Archiwa

Nazwisko podobne do pani architekt

Zahaa Hadzid chyba nie był dobrym człowiekiem. Ten arabskiego pochodzenia kierowca autobusu miał czarne wąsy i był dosyć gruby. Wiózł nas przez ulice odległego miasta, gdzie wszystko wokół było koloru piaskowego. Zahaa Hadzid swoją nieuprzejmością denerwował mnie do tego stopnia, że naprawdę chciałem, żeby coś mu się stało. Gdy pojazd się zatrzymał, po raz kolejny spojrzałem na niego złowrogo. Patrzyłem, jak wysiada z tego swojego rozsypującego się autobusu, podczas gdy ja zostałem w środku. Naprawdę, byłoby świetnie, gdyby coś mu się teraz stało. Byłaby to idealna nauczka, o której mógłbym opowiadać innym takim jak on. Słuchaliby tej historii i traktowali ją jako przestrogę, uspokajając się i przestając zachowywać się jak Zahaa Hadzid. Naprawdę, nie miałem dla tego człowieka litości. Wkrótce po tym jak Zahaa Hadzid wysiadł z autobusu usłyszałem jakieś szepty i krzyki. Wyszedłem i zobaczyłem, że kierowca leży na skraju chodnika i ulicy, a inni Arabowie po prostu go mijają, nie zatrzymując się nawet na chwilę. Podszedłem bliżej, chciałem zatrzymać jakiegoś przechodnia, ale mówili, że i tak już nic nie można zrobić. Zahaa Hadzid rzeczywiście nie żył. Dopiero wtedy zrozumiałem, jak złe było to, czego mu życzyłem. Ten denerwujący kierowca autobusu, drobny oszust i materialista, już nigdy nie zrobi użytku z tego wszystkiego, co tak usilnie wyrywał ludziom. I choć Zahaa Hadzid chyba nie był dobrym człowiekiem, a ja zyskałem właśnie najsilniejszy argument w formie idealnej nauczki, to jednak nie miałem sumienia użyć tej wymarzonej mocnej karty przeciw innym takim jak on. Gdy się obudziłem, Zahaa Hadzid nie wydawał mi się już takim złym człowiekiem.

Problem z rurą

Wczoraj urwała mi się rura. Taka do wieszania ubrań. Nie miałem już czasu nic z tym zrobić, tylko wybiegłem z mieszkania, bo gdzieś się spieszyłem, a jako, że nie spałem tamtej nocy u siebie, to miałem okazję zająć się tym wszystkim dopiero dziś popołudniu. Rura najwyraźniej urwała się z przeciążenia. Pomogłem jej w tym trącając ją ręką. Nieco wyżej wisi druga, identyczna, obciążona znacznie mniejszą liczbą ubrań, więc miałem porównanie i mogłem dostrzec, że ta dolna nie przypomina linii prostej, tylko jakąś nieźle wygiętą… rurę. Wykręciłem zaczep ze ściany, nałożyłem go na urwany sprzęt i zainstalowałem wszystko ponownie. Trzymało się całkiem nieźle. Zacząłem wieszać kolejne koszule i spodnie, przy okazji sortując to wszystko co nieco, przewieszając pewne rzeczy z dołu na górę i z góry na dół. Spodnie obok spodni, koszule z długimi rękawami obok koszul z długimi rękawami, a te z krótkimi obok sobie podobnych. Specjalne miejsce na marynarki, a także na rozmaite dziwne stroje (od oryginalnego japońskiego kimona po biały fartuch zachlapany farbą). Ledwie zdążyłem zaczepić część ubrań, a już rura zerwała się ponownie. Uncool. Znowu wywaliłem wszystko na podłogę, ponownie przykręciłem rurę i zacząłem wieszanie ubrań od początku. Niesamowite było to, że pośród tych wszystkich rzeczy znajdowały się też takie, których kompletnie nie kojarzyłem, a co dopiero mówić o możliwości przypomnienia sobie, że miało się je kiedykolwiek na sobie. O dziwo wiele z nich pasowało na mnie wprost idealnie, choć znalazłem też takie, które były nieco za wąskie w klatce i miały nieco przykrótkie rękawy. Jednak najbardziej zadziwiające były w tym wszystkim liczby! Przedstawię je tutaj, ale od razu z góry uprzedzę, że są dla mnie tak samo zadziwiające i ogromne, jak prawdopodobnie będą dla Was. Nawet nie przypuszczałem, że przez te wszystkie lata człowiek był w stanie uzbierać tyle rzeczy! Osobną kwestią jest to, że niektóre z tych ubrań zakładam kilka razy w miesiącu, a innych nie miałem na sobie od lat (a są i takie, których kompletnie nie kojarzę, więc być może nigdy nie miałem ich na sobie). Nie pytajcie jak to możliwe i o co tutaj chodzi, bo nie wiem.
A teraz liczby (uwaga!):
- prawie 50 koszul (z długim i krótkim rękawem łącznie)
- około 30 par spodni (krótkich i długich)
- ponad 80 t-shirtów
WTF?

Wmurowanie środka dzielnicy Śródmieście

Trzeba było na to poczekać prawie półtora roku, ale w końcu nadszedł dzień wmurowania środka Śródmieścia. Wykonana z granitu okrągła płyta miała zostać umieszczona na swoim miejscu w piątkowy poranek dnia 27 listopada 2009. Dla mnie było to przede wszystkim zwieńczenie projektu „Ekspedycja do Środka Śródmieścia” z czerwca 2008, którego uczestnicy wyruszyli na poszukiwania tytułowego miejsca, a gdy już udało im się je odkryć, mogli zostawić po sobie ślad, wbijając tam chorągiewkę ze swoim imieniem i nazwiskiem. Wmurowanie rozpoczęło się od krótkiego przemówienia burmistrza Śródmieścia. Wokół zgromadziła się grupka dziennikarzy oraz innych zainteresowanych. Gdy dotarłem na miejsce uroczystość już trwała, więc możliwie dyskretnie zająłem swoje miejsce obok organizatorów. Jako drugi głos zabrał znawca Warszawy, pan Jerzy S. Majewski. W końcu nadszedł czas na kilka słów ode mnie, więc opowiedziałem o grze i zaprezentowałem zgromadzonym kartę gry, na której znajdowała się mapa oraz instrukcje dla graczy. Po kilku minutach burmistrz złożył podpis na liście, który miał zostać ukryty pod płytą. Następnie ja zrobiłem to samo, a później także pozostali uczestnicy. Plastikowa teczka z listem, do której spontanicznie dołożyłem także egzemplarz karty gry, została umieszczony w otworze, a następnie przykryta kawałkiem metalu, na którym ułożono granitową płytę. Za pomocą kompasu została ona zorientowana w taki sposób, żeby wskazywać kierunki świata. Przy okazji okazało się, że w tamtym miejscu najwyraźniej panuje jakaś zadziwiająca anomalia magnetyczna, gdyż kompas kilka razy pokazywał odmienne wskazania. Trochę zdjęć, garść wypowiedzi wyłapanych przez radiowe mikrofony, krótkie wejście na żywo w telewizji – moment wmurowania został zauważony przez media. Po kilkudziesięciu minutach uroczystość dobiegła końca i po jej uczestnikach nie było już ani śladu. Ale na chodniku pozostał kawałek granitu, który od tej pory będzie wskazywał wszystkim, gdzie znajduje się środek dzielnicy Śródmieście.