Archiwa

Dniepropietrowsk

29072007(028)_430.jpg

I już po. :) W tym roku postanowiłem nie pisać relacji, ani nie robić zdjęć, tylko po prostu cieszyć się chwilą. Po prostu mam wrażenie, że opisywanie czegokolwiek zawsze jest uproszczeniem i wiąże się z wysunięciem pewnych elementów na bliższy plan i odsunięciem innych na dalszy, a tego bardzo nie chciałbym robić przy tak niezwykłym i trudnym do opisania w kilku zdaniach wydarzeniu. Było świetnie, pięknie, surrealistycznie, magicznie. Powitanie chlebem i solą z samego rana na stacji kolejowej, ciekawi ludzie, intrygujące miejsca i wydarzenia, mieszkanie w domu tajemniczej dziewczyny, która pojawiła się w nim dopiero ostatniego dnia, a wcześniej można było próbować odgadnąć jak intrygującą jest osobą wyłącznie po wystroju wnętrz. Setki gwiazd nad Dniepropietrowskim, tysiące uśmiechów, miliony niezwykłych chwil i osiem aresztowań (a właściwie piętnaście, bo dzięki papierom znalezionym przy aresztowanych, policja wiedziała gdzie możemy pojawić się dalej, a także była w stanie rozpoznać nas na ulicach po charakterystycznych czerwonych wstążkach, więc zanim wieść się rozeszła i wszystkie dokumenty związane z imprezą zostały spalone w parku, na ulicy złowili jeszcze kilka osób – przynajmniej wpisali się w konwencję „łowienia w przeręblu”).

27-07-07_2056_430.jpg

Za rok prawdopodobnie Odessa albo Simferopol, w każdym razie faworytem jeśli chodzi o kolejną edycję jest Krym.

27-07-07_2212_430.jpg

MF2007

Lada dzień uciekam do Dniepropietrowska na Kongres Miłośników Łowienia W Przeręblu. Jedzie się tam 36 godzin(albo 24 godziny z przesiadką, mam nadzieje, że właśnie takim pociągiem pojadę), drugie tyle wraca, więc będę tam mniej niż 72 godziny, a jechał będę od 48 do 72. Chyba nie muszę wspominać, że na łowieniu w przeręblu kompletnie się nie znam, a ten cały kongres to tylko przykrywka dla czegoś zupełnie innego.

All was well

Wstałem dziś rano, włączyłem telewizor i zobaczyłem tłumy oddzielone przez ochroniarzy od sklepowego asortymentu, ale tym razem nie było to otwarcie nowego sklepu z elektroniką. Najpierw pokazali jeden sklep, potem inny, a potem jeszcze inny. To księgarnie z całego świata, a zgromadzeni w nich ludzie czekają na północ i na premierę ostatniej części Harrego Pottera. Widok dosyć osobliwy. Na całym świecie tłumy, niektórzy dziwnie przebrani, wszyscy czekają i nagle wybija północ, ludzie rzucają się przed siebie, chwytają książki, ale nie wszyscy idą do kasy, niektórzy siadają na ziemi i zaczynają czytać jeszcze w księgarni. Nie mam pojęcia jak gruba jest ta książka, ale liczba stron jest pewnie bliska 1000, więc nie wyobrażam sobie, że uda im się przeczytać całość na miejscu, choć cholera ich wie. Wyłączyłem telewizor i zająłem się innymi sprawami. Nie czytałem żadnej z książek o Harrym Potterze, nie widziałem ani jednego filmu i wiem o książce bardzo niewiele, tyle co obiło mi się o uszy tu i ówdzie, ale nie wynika to z mojego negatywnego nastawienia do tego cyklu (a zauważyłem, że krytykowanie czegoś czego się nie zna jest ostatnio w modzie), tylko po prostu dlatego, że nigdy nie było czasu ani chęci, żeby zgłębić ten fenomen współczesnej kultury i wyrobić sobie o nim w końcu własne zdanie. Pomyślałem sobie, że wstrzymam się do dnia aż cały ten cykl zostanie zamknięty, co nastąpiło właśnie dzisiaj, ale nadal nie zanosi się, żebym zapoznał się z „Harrym Potterem” w najbliższym czasie. Tak się jednak złożyło, że przechodziłem dziś w pobliżu Empiku w Złotych Tarasach, więc postanowiłem wejść do środka i zobaczyć jak sytuacja wygląda u nas. Nie zastałem żadnych koczujących fanatyków, co jakiś czas ktoś sięgał po jeszcze świeży egzemplarz, sięgnąłem więc i ja, po czym od razu przeszedłem do ostatnich stron, żeby poznać zakończenie i wyprzedzić tych wszystkich cwaniaków co to nie spali całą noc, żeby wbić się do księgarni. Nie będę przez to lepszym człowiekiem, ale pozwólcie mi wierzyć, że byłem jedną z pierwszych (bo pewnie nie pierwszą) osób, które przeczytały ostatnie strony. Niewiele zrozumiałem, bo średnio znam bohaterów, kojarzę tylko imiona, które obiły się o uszy tu i tam, ale przynajmniej mogę się podjarać tym, że stałem się częścią tego, trwającego już od dziesięciu lat, globalnego fenomenu. Tak więc panie i panowie (osoby, które nie chcą dowiedzieć się, co kryje się na samym końcu, proszone są o nie czytanie dalej), ostatni rozdział dzieje się dziewiętnaście lat później i kończy się słowami „All was well”.