzebne składniki, takie jak odrobina whisky, kilka kropel wódki, wyciskany sok z cytryny, odrobina cukru – wszystko oczywiście w rozsądnych proporcjach, tak, żeby oryginalny trunek był wciąż rozpoznawalny, lecz nieco skażony atmosferą składowiska odpadów. Niech ci, którzy dotrą na „Trash the Old Year Party”, rozkoszują się nim, kontemplując niebo rozświetlone gwiazdami i sztucznymi ogniami, a później niosą wieść o tym niezwykłym trunku w świat i niech stanie się on symbolem wszystkich śmietników, wysypisk odpadów komunalnych, wylewisk odpadów ciekłych, a także zwałowisk mas ziemnych.

P

Miałem problem z literą P. Nie chciała się pojawić na ekranie. Po prostu klawisz nie chciał chodzić tak, jak powinien. Wielokrotnie naciskałem literę O, żeby zobaczyć, czy jakieś śmieci nie zebrały się pod P, ale niczego niezwykłego tam nie widziałem, tylko drobiazgi, takie, jakie tkwią w klawiaturze każdego normalnego człowieka. Jeśli uważasz, że twoja jest krystalicznie czysta, to lepiej spójrz na nią już teraz i zajrzyj sobie w te przerwy między klawiszami. W każdym razie za namową kumpla zdecydowałem się usunąć klawisz z literą P i zobaczyć, co takiego się tam dzieje.
Robiłem to z lekką niepewnością, ponieważ nie chciałem czegoś popsuć. Z normalnych klawiatur wyciągałem przyciski już wiele razy, miałem w tym wprawę, lubiłem to, ale nie do tego stopnia, żeby robić to dla relaksu. Z kolei takie klawiatury laptopowe to zupełnie inna bajka. Filigranowe guziczki na cieniutkich blaszkach wydają się być tak delikatne, że gdy rozważam majstrowanie przy nich, od razu przypominam sobie, dlaczego moim życiowym powołaniem nie jest opieka nad noworodkami. Jeśli nie przemawia do was to porównanie, to zastanówcie się, z jakiego powodu nie przelewam kwasu z probówek do probówek nad twarzami pięknych modelek, choć gdybym chciał, to przecież bym mógł, ale szybko bym tego pożałował, a one tym bardziej. A jeśli nie jesteście wrażliwi na zapach kwasu wyżerającego tkankę, to już nie mam dla was innej metafory, więc w takim wypadku pogadajcie sobie z kimś, kto wam wytłumaczy, o co mi chodzi.
W każdym razie wyjąłem literę P, ale nie znalazłem pod nią niczego niezwykłego. Tyle samo włosów co pod innymi. Żadnej rozumnej cywilizacji. Kumpel stwierdził, że gdy on czyścił swoją, to wszystko, co się tam nazbierało przez 2 lata prawie go zaatakowało. Pogrzebałem trochę pęsetą (dobrze mieć scyzoryk!), wyjąłem wszystko i wywaliłem, a klawisz nadal nie chciał chodzić płynnie. Dopiero wtedy dostrzegłem, że w mechanizmie, który znajdował się pod przyciskiem utknął jakiś drobny obiekt w kolorze piaskowym. Był bardzo twardy i nie dało się go wyjąć zbyt łatwo, ale w końcu się udało. Postanowiłem przyjrzeć mu się bliżej, ale jedyne skojarzenia, jakie przychodziły mi do głowy to kawałek łupiny orzecha albo jakiś mały kamyczek, ale jedno i drugie wydawało się równie absurdalne i niemożliwe, bo niczego takiego nie miałem wokół siebie.
Dopiero po chwili dotarło do mnie z czym mam do czynienia. Było to coś, co rzeczywiście mogło się tam znaleźć, ponieważ gdy wczoraj grzebałem na półce, kilka rzeczy mi się przy tym rozsypało, a jedna z nich najwyraźniej upadła na klawiaturę komputera.
Był to kamień z Morza Martwego.

Trash the Old Year Party

W ramach corocznej dziwnej opcji sylwestrowej, 31 grudnia 2009 zapraszam na grillowanie na górce będącej pozostałością po wysypisku śmieci. Spotykamy się o godzinie 22:30 na stacji metra Marymont, a później razem ruszamy na wyprawę na górę, z której będziemy mogli podziwiać fajerwerkowo-noworoczną panoramę Warszawy (oraz budynek wciąż czynnej spalarni śmieci). Zapewniam jednorazowego grilla oraz pewną ilość maseczek przeciwpyłowych, co by się przyjemniej jadło. Drinki oraz jedzenie we własnym zakresie. Impreza otwarta, zapraszam, kontakt ze mną. Stroje wieczorowe nie są wymagane, ale dla każdej osoby, która będzie miała na sobie krawat, welcome drink „Uroki wysypiska” gratis (i to nie jest żart). RSVP.