Archiwa

Nagle

Poniższy tekst z października 2003 roku jest pierwszym wpisem na anonimowym blogu, który
uruchomiłem na kilka miesięcy przed założeniem swojego Semploga. Blog
tamten powstał nagle i pod wpływem impulsu, stąd też w jego adresie znajdowało się właśnie słówko „nagle”. Przetrwał zaledwie kilka miesięcy, i choć nie ma
go w sieci już od dawna, to jednak zachowałem notki, które kiedyś na
nim umieściłem. Niniejszym postanawiam je tutaj ujawnić.

001
2003-10-05
19:58:56
Pamiętaj… tak to wszystko się zaczęło

Nigdy nie rozumiałem dlaczego ludzie zakładają blogi. Blogi wywodzą się z tradycyjnych pamiętników, a te od zawsze kojarzyły mi się z czymś, co ludzie piszą tylko dla siebie. Nie rozumiałem skąd u progu XXI wieku wzieła się ta potrzeba uzewnętrzniania swoich najkrytszych myśli, ale szczerze mówiąć nigdy dłużej się nad tym nie zastanawiałem. Nie potrafiłem odpowiedzieć na pytanie o sens tworzenia „elektronicznego konfesjonału”, po prostu uznałem że niektórzy ludzie mają taką potrzebę i już. Wiedziałem jednak na pewno, że nigdy nie zdecyduję się na założenie własnego bloga. Powodów było wiele, wystarczy zauważyć, że opisując wiernie swoje barwne albo bezbarwne życie musiałbym naruszać prywatność osób trzecich. Co z tego, że imiona zastąpiłbym literkami? Jeżeli przekaz miałby być prawdziwy to nie mógłbym niczego pominąć. W każym azie wiedziałem, że jeśli kiedykolwiek zdecyduję się stworzyć stronkę w formie bloga, to nie będzie ona o charakterze biograficznym, tylko raczej (że tak powiem) ekspresyjnym.
Ale teraz juz wiem, że z tego charakteru też zrezygnuję. Za chwilę zagłebię się w to, co dokładnie miałem na myśli pisząc „ekspresyjny”. A więc miała to być suma anonimowych scenek zainspirowanych autentycznymi, świeżymi wydarzeniami z mojego życia, poglądów, zdjęć klimatycznych miejsc które udało mi się zaliczyć, a także szczegółów z życia miasta, czyli też azyl dla ostatecznie znikających elementów codzienności – zamalowane istotne ściany, przebudowana ulica, wyburzona rzeczywistość, wyremontowany budynek, zdanie czuytane raz na 20 lat z losowo otwartej książki… pseudokomercyjny bełkot duszy. Cel: oddzielić sztukę od codzienności? Nigdy. Nie lubię tego słowa. Sztuczność sztuki. Niezwykłość i codzienność. Granice się nie zacierają. Ich po prostu nie ma, tylko nie każdy potrafi to zauważyć. To był manifest. Tutaj miał powstać mój punkt wyrażenia siebie. Nie będzie jednak tak. To nieodpowiednie miejsce. Właściwie to najlepsza byłaby książka albo film.
To o czym właściwie będzie ten blog? Nie było żadnego planu. To jest eksperyment. Powstał i istnieć musi. Dlaczego akurat dzisiaj? Co będzie dalej? Czy w następnych wpisach zdecyduję siępisać o swoim życiu, tak jak robią to setki innych osób? Czy będę potrafił pisać o codzienności zupełnie szczerze? Tego nie wiem. A więc zatrzymaj się jeszcze chwilę na tym zdaniu, bo może czytasz ostatni zupełnie szczery wpis na tej stronie.

002
2003-10-09 14:54:55
Elementy

Co teraz? Wiem, że na pewno już kilka osób trafiło w to miejsce. Teraz chyba trzeba utrzymać frekwencje. Czy można to zrobić dodając nowe wpisy tylko okazyjnie? Jakie elementy mają wpływ na odwiedzalność nowopowstałego bloga? Jedno jest pewne – nie będę miał zbyt wiele czasu żeby zajmować się częstymi aktualizacjami. Taka deklaracja może zniechęcić odwiedzających, zwłaszcza gdy umieszcza się ją już w drugim wpisie. Nie oznacza to oczywiście, że nowa notka będzie pojawiać się raz na miesiąc. Po prostu pomyślałem, że na początku warto wyjaśnić kilka spraw.

003
2003-10-09 14:55:35
Obserwacja 1 [07 października 2003]

Co można uznać za zaskakujące? Odkrycie naukowe? Puentę dowcipu? Zwrot w akcji jakiegoś filmu? Gdybyśmy przeprowadzili dzisiaj taką ankietę wśród pasażerów porannego autobusu linii 524 okazało by się zapewne, że kilkakrotnie padłaby odpowiedź „jak on ^%$ jedzie?”. Tak! czyżby kierowca postanowił zerwać z rutyną i dlatego przejechawszy Wisłę zamiast jechać prosto zjechał sobie z wiaduktu? Może miał wewnętrzną potrzebę zmian, albo przeżywa jakiś wewnętrzny bunt wobec świata? Nie! W tłumie słychać panikę. Jakiś głos uspokaja współpasażera zdaniem, którego już nie pamiętam. Rozglądam się po szybach – żadnej notki o zmianie trasy. Przez chwilę moje neurony były zdominowane myślami na temat filmu „Eureka”. Kto widział, ten powinien trafnie określić skąd nagle u mnie takie skojarzenie. Oczywiście byłem w pełni świadomy, że jest ono bezpodstawne i nikt autobusu nie chce porwać, ale wśród kilkunastu myśli które przewinęły się przez moją głowę ta utkwiła mi w pamięci najbardziej, bo opisywała najbardziej nieprawdopodobne rozwiązanie całej sytuacji. 524 beztrosko jechało sobie Wisłostradą. Jakoś nie chciałem wierzyć, że zmieniono trasę. Liczyłem na to, że kierowca po prostu się pomylił i teraz kombinuje jak by tu zawrócić. Jednak pewność siebie z jaką kierowca posuwał autobus (do przodu) nie pozwalała mi w to wierzyć. W końcu oczom pasażerów ukazał się plac Wilsona, na którym to placu się z nimi rozstałem. żeby naprostować sobie kierunek przemieszczania się po mieście. Na dobre ruszyła budowa metra, trasy autobusów pozmieniane -ciężki sprzęt budowlany porozstawiany beztrosko w okolicy placu aż prosił się o sfotografowanie. Kroczyłem sobie przez apokaliptycznie zmienioną ulicę na której zamiast porzuconych w popłochu samochodów nie było po prostu żadnych samochodów (osobowych). Przemknąłem pomiędzy koparkami i ich obsługą i nakierowałem się na odpowiedni przystanek. Następne kilka godzin można pominąć, bo nie wniosłyby nic do całej historii. Właściwie jednak wydarzenia które miały miejsce po godzinie 15, a które chcę zaraz tutaj opisać, też nie wnoszą niczego do opisanej historii, ale wydają się ciekawsze od tych pominiętych. Dla zrozumienia całej sytuacji muszę zdradzić tutaj dosyć istotny fakt, który był moim udziałem i potrafił naruszyć harmonię szczęśliwego powrotu do domu. Dzisiaj byłem lżejszy o kilka gram plastiku, co pewnie nie zaburzyłoby mojej homeostazy, gdyby nie to że ten plastik w swojej skondensowanej formie tworzy obiekt nazywany Warszawską Kartą Miejską. Karta ta z założenia ma pełnić różne ciekawe funkcje, ale na razie wykorzystywana jest chyba tylko do otwierania bramek w metrze i legitymowania się kanarom podczas kontroli biletowej. Pominę dygresję o niesamowitej łasce, która na szczęście o jakiś czas spływa na mnie w podobnych przypadkach, a skoncentruję się tylko na wydarzeniach dzisiajszego dnia. Jazda pierwszym autobusem (linii XY0) poszła gładko i w miarę bezstresowo. Pierwsze kilkanaście sekund spędziłem na preparowaniu sztucznych pseudo-dokumentów na wypadek kontroli. Czułem ją w kościach, ale czuję ją zawsze. Kilka minut później czekałem na innym przystanku na jeden z kilku pasujących mi autobusów. Najbardziej wyczekiwałem (paradoksalnie, czyli inaczej niż zwykle) takiego, który charakteryzowałby się dużym zagęszczeniem ludności na metr (kwadratowy, sześcienny – zależy jak postrzegasz przestrzeń wewnątrz autobusu). Mniejsza szansa na kontrolę, prawda? Pierwszy bus puściłem (miałem czas… mogłem się trochę pobawić). Czytałem sobie kawałek wyborczej na kiosku, gdy za plecami poczułem oddech kolejnego autobusu z którym sympatyzuję. Był w miarę tłoczny, ale niewystarczająco – dało się stanąć tak żeby o nikogo się nie otrzeć. Na moje potrzeby był jednak zupełnie do zaakceptowania i już kilka sekund później miałem postawić nogę w jego wnętrzu, gdy nagle zadrżała mi ona i zawisła w powietrzu, gdy ujrzałem chytrze wychylający się pasek od torby na cyfrowy sprzęt kontrolny wychylający się spod kurtki jednego z większych pasażerów. Ujrzałem go jednak tylko w wyobraźni, bo pod innym kątem był już niewidoczny. Chociaż pod kolejnym… Ale znowu pod następnym… Wnętrze autobusu było nieczytelne, ale to tylko z powodu szyby. Dla przypadkowego widza pewnie śmieszny moment wahania okazał się jednak znamienny w skutkach, bo oto nadjeżdżało XYZ. Było wyluzowane z tłumów, ale w akcie desperacji wskoczyłem do środka, bo cała zabawa musiała się kiedyś skończyć. Wymierną liczbę przystanków później dosiadło się kilku równych osobników i zaczęli dyskutować jak to są ścigani od pewnego czasu przez kanarów. Któryś z nich stwierdził, że muszą jechać sobie do domu w następujący, moim zdaniem nietypowy, sposób. Ich kilkanaście ostatnich minut wyglądało mniej więcej tak, jak jest to opisane w następnym zdaniu. Uciekając przed kontrolą wysiadali sobie za jednego autobusu i wsiadali do drugiego, do którego na kolejnym przystanku dosiadali się ci sami kanarzy. Sytuacja się zapętla – wróć do początku poprzedniego zdania i rób to dowolną ilość razy. Czekając na osoby, które jeszcze czytają sobie poprzednie zdanie, wspomnę tylko, że całą sprawę można przedstawić w postaci wykresu funkcji sinus i cosinus umieszczonych w tym samym układzie współrzędnych. A może się nie da? W każdym razie nie mam ochoty się w to teraz zagłębiać. Mój końcowy przystanek był akurat w tym momencie cyklu w którym goście wysiadali z autobusu, a kanarzy do niego wsiadali. Jeden z kontrolerów był akurat zajęty spisywaniem pochwyconej kobiety, która była prawdopodobnie łatwą zdobyczą niezdolną do poważniejszej formy buntu i prób ucieczki. Każdy uważny obserwator mógł to wywnioskować po dosyć biernej postawie drugiego kanara, który poprzez swoją bierność nie rzucał się w oczy. Może był jeszcze trzeci, albo i czwarty ale musieli być tak mali w swoim zaangażowaniu, że zupełnienie nie było ich widać. Wysiadłem z autobusu, a za mną pytanie skierowane do kanara: „to co? jedziemy?”. Do autobusu wsiadła odpowiedź: „Nie”. Zanim drzwi się ostatecznie zamknęły wysiadło jeszcze „To dobrze. Do zobaczenia jutro!”

004
Wpływ przypadku na życie moje i innych ludzi

Władysław Tatarkiewicz „Historia Filozofii” tom 1. Losowa strona. Książka w idealnym stanie. Wkładam ją pomiędzy dłonie i ustawiam obydwa kciuki na przeciwgrzbiecie. Chwila napięcia. Losowa strona. „Z wyższości duszy nad ciałem wynika, że złączenie ich jest dla duszy niekorzystne. Byłaby lepsza i szczęśliwsza, gdyby była wolna od ciała; ciało jest dla niej więzieniem i mogiłą. Ze śmiercią ciała zaczyna się dopiero prawdziwe życie duszy.”

005
Groza

Nie trzeba dużej dawki przemocy i hektolitrów przelanej krwi żeby wywołać grozę (na początek nauczmy się rozróżniac grozę od obrzydzenia). Przykładem dobrego filmu dreszczogennego jest „Ring” i jego japoński pierwowzór czyli „Ringu” (oraz „Ringu 2″, „Ringu 0″, „Rasen”, „Ring: Virus” itd…). Ale wcale nie trzeba wybrać się do kina żeby poczuć ciarki na plecach. Zauważyłem, że uczucie silnego niepokoju wywołuje u mnie większość spaw przedstawianych w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” (do tego ten mroczny podkład dźwiękowy). Niektórzy ludzie znikają w naprawdę dziwnych okolicznościach. Straszne są te niewyraźne fotografie osób o których słuch po prostu zaginął rok temu, dwa lata, trzy… czasami jeszcze więcej. Doskonały przykład obrazujący to co mam na myśli był w ostatni wtorek. Charakterystyczny dla programu podkład dźwiękowy, wypłowiałe, czarno-białe zdjęcie osiemdziesięciokilkuletniego mieszkańca pewnej wsi który zniknął w 2001. W innym ujęciu widać, że zdjęcie zostało zrobione na cmentarzu. Człowiek ten pozbawiony był prawej dłoni, a mimo to godzinami przesiadywał na cmentarzu przy różnych opuszczonych grobach. Pewnego dnia zniknął w dziwnych okolicznościach. Podobno widziano go w jakimś pociągu czy autobusie, jak wysiadał w jakiejś małej miejscowości. Nikt nie wiedział gdzie wyjeżdża, nikomu nic nie powiedział. Pewnego dnia po prostu zniknął motywowany czymś, czego nikt pewnie juz do końca nie zrozumie. Zupełnie jakby stracił świadomość.

006
Po raz pierwszy zauważyłem

Dziś święto nazywane potocznie Dniem Nauczyciela. Jeszcze kilka lat temu dzień ten nie był wolny od nauki i każdy przyzwoity uczeń spędzał go w szkole podstawowej albo w L.O. (bo gimnazjów wtedy nie było). Jednak ktoś coś pozmieniał i teraz jest wręcz przeciwnie – zarówno nauczyciele, jak i uczniowie mają dzień przerwy. Jest to dosyć specyficzne święto, bo najwyraźniej generuje na ulicach więcej osobników w wieku szkolnym niż jakikolwiek inny dzień wolny od szkoły. Dlaczego? Weźmy na przykład weekend. Składa się z 2,5 dnia (dla dalszych rozważań przyjmijmy 2). Zaryzykuję teorię, że eskapady na miasto rozdzielają się ładnie na sobotę i niedzielę, [uwaga, teraz skomplikowana część zdania] tzn. może się zdarzyć osobnik który wylgnie do centrum tylko w sobotę lub niedzielę, albo taki który będzie tam i w sobotę i w niedzielę. Dzień Nauczyciela (jeśli wypada ładnie w środku tygodnia, tak jak w tym roku) jest 24 godzinnym weekendem, który aż się prosi o wykorzystanie. Odsetek uczniów na ulicach się zwiększa. Z Dniem Nauczyciela nie mogą też konkurować wakacje (albo ferie, długie weekendy itp.). Dlaczego? Ano dlatego, że (po pierwsze) jakiś procent uczniów sobie wyjeżdża, a (po drugie) inny procent zachowuje się tak jak w przypadku weekendu (czyli nie eksponuje się codziennie). Jeśli kogoś nie przekonują takie argumenty, może napisać sobie lepsze, albo wręcz obalić moją teorię. Z obalaniem jednak ostrożnie, bo zwiększoną gęstość masy uczniowskiej na ulicach można sprawdzić empirycznie. Jak ktoś nie wierzy, to proszę bardzo – jest jeszcze widno.

007
Plusy i minusy

Z posiadania bloga. Można uratować dużo myśli, które nie spisane przepadłyby bezpowrotne albo zostały znacznie zdeformowane. Inna sprawa, że będą to tylko nieliczne myśli i do tego niekoniecznie te najważniejsze. Oprócz tego blog mobilizuje do pisania czegoś co jakiś czas, bo istnieje świadomość, że ktoś na twoje słowa czeka. Tak! To jest niezwykle istotne! Można pisać tylko dla siebie, ale do tego nie jest potrzeby żaden internet. Kłamie ten, kto mówi że tworzy bloga tylko i wyłącznie dla siebie!

Nie będę desperacko błagał o odwiedzalność i komentarze. Będę co jakiś czas prosił, ale ostatecznego zastoju raczej nie będę reanimował. Nie ukrywam, że nie lubię zostawiać pewnych spraw niedokończonych i zależy mi na tym, aby pisać dalej, ale prawa rządzące światem są jednoznaczne. Brak potrzeby – brak produktu.

Czy mogę liczyć na addycjonalne komentarze i wpisy w księdze gości?

008
Zmyślone

- (…) czy mogę rozmawiać z X?
- Niestety X nie ma w domu. A kto mówi?
- Moje nazwisko nic panu nie powie.
- Ale elementarne zasady kultury nakazują się przedstawić. Pani zna moje nazwisko, a ja nie znam pani. Nie mogę dopuścić, żeby pani przewaga (spowodowana anonimowością) w naszej rozmowie utrzymywała się dalej (…)

009
Minusy

Pomimo początkowej deklaracji, w której wyraźnie napisałem że nie będę miał zbyt wiele czasu na aktualizacje, czuję się niejako  związany z tym miejscem (żeby nie powiedzieć ograniczny przez nie). Nie jest to jakaś niezwykle silna więź granicząca z uzależnieniem, a raczej poczucie obowiązku. Tak! Czuję, że moim obowiązkiem jest nie zostawiać tego miejsca. Jeśli kiedykolwiek nadejdze koniec tego bloga (a zapewniam, że nadejdzie) na pewno zostanie to jasno i wyraźnie powiedziane. Spostrzeżenie: gdyby strona internetowa miała świadomość i mogła odczuwać emocje, największy ból zadawała by jej śmierć przez brak aktualizacji. Zniknięcie autora = zniknięcie duszy. Zostaje tylko zimny zlepek tekstu i obrazków i data ostatniej aktualizacji sprzed kilku lat.

010
Obserwacja z mglistego 8 listopada

Dziś w moim mieście czuć było świąteczne powietrze.

011
Obserwacja 2

Tłok przeważnie rodzi agresję. Nie jest wyjątkiem tłok w autobusie.  Jeśli tłok jest niewyobrażalny, a ja nigdzie się nie spieszę, to bez problemu potrafię zachować spokój. Gorzej gdy czas nagli, ludzie się przepychają i do tego bezczelnie próbują zabrać mój przydział powietrza. Na szczęście dziś byłem wystarczająco wyluzowany,żeby beztrosko oprzeć się o tą masę o temperaturze 36,6 C i zupełnie nie przejmować się tym co się dzieje. A działo się wiele. Jak to zwykle bywa w autobusach linii zaczynajacych się od 7, większe zagęszczenie osób na metr kwadratowy jest w rejonie przydrzwiowym, a głęboko w środku autobusu jest trochę luźniej. Wiadomo, że nie tylko w nich, ale to z nimi, a konkretnie z takim jednym, ów stan rzeczy najbardziej mi się kojarzy. Wracając do tematu, jadąc tak sobie przez kilkanaście minut zająłem się obserwowaniem i analizowaniem poszczególnych osobników  i scenek rodzajowych z ich udziałem. Niestety opisywanie życia fauny autobusowej nie jest moją pracą ani czynnością wykonywaną w czasie wolnym, więc musicie mi wybaczyć, ale nie jestem w stanie przytoczyć tu wszystkiego co widziałem. Mogę napisać na przykład o tym, że zanim wsiadłem do tego niezwykle zatłoczonego autobusu, zdążyłem zapamiętać całą populację przystanku na którym spędziłem długie, mroźne chwile samotności przerywane pojękiwaniami poszczególnych współczekających. Najgorzszy w tym wszystkim był niesamowity chłod, który towarzyszył mi przez dłuższy czas i nie chciał się skończyć. Odszedł dopiero około 15:50, gdy zatrzasnęły się za mną drzwi do ciepłego mieszkania znajdującego się w miejscu pragnącym zachowawać anonimowość. Jednak zanim to się stało, zdążyłem spędzić kilka minut z wspólpasażerami. Mogę w tym miejscu donieść na cwaniaków blokujących drzwi wyjściowe (albo wejściowe – zależy od temperatury otoczenia w którym znajduje się osoba próbująca dookreślić funkcję drzwi). Każdy potencjalny wsiadający tylko pokręcił się bezradnie przez chwilę przy drzwiach (a były one drugimi od końca przegubowca) i poszedł do innych, bardziej gościnnych bo rozwartych. Cwaniaki te dostały jednak za swoje, gdy znalazł się ktoś kto chciał WYJŚĆ z autobusu. Jedno zdanie z wykrzyknikiem na końcu i już drzwi stały otworem. Kilkadziesiąt metrów później jakaś kobieta wysiadła ze słowami zbliżonymi do „chcę wyjść z tego pojazdu”. Agresja unosiła się w powietrzu i była tak lepka, że wielu osobom zaburzała rytm oddychania i harmonię układu krwionośnego. Jednak nie mnie – nie dzisiaj.

012

Wiem już jak będzie wyglądać koniec. Oczywiście tylko ten lokalny. Planowanie apokalipsy nie leży w moich kompetencjach, ale istnienie tej strony jak najbardziej. Zdecydowałem się wyznaczyć koniec, pomyślałem jednak, że lepiej nie podawać jakiejś konkretnej daty, bo to oznacza pójście na kompromis z czasem. Ja wolę się od czasu (do czasu) uniezależnić i zdecydowałem, że zamknięcie nie nastąpi po X dniach, tylko po Y notkach. Dzięki temu wszystko jest w moich rękach. Teraz ja jestem czasem i ja decyduję o upływających jednostkach materialnego bytowania dla tego niematerialnego miejca zbudowanego z zer i jedynek.

Całkowita liczba notek jest już ustalona, ale na razie pozostanie tajemnicą.

013
Co to za książka!

„I stłukł Nieistotny naczynie prawdy jedyne w swoim rodzaju. Z naczynia
tego byt wszelki chlusnął na boki i zachlapał ściany, podłogę i twarz
Nieistotnego. Przerażenie go ogarnęło niewymowne, świat pociemniał,
oczy wyszły na wierzch, mgłą zaszły, a byt sączył się powoli z naczynia
prawdy jedynego w swoim rodzaju. Gdyby ściany mogły mówić nic by nie
powiedziały, tak onieśmielające i przejmujące płynnym żelazem i betonem
były chwile które nastały. Od tego momentu tylko kamienne powietrze,
jak gruz wypełniało płuca, gardło i całe bytowanie Nieistotnego i
wszystkich i każdego jednego mimowolnego świadomego i nieświadomego
obserwatora. Istota czegośtam sączyła się powoli i sączyła się i
sączyła gęsto, ciężko powoli, bez końca, teraz skapnąć nie mogła swoim
strumieniem konsystentnym, gęstym obecnie.”

Tajemnica czwartego piętra

Szukałem pokoju czterystaktóregoś, więc wydawało mi się logiczne, że znajdę go na czwartym piętrze. Wsiadłem więc do windy, nacisnąłem czwórkę i pojechałem w górę. Jakież było moje zdumienie, gdy…


Become invisible & walk unseen among people or crowds

   Właśnie tak zatytułowana jest pewna aukcja na eBayu, która przykuła moją uwagę. Dowiedziałem się o niej przeglądając w pewnym zagranicznym serwisie rozrywkowym zestawienie najdziwniejszych sieciowych aukcji. Właściwie to lista ta została zatytułowana „awesomely ridiculous”, czyli „niesamowicie absurdalne” i na pierwszy rzut oka ta aukcja rzeczywiście może taką się wydawać, jednak coś mnie w niej zaintrygowało. Postanowiłem odszukać ją gdzieś w archiwach sieci i zobaczyć o co tu właściwie chodzi. Kto był by tak głupi, żeby wystawiać coś takiego w sieci i liczyć, że ktoś mu za to zapłaci? 24,95$ to niewielka cena za niewidzialność. Autor zapewnia, że metoda działa, nie jest to żadna zabawka, sztuczka, iluzja ani oszustwo, a technika ta jest używana obecnie CIA i inne agencje wywiadowcze. Sekret ten ponoć był przekazywanie ustnie z pokolenia na pokolenie, a elita, która go posiadła, jest w stanie zniknąć i pojawić się ponownie, kiedy tylko zechce. Nawet jeśli ktokolwiek to kupi, to jeśli poradnik ten okaże się ściemą, to konto osoby, która go sprzedaje, zostanie natychmiast zablokowane. No ale załóżmy, że zdarzył się ktoś, kto był albo naiwny albo natchniony, i zapłacił za ten niezwykły sekret. Niewątpliwie wkrótce znalazłby się on w sieci, więc nie powinno być problemem jego odszukanie, więc niezwłocznie odpaliłem wyszukiwarkę i zacząłem szukać, żeby zobaczyć co też takiego tam się kryje. Wyszukiwanie przyniosło zaskakująco dużo, bo aż 49,900 wyników. Na rozmiatych forach internetowych i blogach ludzie debatowali nad kuriozalnością tej aukcji, rozważali zrobienie zrzutek „z ciekawości”, śmiali się, żartowali… A tymczasem aukcja trwała dalej w sieci. Nikt nie podzielił się tym, co było przedmiotem licytacji. Nie ma tego na żadnym forum dyskusyjnym, blogu… „Moral purposes only”, ostrzega osoba, która wystawiła sekret na aukcji. A ilość sprzedanych egzemplarzy wciąż rośnie. Na ponad trzysta komentarzy, tylko jeden jest negatywny. Czy poprzez naszą ignorancję, zdarza nam się tracić szansę na doświadczenie rzeczy niezwykłych, tylko dlatego, że wydają się zbyt niesamowite, aby mogły być prawdziwe?
   Nie dokonałem zakupu.