Archiwa

Dwuznaczna historia

  Nazywał się *, stał w długim korytarzu budynku należącego do pewnej rządowej instytucji i plombował drzwi.

  Jest dentystą z trzydziestoletnim stażem, a więc człowiekiem bardzo spostrzegawczym, który z łatwością dostrzegł płomień majaczący po drugiej stronie dziurki od klucza.

  - Fascynujące – powiedział * unosząc klucz na wysokość oczu i dokładniej wpatrując się w wywiercony w nim otwór. – Naprawdę fascynujące. Gdy patrzę przed siebie nie widzę nic szczególnego, a gdy spoglądam w to samo miejsce poprzez kluczowy otwór, widzę tam płomień. Jak to możliwe? – ostatnie słowa wypowiedział do idącego właśnie korytarzem mężczyzny w garniturze, który nie zwalniając kroku rzekł te oto słowa cały czas trzymając się za niego kurczowo:

  - Nie mogę powiedzieć – powiedział.

  - Powiedz proszę.

  - Nie mogę powiedzieć. Przecież mówię. Nie naciskaj – powiedział i poszedł dalej. Dla niego ten korytarz był niezwykle fascynujący, bo nigdy jeszcze nie zaszedł tak daleko.

  - Nie naciskaj – krzyknął z oddali.

  * nacisnął klamkę i otworzył drzwi, wbiegł do pomieszczenia w którym odbywało się akurat jakieś zebranie, szybko uniósł klucz, a w oczach pojawił mu się płomień.

  Spojrzał na zebranych (bo zebranie miało postać taką, że jego uczestnicy podzielili się na dwie grupy i naprzemiennie raz zbierali, a raz byli zebranymi) i otworzył ogień.

  Dziwne, że klucz pasował, ale * ma silny charakter, nigdy nie mówi pass, więc odważnie wszedł do środka, zostawiając klucz na zewnątrz płomienia, a ogień zamknął się za nim.

  * zamknął się przed ogniem ponieważ był Szybszy.

  Nie było to jednak jego prawdziwe nazwisko, a jedynie fikcyjne, takie pod którym świadczył swoje usługi i które miał wydrukowane na wizytówkach, które rozdawał wszystkim naokoło, czyli każdemu kto nie był w środku, a wszystko z tej prostej przyczyny, że * znalazł się w środku właściwie po raz pierwszy, więc nie miał jeszcze okazji.

  Jego urodziny wypadają dopiero za kilka miesięcy, ale czuł gdzieś w środku (nie był jednak do końca pewien, gdzie dokładnie się znajduje), że będą naprawdę udane.

  Czasem trzeba udawać, że w mieszkaniu coś się dzieje, żeby sąsiedzi nie pomyśleli, że jest się Odludkiem, jednak nim także * nie był, tak samo jak nie był Szybszym. W każdym razie wracając do rzeczy… (zakładając oczywiście, że ogień jest rzeczą).

  Wewnątrz płomienia było gorąco, a * oddychał szybko, ponieważ miał bardzo mało czasu. Nie był jednak pewien, jak dużo dokładnie, nie liczył tego i było mu z tym bardzo dobrze, ponieważ szczęśliwi czasu nie liczą. Zresztą jeśli chodzi o te sprawy, to * już się kiedyś przeliczył i od tej pory może liczyć tylko na siebie, więc liczył.

  Raz, dwa, trzy…

  – Na co ty liczysz człowieku? – zapytał sam siebie i przestał. – W tym miejscu może być niebezpiecznie. Czas spadać.

  W tym momencie temperatura gwałtownie spadła. * zrobiło się chłodno, ponieważ, gdy schylał się po nią, to rozdarł sobie koszulę i trochę go przewiało.

  Na szczęście jednak przewiało go tylko o kilka metrów, więc do wyjścia nadal miał może nie niedaleko, ale w każdym razie zawsze mogło być dalej.

  * nie wiedział co będzie dalej, mógł mieć tylko nadzieję, że nie zostanie tu na zawsze. Ale przecież ogień się zamknął za nim. Co robić?

  * nie był pewien co robić. Wiedział co prawda, że ma niebywałe zdolności analityczne, ale z drugiej strony ciągnęło go do syntezy, jednak tych po stronie analitycznej było więcej i prawie by go przeciągnęli, jednak po kilku metrach puścili, więc na wszelki wypadek (bo przecież takie wypadki mogły się powtórzyć w przyszłości), postanowił zasięgnąć porady Eksperta, a doktor Ekspert niewątpliwie w tych sprawach był ekspertem i odpowiedzi na pytanie „co robić” udzielił, sugerując, aby * jako swoja drogę życiową wybrał stomatologię. Jednak wszystko to Ekspert zdradził dopiero po kilku testach, bo oprócz doradztwa zawodowego zajmował się także testowaniem nowych modeli samochodów (co zresztą robił z Pasją, która była jego sekretarką już od paru ładnych lat, ale także kilku deszczowych). To tyle jeśli chodzi o wspomnienia z czasów szkolnych (bo * niestety innych wydarzeń z tamtego okresu już nie pamiętał).

  * nie wiedział co robić. Kluczył bezradnie po pomieszczeniu, aż w końcu zauważył na podłodze klucz. Podniósł go, obejrzał uważnie i dostrzegł jakiś napis wygrawerowany drobnymi literami. Zaczynał się od słów „made in”, jednak nazwa kraju pokryta była rdzą. * przetarł palcem powierzchnię klucza (a w tym momencie warto wspomnieć, że nie był to klucz od zamka do drzwi, tylko klucz francuski) i odczytał na głos:

  – Made in Belgium.

  Cóż począć z belgijskim kluczem francuskim?

  * zastanawiał się, drapał po głowie, myślał, drapał po plecach, aż w końcu opamiętał się, bo przecież klucz francuski nie został stworzony do głowy czy pleców.

  – Zzza… wór! – wykrzyknął podekscytowany. – Zawór! – powtórzył widząc przed sobą zawór.

  Skąd się tu wziął? Skąd się tu wziął? No tak, przecież wszedł przez drzwi ukryte w płomieniu.

  A zawór? Skąd wziął się tu ten zawór? Najwyraźniej wziął się znikąd (inskrypcja głosiła „Made in Nikąd”). * nie zastanawiał się ani chwili dłużej, tylko ścisnął klucz w dłoni, złapał za zawór i przekręcił. Każdy zawór do czegoś służy, więc * był ciekaw, co też udało mu się zakręcić.

  W tej samej chwili zakręciło mu się w głowie i zemdlał.

  Mijały minuty, mijały godziny, mijali go też ludzie, a * cały czas leżał nieprzytomny na korytarzu budynku należącego do pewnej rządowej instytucji. W końcu się ocknął. Zrobił to sam, bo pracownicy tego obiektu nie należeli do zbyt pomocnych osób. Byli wolnymi ludźmi. Nie należeli do nikogo.

  – Co to było? – wymamrotał * spoglądając na zaplombowane drzwi. – Czy to wydarzyło się naprawdę? Co za przedziwny dzień – dodał po chwili, choć nigdy nie fascynował się numerologią. – Chyba potrzebuję orzeźwienia. Jeżeli mam dalej tutaj pracować, to konieczne będzie powietrze.

  * wstał, otrzepał się, a później otrzepał swoje ubranie. Postanowił wyjść na świeże powietrze, jednak jako, że znajdował się dosyć wysoko, wolał nie ryzykować upadku z okna i zdecydował się wyjść na trawnik przed budynkiem.

  – Tego już za wiele… – powiedział, patrząc jak kilkunastu facetów w garniturach próbuje wepchnąć się do niewielkiej windy.

  * poszedł więc schodami i już po chwili był przed budynkiem. To oczywiste, że był przed nim, bo przecież budynek z definicji nie potrafi biegać. * czasami lubił takie nieuczciwe wyścigi – podnosiły go na duchu. Droga powrotna będzie jednak gorsza, bo * miał świadomość, że choćby nie wiem co zrobił, to i tak będzie za drzwiami.

  * zaciągnął się powietrzem (od zawsze był przeciwnikiem palenia), patrząc jak dwóch mężczyzn w garniturach wlecze jakiegoś przerażonego przechodnia do budynku.

  – Czas się wlecze, gdy tak człowiek zaciąga – powiedział * sam do siebie zaciągając się ponownie powietrzem i patrząc jak dwóch mężczyzn w garniturach wychodzi z budynku, żeby zaciągnąć do środka kolejną osobę, która coś krzyczała, ale zaciągała z jakimś zagranicznym akcentem, tak, że trudno było ją zrozumieć.

  – Czy to możliwe, że te wszystkie dziwne rzeczy wydarzyły się naprawdę? – * zawiesił na chwilę głos, po czym odezwał się lekko podirytowany. – Ten ogień cały czas nie daje mi spokoju – * poruszył się nerwowo i zgasił płonący skrawek ubrania – Godne przemyślenia, godne przemyślenia, godne przemyślenia.

  * westchnął, bo pod wpływem tych wszystkich przemyśleń przypomniał sobie, dlaczego właściwie wyszedł z budynku.

  Nabrał więc świeżego powietrza tak jak zaplanował, po czym zakrył wiadro szmatką i wrócił do środka.

  Jaki jest morał z tej historii? Powstań z kolan, zetrzyj pot z czoła, strzep piach z ubrania, wytrzep go z włosów i wyprostowany idź przed siebie – już czas wyjść z piaskownicy.

  Huśtawki czekają.

Nowy amulet

Czy błądziłeś kiedyś po płonącym lesie?

Wydawanie książki na własną rękę jest jak rozbrajanie bomby.
Tyle rzeczy, które trzeba zrozumieć i odpowiednio zgrać. Książkę trzeba
napisać, złożyć (a w moim przypadku w bardzo szczególny, nietypowy sposób – tu
wszystko musi być dokładnie na swoim miejscu) i poddać korekcie. Potrzebna jest
też działalność gospodarcza, więc albo mogę poprosić o pomoc kogoś, kto już ma
firmę, albo założyć własną (standardowo lub w którymś z inkubatorów
przedsiębiorczości). Moje wydawnictwo musi sprzedać książkę dystrybutorowi,
dystrybutor powierzyć ją hurtownikowi, a hurtownik księgarzowi. Czasem
dystrybutor pełni jednocześnie funkcję hurtownika. Muszę negocjować z siecią
księgarni. Muszę negocjować z dystrybutorem/hurtownikiem. Najpierw jednak muszę
ich pozyskać. Trzeba znaleźć drukarnię. Z drukarnią też można negocjować (ale
nie trzeba, choć warto). Inny wycinek działań związanych z wydaniem książki to
pozyskiwanie patronatów medialnych. Trzeba wiedzieć ile trwa każda z tych
rzeczy. Nigdy nie można odgadnąć, co może się skomplikować. Aby konkretnie
rozmawiać z księgarnią musze mieć dystrybutora. Aby pozyskać dystrybutora muszę
mieć część spraw dogranych z księgarnią. Aby sformalizować jedno i drugie muszę
mieć firmę. Nie chcę zakładać firmy i płacić za jej utrzymanie, dopóki nie będę
miał pewności kiedy książka się ukaże i jakie jest w tej sprawie stanowisko
hurtownika i księgarni. Nie mogę oszacować ceny książki, dopóki nie poznam
prowizji hurtownika, księgarza i drukarni. Nie mogę poznać prowizji hurtownika
i księgarza dopóki się z nimi nie dogadam. Nie mogę poznać kwoty, jaką weźmie
ode mnie drukarnia, dopóki nie będę wiedział ile stron będzie miała książka.
Nie mogę dowiedzieć się ile będzie miała stron, dopóki jej nie ukończę, a nie
ukończę jej, dopóki nie będę miał większej ilości wolnego czasu, a nie będę
miał większej ilości wolnego czasu, dopóki nie pozamykam najważniejszych spraw
związanych z dystrybutorem, księgarzem i otwarciem firmy. A czas ucieka, czas
ucieka, czas ucieka. Nie wiem jak szacować koszty, dopóki nie upewnię się, czy
będę miał sponsora, czy może nie. Nie mogę rozpocząć szukania sponsora, dopóki
nie będę miał dogranych spraw z księgarnią, dystrybutorem i dopóki nie będę
miał założonej firmy. Nie mogę działać jako firma, dopóki nie będę wiedział,
który wariant uzyskania tożsamości „firmowej” wybiorę, a to zależy od tego, czy
będę miał sponsora, czy nie. Nie wiem czy będę miał czas na szukanie sponsora,
a nawet jeśli tak, to nie mam pewności, że sponsora znajdę. A wszystko to
trzeba jakoś pogodzić z innymi rzeczami. Nie potrafię powiedzieć, co jeszcze
może się skomplikować. Nie wiem czy wydać książkę w czerwcu czy we wrześniu i
jak w związku z tym rozplanować prace. Nie wiem w jakim stopniu jest to moja
decyzja. Wszystko zależy od wszystkiego. To dopiero wierzchołek góry lodowej.
To jest jak rozbieranie domku z kart – jeden zły ruch i wszystko runie, albo
przynajmniej część tej budowli. A to sprawia, że całość znowu przesuwa się w
czasie, a ja staję się jeszcze bardziej tym wszystkim zmęczony. Skomplikowany
układ zależności, którego nie rozumiem, a to, co już pojąłem jest niemożliwe do
wysłowienia. Tyle poplątanych sznurków za które można pociągnąć, a ja nie
jestem pewien, co który robi. Cholerna literacka mechanika kwantowa. Wiedza
tajemna. Gotowanie bez przepisu. Nie wiem w jakiej kolejności i w jaki sposób
zajmować się poszczególnymi składnikami, oraz mniejszymi składnikami, które je
tworzą. To jest jak rozbieranie domku z kart. Tyle zależności. To jest jak
rozbrajanie bomby.