Archiwa

Podsumowania

      Pod koniec roku ludzie robią jakieś podsumowania, rankingi, zestawienia… Pomyślałem sobie, że też jakieś tutaj przygotuję, ale nie miałem pomysłu. Pomyślałem sobie, że fajnym i lekkim temat byłaby lista przypałów i dziwnych akcji, więc zacząłem od zgromadzenia kilku tegorocznych, a później uporządkowania tego w jakiejś kolejności. No więc zanotowałem „incydent hotelowy”, kiedy to wszedłem do sali konferencyjnej pięciogwiazdkowego hotelu, poprosiłem o projektor, podłączyłem się tam z laptopem, pograłem w pasjansa, wypiłem herbatę na koszt jakiejś norweskiej (chyba) firmy, po czym ukradkiem wyszedłem mijając przy wejściu zdziwionych ludzi w garniturach, którzy właśnie wchodzili do sali. Tak, to był dobry numer. Bardzo mocny kandydat na pierwszą pozycję. No to co tam jeszcze? Aaa… przecież w kwietniu w wyniku ciekawego splotu okoliczności zdarzyło mi się zobaczyć jak to jest pracować na granicy egipsko-izraelskiej i stanąwszy za odpowiednią ladą zacząłem pytać ludzi o te wszystkie niedozwolone rzeczy, których nie powinni mieć przy sobie, robić poważne miny i odsyłać niektórych na rewizję osobistą. Całkiem ciekawe przeżycie to było, ale niestety później to mnie skierowali do dokładniejszej kontroli (choć na szczęście skończyło się na zlustrowaniu bagażu, a nie rewizji osobistej). To też całkiem mocny kandydat na pierwsze miejsce. Co tam było jeszcze? No tak, usilnie szukałem jakiejś możliwości skontaktowania się ze scenarzystami serialu „Lost”, którzy wydają się naprawdę sympatycznymi osobami i do tego tworzą fajny serial, który bardzo lubię oglądać. Gdy już dowiedziałem się w jaki sposób można ich złapać, to poprawną angielszczyzną napisałem krótką acz treściwą wiadomość, w której uprzejmie poprosiłem ich o to, żeby zagrali dla mnie na banjo. Niestety moja prośba pozostała bez odpowiedzi, a szkoda, bo gdzieś tam w głębi duszy liczyłem na to, że jednak to zrobią.
      Hmm… może jednak ranking dziwnych akcji i przypałów to nie jest najlepszy pomysł? W końcu dużo tego było, nie chciałbym czegoś pominąć, albo czemuś innemu przyznać zbyt niskiego lub zbyt wysokiego miejsca, no i przecież życie to nie tylko nietypowe sytuacje, ale także te bardziej konwencjonalne. To co jeszcze mogę wziąć na warsztat? Hmm… ludzie robią jakieś postanowienia noworoczne, a później się z nich rozliczają. Ja na Nowy Rok raczej składam sobie życzenia, niż spisuję postanowienia, bo te drugie to i tak mają miejsce kilka razy w miesiącu. Pamiętam, że w 2005 roku życzyłem sobie, aby 2006 był mniej chaotyczny. I nie dość, że rzeczywiście takim się stał, to jeszcze zauważyłem, że ten 2005 wcale aż tak chaotyczny nie był. Miałem też jakieś życzenie na 2007, a także oczywiście na 2005, 2004, 2003, 2002, 2001, 2000… No ale niestety wielu z nich już nie pamiętam, wiec nie chciałbym rozgrzebywać tego tematu. Na te sprzed dwóch lat wpadłem po prostu ostatnio gdzieś w sieci, dlatego mi się przypomniały.
      Tutaj jeszcze taka mała dygresja, bo mam wrażenie, że wszyscy cieszą się niezmiernie, gdy nadchodzi koniec roku, a ja bardzo nie lubię tego okresu, bo bardziej niż radosnym początkiem czegoś nowego, jest on dla mnie smutnym końcem czegoś starego, takim cholernym symbolem upływającego czasu, dlatego totalnie nie identyfikuję się z tą euforią, która rok rocznie otacza mnie na przełomie grudnia i stycznia.
      Ale wracając do rzeczy… podsumowania, rankingi, zestawienia. To może coś takiego bardziej na serio. Najważniejsze wydarzenia roku 2007? To bardzo trudne. Ale mam takie podejście do życia, że doświadczenie jest bezcenne, a człowiek uczy się na własnych błędach i własnych sukcesach także. Może więc udałoby się wypisać i porangować jakieś kluczowe rzeczy, które wydarzyły się w moim życiu w 2007 roku? Ale to będzie cholernie trudne, jeszcze trudniejsze niż zestawienie dziwnych akcji i przypałów. No i pewnie będę myślał, przestawiał, kombinował… Nie, nie, to trzeba zrobić inaczej! To zaczyna się w tym momencie i dlatego muszę pisać bardzo szybko, tak szybko, żeby nie robić zbyt dużych przerw i nie analizować tego zbyt długo. Wygeneruję za chwilę taki strumień świadomości (więc nie ręczę za poprawność stylistyczną), ale nie będą to najważniejsze wydarzenia roku 2007 w kolejności od najważniejszego w dół, tylko po prostu wypiszę kilka rzeczy (jeszcze nie wiem ile) w takiej w kolejności, w jakiej przyjdą mi do głowy i nie wiem czy będą to dwie rzeczy czy może dwadzieścia, ale będę pisał dopóki mi się nie znudzi, co by ten strumień świadomości nie był wymuszony. Tak wiec panie i panowie, może to co teraz napiszę rzeczywiście będzie miarodajne, a może nie będzie, ale przynajmniej będzie autentyczne w swojej surowej formie, choć istnieje pewne prawdopodobieństwo, że może nie być pełnym obrazem tego, czym był (jeszcze jest!) dla mnie ten rok, a będzie raczej odbitym w krzywym zwierciadle odbiciem z innego krzywego zwierciadła, czyli mamy do czynienia z fragmentami pewnego obrazu i choć niewątpliwie są one prawdziwe, to jednak trudno powiedzieć jak bardzo reprezentatywne dla całości, ale bądźmy optymistami, mam nadzieję, że postaram się jak najbardziej.
      No to zaczynamy, co mi przychodzi do głowy? Coś ważnego, kluczowego, coś co miało duży wpływ na moje życie? No tak, już wiem, już wiem co to będzie, a wy też za chwilę się dowiecie. Przecież w 2007 roku poszedłem do swojej pierwszej pracy, to znaczy pierwszej takiej z własnym biurkiem, pokojem w którym codziennie sobie siedziałem i comiesięczną wypłatą, bo wcześniej praktykowałem raczej rozmaite rzeczy ulotne, a nie takie stałe. I wiecie co? Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Pamiętam jak szedłem do przedszkola, a potem do szkoły podstawowej, do liceum i w końcu na studia. To były za każdym razem zupełnie nowe etapy życia. Taki kręgosłup wokół wszystko zaczyna się koncentrować i życie z całą swoją różnorodnością otacza jednak jakoś ten kręgosłup, który porządkuje je i zarazem w pewien sposób więzi, bo przecież będąc w liceum nie mogłem sobie tak po prostu zniknąć na miesiąc do Afryki, a studiując mógłbym to zrobić dopiero po wzięciu urlopu dziekańskiego. No i po okresie studiowania przyszedł ten etap, który nazywamy pracą, ale nie w takim dorywczym rozumieniu, tylko raczej pełno wymiarowym, z codziennym oczekiwaniem na autobus, firmową kuchnią i służbowym adresem e-mail. No i była to fascynująca mieszanka kontrastów, jak wejście w nowy etap życia, kiedy to przestały być aktualne studia i to wszystko, co tam się działo i co miało doprowadzić do stworzenia takiego CV, które zapewni później wymarzoną pracę. Fascynujący paradoks, bo nadal podążałem drogą którą szedłem (to znaczy studiowałem), choć już dotarłem do celu (czyli do pracy o której marzyłem). A dlaczego wspominam o tych kontrastach? Bo z jednej strony spotkałem naprawdę świetnych ludzi, przeżyłem wiele miłych chwil, pracowałem przy rzeczach, które mnie fascynują, moje życie stało się zadziwiająco uporządkowane, udowodniłem samemu sobie, że możliwe jest osiągnięcie wymarzonych celów, miałem niesamowitą okazję do nauczenia się rzeczy, których zawsze chciałem się nauczyć, lepiej wykorzystywałem wolny czas… To jedna strona, a druga? Skąd ten kontrast? Tak więc życie zaczęło uciekać jeszcze szybciej niż przedtem, kartki w komputerowym kalendarzu zmieniały się tak szybko jak liczba godzin przepracowanych w miesiącu i obiadów zjedzonych na mieście. Nie zrezygnowałem z wielu rzeczy, którymi zajmowałem się wcześniej, choć niestety z kilku musiałem, ale do starych stresów (z którymi co prawda radziłem sobie coraz lepiej), doszło jeszcze kilka nowych. Plusem było niewątpliwie to, że jeszcze skuteczniej i bardziej odpowiedzialnie zacząłem wykorzystywać czas i każdą dostępną minutę (choć wcześniej raczej nie miałem sobie zbyt wiele do zarzucenia w tej kwestii, ale tak to jest, że dopiero umiejętność robienia czegoś lepiej, pozwala nam zauważyć to, że wcześniej robiliśmy coś gorzej). Tak więc pracowałem, ugasiłem płonący we mnie od jakiegoś czasu ogień, który zagrzewał mnie do tego, żeby za wszelką cenę zdobyć nie po prostu pracę, ale pracę o której marzyłem. Będę ten kilkumiesięczny okres wspominał jako wspaniały i jakoś tak dziwnie oderwany od reszty mojego życia.
      Ale rozpisałem się nieco, a przecież miałem tutaj kilka rzeczy po prostu wypisać i nie wnikać w nie zbyt szczegółowo, bo wtedy nie starczy siły na kolejne, a jestem przecież ograniczony nie tyle ilością ważnych chwil, ale przede wszystkim własną chęcią bądź niechęcią do spisywania ich tutaj, bo robi się coraz później, a ja bym chciał jeszcze kilka innych rzeczy dziś porobić. Tak więc co jeszcze przychodzi mi do głowy? No tak, naturalnie wynika z tego to, że w tym roku zdecydowałem się podjąć kilka odważnych i ryzykowanych decyzji, co bardzo dobrze łączy się z pracą, bo jedną z nich było zwolnienie się z niej, pomimo tych fascynujących możliwości i świetnej atmosfery, która się z nią wiązała. Ale musiałem to zrobić, musiałem zaryzykować, bo inaczej mógłbym kiedyś w przyszłości żałować, że nie zrobiłem kilku rzeczy, które od zawsze chciałem zrobić, a które nijak nie były do pogodzenia z pracą. Tak więc zdecydowałem się na drugą specjalizację na studiach (a ostatnio nawet na fragmenty trzeciej) i postanowiłem wydać książkę podsumowującą pewien projekt, który realizuję od jakiegoś czasu (co nie dość, że nie nastąpiło, to może nigdy nie nastąpić, no ale będę konsekwentnie dążył do tego, żeby się udało). Poza tym dzięki tej trudnej decyzji zyskałem inne spojrzenie na pracę, takie bardziej niekonwencjonalne i zacząłem rozumieć, że możliwe jest takie funkcjonowanie w świecie, żeby robić coś, co i tak byśmy robili, a ktoś jeszcze będzie nam za to płacił i praca to nie tylko coś co dzieje się od godziny do godziny w ściśle wyznaczonych przedziałach czasowych. Nie wiem jaka będzie przyszłość, co mnie czeka, jak się potoczy moje życie zawodowe, ale dobrze jest widzieć więcej możliwości niż przedtem. Tak więc podejmowanie dużych decyzji, które mają kolosalny wpływ na dalsze życie. Jak sama nazwa wskazuje, to musi znaleźć się na liście ważnych wydarzeń roku 2007.
      Ale co jeszcze? Trzecie wydarzenie (ale przypominam, że nie w kolejności od najważniejszego w dół, tylko po prostu w kolejności przychodzenia ich do głowy), to zachowanie zdrowego rozsądku i nie wpadnięcie w pułapkę popularności. To oczywiście dzieje się stopniowo już od jakiegoś czasu i właściwie nie wiem czy w 2007 rozwijało się jakoś szybciej niż w ubiegłych latach, ale po prostu z każdym rokiem to jest gra o coraz większą stawkę i coraz bardziej trzeba uważać, żeby pozostać wiernemu sobie (sobie sprzed lat) i niczego potem nie żałować. Byli już tacy, którym woda uderzyła do głowy albo których życie w jakiś sposób stało się gorsze przez to, że stali się w jakiś sposób rozpoznawalni. A jak na ironię, gdy byłem mały to zawsze powtarzałem, że jedną z rzeczy, których wolałbym w życiu uniknąć to rozpoznawalność, bo zniekształca ona życie. Na szczęście daleko mi jeszcze do trafiania na swoje zdjęcia na Pudelku (i mam nadzieję, że nigdy to nie nastąpi), ale życie stało się bardziej skomplikowane, bo teraz sytuacja w której na imprezie, w autobusie albo na ulicy nie poznaję czyjejś twarzy, nie koniecznie musi oznaczać, że impreza na której się poznaliśmy była mocno zakrapiana, tylko po prostu zdarza się, że ktoś zna mnie np. poprzez media, a ja tego kogoś nie znam i wielkim faux pas jest sytuacja w której robię dobrą minę do złej gry udając, że bez problemu rozpoznaję tę osobę (jednocześnie w błyskawicznym tempie i bezskutecznie przeszukując odmęty swojej pamięci w poszukiwaniu odpowiedzi na pytane „kto to do cholery jest?”). To już nie jest taka lekka sprawa, gdy ktoś prosząc cię o autograf albo wspólne zdjęcie wcale nie żartuje, tylko mówi zupełnie serio. Mogę sobie jedynie wyobrażać, jak przejebane mają te wszystkie osoby z pierwszych stron gazet i mam nadzieję, że nigdy kimś takim się nie stanę, bo to byłby kres normalnej egzystencji (ale cholera, kilka razy byłem na pierwszej!). Tak wiec trzecia rzecz, która przyszła mi do głowy to unikanie pochłonięcia przez ten cały medialno-lansiarski wir.
      Kolejna rzecz łączy się poniekąd z dwoma poprzednimi, bo chodzi tutaj o to, że w końcu nauczyłem się omijać tak zwane „niepowtarzalne okazje”, które jak się potem okazało były tak naprawdę całkiem „powtarzalne”, bo zaczęły atakować mnie ze wszystkich stron. Kiedyś jeśli pojawiała się jakaś ciekawa propozycja współpracy, pracy albo wywiadu dla mediów, to zawsze wykazywałem zainteresowanie, bo w sumie czemu nie, ale to nie zawsze było rozsądne, bo później całe dnie spędzałem rozmawiając o pracach, których i tak nie podejmę albo siedząc w kawiarniach i udzielając n-tych wywiadów o tym samym (nie mając jednocześnie pewności, że nie tracę tutaj czasu, bo zdarzało się tak, że materiał nie szedł albo szedł bez autoryzacji). W końcu jednak trzeba było się opanować, bo nie może tak być, że jedna sfera życia zaczyna dominować nad innymi, a jeśli nie dominować, to przynajmniej niebezpiecznie wysuwać się przed szereg. Tak więc trudno mi to przyszło, ale w końcu uciąłem to wszystko i nauczyłem się odpisywać na maile (zresztą zgodnie z prawdą, choć miałem wrażenie, że nie wszyscy adresaci mi wierzą), że niestety z przyczyn czasowych nie tylko nie mogę się w to zaangażować, ale nawet nie mogę się spotkać, żeby o tym posłuchać, bo to i tak nic nie zmieni. Tak więc ten punkt nazwałbym umiejętnością omijania „niepowtarzalnych okazji”.
      Kolejna rzecz… to już piąta? Pozbyłem się kilku zakurzonych i bezużytecznych nawyków i przyzwyczajeń (a także przedmiotów). Mam taką naturę, że bardzo przywiązuję się do wszystkiego i każde zmiany, które wiążą się ze zburzeniem jakiegoś starego porządku (a nie są jakąś naturalną jego ewolucją) przychodzą mi trudno. Tu nie ma sensu wypisywać tego wszystkiego, bo to po prostu cała masa drobiazgów od zrobienia porządków na pulpicie (dlaczego niektóre ikony leżały tam przez kilka lat nieużywane?), przez wywalenie kilku przedmiotów (to przykład ze świata rzeczywistego, tak dla kontrastu do tego poprzedniego, który pochodził z wirtualnego), aż po ograniczenie (ale nie całkowite wyeliminowanie, kto mnie zna ten wie) wcinania tych wszystkich niezdrowych rzeczy na mieście (to z kolei przykład z wewnętrznego świata moich nawyków i przyzwyczajeń). Niektóre z tych rzeczy były większe, a inne mniejsze, ale to wszystkie one składają się na te zmiany (mam nadzieję, że korzystne), które cały czas zachodzą.
      No i ostatnia już rzecz („last but not least”, jak to się mawia), bo nie mam już energii do dalszego pisania, więc zakończę na sześciu. Rozwinął mi się system priorytetów. Mam wrażenie, że kiedyś funkcjonował nieco inaczej (bo „mniej skutecznie” to już dosyć ryzykowne stwierdzenie). Teraz coraz częściej zaczynam układać sobie pewne rzeczy i dbać o to, żeby decyzje, które podejmuję działały dla dobra tych aspektów mojego życia na których najbardziej mi zależy, a nie tych, które po prostu jako pierwsze przychodzą mi do głowy, bo pierwsza myśl nie zawsze jest tą najlepszą.
      Właśnie dlatego powyższe zestawienie może nie mieć sensu.

Zostałem zdissowany!


http://pl.wikipedia.org/wiki/Diss

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, co było dissowane, to poniżej wklejam opis jaki mam na GG od 31.12.06 19:53

Tramwaj do „niet instappen”