Archiwa

Guangzhou

Promenada Gwiazd spodobala mi sie bardziej niz podejrzewalem! Spedzilem tam sporo czasu, podziwiajac piekna panorame Hong Kongu, spacerujac i ogladajac wmurowane plyty upamietniajace rozmaite gwiazdy chinskiej kinematografii. Wiekszosc nazwisk niewiele mi mowila, ale bylo tez kilka takich, ktore bylem w stanie rozpoznac. Promenada Gwiazd ma postac biegnacej posrod wody alejki, ktora laczy dwa fragmenty Tsim Sha Tsui. Na jednym jej krancu znajduje sie pomnik postaci owinietej w tasme filmowa i trzymajacej w reku kule, a w trakcie spaceru w kierunku drugiego konca, mozna natknac sie na rzezby przedstawiajace ekipe filmowa podczas pracy oraz pomnik Bruce’a Lee. Oczywiscie jest tez pelno gwiazd i odciskow dloni (choc te sa nie wszedzie), od Jet’a Li po Kim Ki Duka. Pogoda byla w sam raz, nie bylo ani za goraco ani zbyt chlodno. Czas spedzony na Promenadzie Gwiazd zlecial mi blyskawicznie i ani sie nie obejrzalem, a juz trzeba bylo jechac na dworzec Hung Hom.
Pociag do Guangzhou jechal okolo dwoch godzin. W srodku wygodne siedzenia ustawione jedne za drugim. Kazdy podrozny dostal butelke wody. Oczywiscie przed odjazdem odprawa celna. Opuszczenie terenu Hong Kongu wiaze sie z ponownym wjazdem do Chin i potrzebna jest wiza. Na stacji rozbroil mnie plakat ostrzegajacy przed przewozeniem zwierzat za granice. Na zdjeciu widac gruba kobiete z ogromna torba. Przed nia celnik, ktory trzyma za szyje jakiegos ptaka, unoszac go przed siebie i pokazujac kobiecie. Z ogromnej torby wystaja platy surowego miesa. To sie nazywa przerysowana sytuacja. Ja nie mam przy sobie zadnych zwierzat, wiec przekraczam granice z czystym sumieniem i znowu laduje w krainie zablokowanego Facebooka i YouTuba. W Guangzhou wysiadam na dworcu wschodnim, a moj kolejny pociag odjezdza z innej stacji, do ktorej musze przeprawic sie dwoma liniami metra. Tym razem trafiam na kontrole zwiazana ze swinska grypa. Oprocz zwyczajowych formularzy (deklaracja odnosnie stanu zdrowia), ktore trzeba wypelnic i oddac na linii kwarantanny, przechodze przed kamerami mierzacymi temperature ciala, a przy bramkach tuz przed odprawa paszportowa stoja panie w bialych kitlach i maseczkach, ktore po kolei zblizaja do czola kazdego z pasazerow specjalny pistolecik, dzieki ktoremu mierza temperature ciala. Jak ktos ma za wysoka, to trafia do kwarantanny. Moja najwyrazniej jest w normie, bo przechodze dalej.
Skoro juz jestem w Guangzhou, to postanawiam przy okazji cos tutaj zwiedzic i moj wybor pada na park Yuexiu, znajdujacy sie tylko jedna stacje metra przed ta, przy ktorej jest moj docelowy dworzec, ale zamiast tego laduje w innym parku, czyli w People’s Park, ktory zlokalizowany jest przy stacji metra Gongyuanqian, czyli tej, na ktorej powinienem przesiasc sie w druga linie. Metro tutaj jest o tyle ciekawe, ze nie uzywa sie tutaj biletow, tylko specjalnych zetonow. Poczatkowo, gdy kupilem sobie taki zeton, szukalem w bramce otworu, do ktorego moglbym go wrzucic, ale okazalo sie, ze w malym plastikowym pieniazku zalane jest jakies urzadzenie, ktore wystarczy zblizyc do czytnika i bramka sie otwiera. Natomiast przy opuszczaniu stacji zetonik nalezy rzeczywiscie wrzucic do otworu i dopiero wtedy mozemy wyjsc.
Park w ktorym wyladawalem okazal sie niesamowitym miejscem. Gdy do niego dotarlem, bylo juz po zmroku. To, co rzucilo mi sie w oczy na samym poczatku, to przeogromna liczba drzew palmowych i cale tlumy osob grajacych w tenisa. Parkowe alejki wypelnione sa ludzmi z rakietami, a w powietrzu lataja lotki, co nadaje temu miejscu unikalnego, surrealistycznego klimatu. Nieco dalej tlum ludzi zgromadzil sie wokol kobiet tanczacych z wachlarzami. Gra muzyka, gapie ogladaja to intrygujace widowisko, a gdzies w oddali fruwaja dziesiatki lotek. Park jest po brzegi wypelniony ludzmi. Tlumy osob tancza przy muzyce. Jedni sami, a inni w parach. W roznych miejscach daje sie slyszec inna muzyke, a widok dziesiatek osob zgromadzonych posrod palm i wykonujacych dokladnie te same ruchy jest wprost surrealistyczny. Nie da sie przejsc inaczej, jak pomiedzy tanczacymi parami i tenisistami. Wszechobecny pozytywny chaos. Totalny surrealizm. Wyglada to tak, jakby wszyscy sie tam czegos nacpali. Ludzie sie swietnie bawia. Tancza i sa usmiechnieci. Z ogromnym plecakiem na plecach i drugim mniejszym w reku, przeciskam sie pomiedzy roztanczonymi ludzmi. Sa wszedzie wokol mnie. Nieco dalej co chwila mijam grupy osob stojace w kregu i grajace w zoske. Posrod palm widac wiaty z charakterystycznymi, chinskimi dachami. Na koncu jednej ze sciezek piekny budynek otoczony kwiatami. Przy stolikach siedza ludzie grajacy w karty. Nad tym wszystkim lataja lotki, a wokol gra muzyka, ktorej rozne rodzaje mieszaja sie ze soba. Sciezki i placyki wypelnione ludzmi. Trudno uwierzyc, ze to wszystko dzieje sie naprawde.
Przedziwne miejsce, a tego surrealistycznego obrazu dopelniaja mlody Chinczyk i Chinka, ktorzy podchodza do mnie z pytaniem, czy moga zrobic sobie ze mna zdjecie. Oferuje swoj aparat i obiecuje przeslac fotke na maila.
W ostatniej chwili lapie swoj kolejny pociag. Czeka mnie okolo pietnastu godzin jazdy. Tym razem jest to hardsleeper, a ja mam srodkowe lozko. Trzeci rozdzial mojej wyprawy, jakim bylo Guangzhou dobiega konca, a ja kieruje sie na wyspe Hainan.

Spotkanie

Dzis od rana w Chungking Mansions aresztowania. Gdy wychodzilem, widzialem jak policja wyprowadzala kilku kolesi. Dzien spezdilem spacerujac po miescie i odwiedzajac rozmaite miejsca, a gdy wrocilem wieczorem do hostelu, bylo tam jeszcze barwniej. To miejsce jest naprawde nie do podrobienia. Nazywam je budynkiem rodem z cyberpunku, ale bez cyberpunku. Waskie korytarze, dziwne postacie, atmosfera zagrozenia i lewych interesow. Z rak do rak przechodza szeleszczace, brudne pieniadze. Zapach potraw miesza sie ze smrodem przesiaknietego brudem budynku. Przyklejona w windzie karteczka informujaca, ze panel z przyciskami dezynfekowany jest co dwie godziny jakos nie dodaje optymizmu. Za oknami tylko beton, inne okna, rury od klimatyzacji i ubrania suszace sie na pretach. W budynku mieszanka kultur i narodowosci. Caly ogromny blok przerobiony na watpliwej jakosci noclegownie. Mozna sie zgubic w gaszczu klatek schodowych, wind, ktore jada tylko do niektorych sekcji, zaulkow bez okien i napisow z nazwami poszczegolnych miejsc, ktore wyskrobane sa na scianach albo powyklejane na brudnych kasetonach.
Dzis wieczorem, poza zwyczajowym widokiem, ktory automatycznie sprawia, ze czlowiek zaczyna uwaznie rozgladac sie wokol siebie, czeka mnie tam cos jeszcze. Glowne wejscie obstawione jest przez policje. Widze jak wyprowadzaja kolejne osoby. Jeden z aresztowanych probuje gdzies zadzwonic za pomoca komorki, ale w pore mu przerywaja. Na parterze ogolny poploch. Wszystkie windy i schody obstawione. Posrod znajdujacych sie na parterze sklepikow i straganow przechadzaja sie kolejne patrole. Kazdy, kto chce wyjsc z budynku jest sprawdzany – musi pokazac paszport.
Niechcacy wsiadam do zlej windy i wysiadam w zlej sekcji. Ide do klatki schodowej i na slepo pedze labiryntem betonowych korytarzy. Zastanawiam sie, czy uda mi sie znalezc jakies nieobstawione wejscie. Trafiam na pierwsze pietro i okazuje sie, ze nia ma tam hosteli, jest za to jeszcze wiecej straganow, jednak wszystkie sa pozamykane. Znajduje jakies waskie schody i schodze na parter, ale tam natrafiam na dwoch mundurowych, ktorzy prosza mnie o jakis dokument tozsamosci. Udaje, ze jestem zaskoczony, pokazuje im paszport i zaczynam sie dopytywac, co tutaj sie dzieje. W odpowiedzi slysze, ze trwa jakas operacja. Panowie po obejrzeniu paszportu przepuszczaja mnie dalej. Tym razem znajduje wlasciwa winde, mijam patrol, ktorego najwyrazniej nie interesuje sprawdzanie osob wchodzacych do budynku, a tylko z niego wychodzacych i jade na siodme pietro. Tam slysze, jak dwie pracownice hostelu mowia cos o policji. Otwieram drzwi do swojego pokoju i przepakowuje sie. W miedzyczasie kilku policjantow wchodzi takze do mojego segmentu i zaczynaja wszystkich sprawdzac. Tym razem przystawiaja mi do reki czerwona pieczatke, dzieki czemu nie bede musial pokazywac paszportu ponownie, gdy znowu natkne sie na jakis punkt kontrolny. Spisuja narodowosc, imie, nazwisko i numer paszportu. Zamykam pokoj i wychodze. Na korytarzu, w ktorym lacza sie drogi prowadzace do roznych hosteli znajdujacych sie w danym segmencie, napotykam jeszcze wiecej mundurowych. Policjantow i policjantek jest tutaj tak duzo, ze nawet nie jestem w stanie ich wszystkich policzyc. Stoja, chodza, sprawdzaja ludzi. Gdy ide do windy mija mnie kolejna grupa. W srodku spotykam goscia, ktory tlumaczy mi, ze to rutynowe kontrole, ktore robia tutaj dwa razy do roku, zeby zatrzymac wszystkie osoby, ktore nie maja prawa pobytu w Hong Kongu. Jade winda na dol, a tam kolejny posterunek, ten sam ktory mijalem w drodze na gore, jednak tym razem juz sa mna zainteresowani. Daje im paszport i pokazuje pieczatke, wiec przepuszczaja mnie dalej. Wychodze na zewnatrz i patrze na to wszystko jeszcze przez chwile, po czym ide w miasto.
Z Pui Yi spotykam sie na stacji Mong Kong. Bylem tam juz wiele razy tego dnia. Obserwowalem ludzi, swiatla, neony, sklepy, restauracje i mieszkancow Hong Kongu, grajacych o pieniadze w gre, nazywana chinskimi szachami. Wokol jest pelno kolorowych uliczek, na ktorych spedzilem prawie caly dzien.
Idziemy w strone jakiegos niepozornego zaulka, w ktorym znajduje sie wejscie do niewielkiej, klimatycznej francuskiej kawiarni. Moja nowopoznana znajoma mowi mi, ze sporo jest tutaj takich malych kawiarenek na pietrze. Jest wpol do pierwszej w nocy. Pui Yi przeglada razem ze mna menu i rekomenduje mi herbate jasminowa, a sama zamawia rozana na zimno. Rozmawiamy o roznych rzeczach. Moja rozmowczyni jest zdziwiona, ze mam tylko dwadziescia cztery lata. Dochodze do wniosku, ze chyba czas sie ogolic, bo zarost mnie postarza. Pui Yi ma dwadziescia lat, studiuje kierunek zwiazany z PRem i swietnie tanczy – pokazala mi nagrania z konkursu, w ktorym startowala. Robimy zdjecia, wymieniamy sie informacjami dotyczacymi naszego zycia, a ja przy okazji probuje zglebic tajniki Chinskiej pisowni, probujac podrobic znaczki, ktore Chinka zapisala mi na kartce. Pierwszy ciag symboli oznacza curry, kolejny symbol to ryba, a ostatni to jajko. Calosc oznacza rybia kulke z curry, czyli lokalna potrawe, ktorej ponoc powinienem sprobowac. Zauwazylem, ze zarowno w symbolu ryby jak i symbolu curry znajduje sie podobny element, przypominajacy kwadrat z wpisanym w niego plusem. Przerysowuje ten znaczek i pytam sie, czy to bedzie cos symbolizowac i okazuje sie, ze oznacza to ziemie. Ta potrawa to nie jedyna rekomendacja, jaka dostalem od Pui Yi. Ponoc warto zobaczyc promenade gwiazd, ktora znajduje sie na Tsim Sha Tsui. Nie mam daleko, wiec sprobuje sie tam przejsc nastepnego dnia. Na pamiatke dostaje banknot dziesieciodolarowy. To z pewnoscia jeden z najbardziej niesamowitych banknotow, jakie kiedykolwiek widzialem. Wykonany jest z cienkiego plastiku, jest bajecznie kolorowy, a pewien jego fragment jest calkowicie przezroczysty. Pui Yi zauwaza, ze numer seryjny EQ244544 wyglada ciekawie, ale po chwili stwierdza, ze ciekawie to jedyne odpowiednie slowo w tej sytuacji, bo raczej nie mozna nazwac tego numeru szczesliwym, poniewaz „4″ nie jest tutaj szczesliwa liczba, gdyz brzmi podobnie jak chinskie slowo oznaczjace smierc. Szczesliwa liczba jest „6″, a zwiazane jest to z pewnymi zyczeniami, w ktorych zyczy sie komus wiele szczescia. Minela godzina pierwsza i jest juz po wpol do drugiej. Kelnerka mowi cos po chinsku i okazuje sie, ze juz beda zamykac. Siedzimy jeszcze troche, a jakis czas pozniej opuszczamy kawiarnie. Metro juz nie jezdzi, wiec decyduje sie wrocic taksowka. Pui Yi pomaga mi dogadac sie z taksowkarzem, po czym sie rozstajemy.
To bylo sympatyczne spotkanie.

Sheung Wan, Central & Admirality

Tempo zycia na ulicach Hong Kongu jest niesamowite. Nawet ja, milosnik pulsujacych zyciem miast czuje sie w tym wszystkim nieco przytloczony, ale to pewnie nie ze wzgledu na sama mnogosc bodzcow, tylko ze wzgledu na nagabywaczy, ktorzy co chwila probuja sprzedac mi nocleg, masaz albo zegarki. W Tokio tego nie bylo. Na szczescie z czasem czlowiek jest w stanie wyksztalcic w sobie odpowiednie nawyki – nauczylem sie nie odwracac wzroku w strone rozmowcy ani nie zwalniac kroku. Rzucam przy tym szybkie „no, no” albo po prostu nieznacznie krece glowa i juz zaczynam sprawiac wrazenie kogos, kto zyje w tym miescie odpowiednio dlugo, zeby nie warto bylo nekac go tego typu ofertami. Nie wygladanie na turyste to podstawa. Duzy plecak zwieksza prawdopodobienstwo zaczepienia, a siatka z codziennymi zakupami znacznie je zmniejsza.
Dzisiejszy dzien zaczal sie tam, gdzie skonczyl sie wczorajszy. Poszedlem spac krotko po intensywnych wojazach po ulicach miasta, a dzis przed poludniem zaraz po zerwaniu sie z lozka, ponownie rzucilem sie w miejski wir. Poszedlem na znajdujaca sie niedaleko Chungking Mansions przystan oznaczona na mapie jako Harbour City. Tam zapoznalem sie z oferta Hong Kong Tourist Board, czyli swietnej organizacji turystycznej ulatwiajacej poznawanie miasta. Po tych wszystkich dobrych slowach, ktore wyczytalem na temat HKTB w przewodniku, bylem praktycznie pewien, ze kupie u nich jakas tania wycieczke, dzieki ktorej zwiedze miasto, ale po zapoznaniu sie z kolorowymi folderami doszedlem do wniosku, ze skoro dzis i tak juz jest za pozno (ranna i poludniowa grupa wyruszyly), to przeciez moge zrobic to wszystko na wlasna reke i przy okazji zaoszczedzic troche dolarow. Moja decyzja okazala sie sluszna, bo nie zaluje tego, jak dalej rozwinal sie ten dzien. Poszedlem na pobliska przystan z ktorej odplywal jakis prom. Ze zdziwieniem odkrylem, ze moja karta Octopus, ktora sluzy mi do wchodzenia na stacje metra, dziala takze tutaj. Przeszedlem przez bramke, dotarlem do poczekalni, a po jakims czasie zobaczylem, ze wszycy kieruja sie w strone statku, ktory wlasnie przyplynal. Prom obslugiwany przez umundurowanych marynarzy przewiozl mnie na druga strone zatoki. Wyladowalem na jakiejs przystani, nie majac pewnosci, gdzie dokladnie jestem. Po szybkim rekonesansie zorientowalem sie, ze ten rejon Hong Kongu to Sheung Wan, Central & Admirality. Zwiedzilem jakis taras widokowy znajdujacy sie przy pobliskiej restauracji, pozniej znane luksusowe centrum handlowe IFC Mall (tutaj kolejne zdziwienie – za pomoca karty Octopus kupilem z automatu napoj w puszce) i poszedlem w glab miasta. Szedlem dziesiatkami stromych, waskich uliczek. Znikalem w jednych zakamarkach, a wychodzilem innymi. Troche kierowalem sie mapa, troche znakami informacyjnymi, ale w ogromnej czesci improwizowalem.
Zwiedzilem SoHo i cala mase niesamowitych ulic. W drodze ze swiatyni Man Mo natknalem sie na rzecz unikalna – ruchome schody. Co w nich dziwnego? Dlaczego sa tak wazne, ze az zdecydowano sie je wyszczegolnic na miejskich drogowskazach? Wszystko mialo wyjasnic sie juz za chwile. Gdy wszedlem na pierwsze ruchome schody juz wiedzialem w czym rzecz. Za mna i przede mna bylo widac kolejne. Wyladawalem na jakiejs psychodelicznej trasie skladajacej sie z ruchomych schodow, ktorym nie bylo konca. Za jednymi zaczynaly sie kolejne. Czasem trzeba bylo podejsc kilka krokow po plaskim, a innym razem po zejsciu z jednych, mozna bylo od razu wejsc na drugie. Nie mam pojecia ile ich bylo, ani jak dlugo sie ciagnely. Czasem na nich stalem, a czasem po nich szedlem, bezustannie krecac wideo, ktore trwalo blisko dziesiec minut, niech wiec to bedzie dla Was informacja, ktora w jakims stopniu pozwoli oszacowac, jak niesamowicie dlugi byl to odcinek.
Szedlem kolejnymi uliczkami mijajac mniej lub bardziej znane budynki. Przypadkiem dotarlem do ogromnego betonowego wiaduktu pod ktorym ciagnela sie betonowa alejka, przechodzaca tuz obok jakiegos kanalu odplywowego. Nie mam pojecia coz to takiego, ale znaki przestrzegaly przed naglymi powodziami. Z betonowej alejki plynnie przeszedlem do lokalnego ogrodu botanicznego i zoologicznego. W ZOO nie bylem chyba od lat! Zreszta trudno powiedziec, czy ten raz sie liczy, bo nie poszukiwalem konkretnych zwierzat, tylko szedlem sobie przez ogrod botaniczno-zoologiczny spacerkiem, podziwiajac przepiekna roslinnosc i cieszac sie ogolnym klimatem tego miejsca.
Wkrotce znowu wyszedlem na ulice Hong Kongu. Przeszedlem obok Katedry Sw. Jana, obejrzalem z zewnatrz park i udalem sie w strone dolnej stacji kolejki. Po drodze spotykalem rozne osoby. Nawet krotkie interakcje z ludzmi moga byc ciekawe – wystarczy poprosic o zrobienie zdjecia albo zaoferowac to samo. Przy kolejce kolejne zdziwienie – okazalo sie, ze moja karta Octopus dziala takze tam. Wjechalem na gore, pamietajac o radzie udzielonej mi przez pare z dziecmi, ktora spotkalem na ulicach Szanghaju (pan radzil, zeby w kolejce jadacej na Peak stanac po prawej stronie). Zastosowalem sie do tej sugestii w takim stopniu, w jakim bylo to mozliwe – nie bylo juz wolnych miejsc przy samym oknie, ale i tak usiadlem na jednej z law znajdujacych sie po prawej stronie, czy raczej „zajalem tam miejsce”, bo prawda jest taka, ze niewiele mialo to wspolnego z siedzeniem. Owszem, troche siedzialem, ale tez stalem i kleczalem, probujac zobaczyc jak najwiecej, a widoki byly niesamowite. Wtedy nie mialem jeszcze pojecia, co czeka mnie na szczycie, a widok z tarasu widokowego na samej gorze jest tym, co teraz nieodlacznie bedzie kojarzyc mi sie z Hong Kongiem.
Okazalo sie, ze na taras widokowy takze moge wejsc dzieki karcie Octopus. Ciekaw jestem, co jeszcze potrafi ta karta. Tak jak wspomnialem, widok z tarasu widokowego byl niesamowity. Rozswietlone tysiacami swiatel miasto wygladalo przepieknie. Az chcialo sie robic zdjecia i podziwiac. Sam nie wiem, ile spedzilem tam czasu.
W drodze powrotnej na dol zagadalem stojaca obok mnie Chinke. Jak to czesto w podrozy bywa, zaczelo sie od prosby o zdjecie. Pozniej okazalo sie, ze moja rozmowczyni ma na imie Pui Yi i pracuje na szczycie. Niestesty nie doslyszalem w ktorym ze sklepow. Pogadalismy troche o tym i owym, wymienilismy sie kontaktami i najpierw udalismy sie na pobliska stacje metra, a pozniej do Tsim Sha Tsui, bo okazalo sie, ze Pui Yi takze jechala w tamte okolice. Wstepnie ustawilismy sie na na browar na jutrzejszy wieczor. Ciekaw jestem, co wyjdzie z tego planowania, bo jak narazie spotkanie z amerykanami poznanym w pociagu sprowadzilo sie do wymiany kilku maili. Pozegnalem sie z Pui Yi i postanowilem pojsc spac.
To byl intensywny dzien.