Archiwa

Zamiana 3

Dziś wymieniłem się z Piotrkiem. W międzyczasie zastanawiałem się też, czy nie zaproponować zamiany pewnemu człowiekowi przypadkowo spotkanemu w autobusie, albo komuś na wystawie vlepek na której niedawno byłem, jeden żaden z tych pomysłów nie doszedł do skutku. Tak więc co mam teraz? W zamian za procesor Pentium II 333 Mhz dostałem kartę graficzną Voodoo III 3000 16 MB. W sumie planowałem oddać ten procesor za nieco lepszy procesor, np. 400 Mhz, ale nie chciałem robić zbyt dużych przerw pomiędzy wymianami, więc zdecydowałem się na kartę graficzną jako, że była pod ręką. Tak sobie myślę, że muszę wyrwać się z tych klimatów sprzętu komputerowego i moje Voodoo III oddać w zamian za „coś z zupełnie innej beczki”. Jakieś propozycje?

A tak Piotrek pisze o swojej ex-karcie: „Voodoo 3 3000 16 mb z wyjściem s-video. Dawno temu bardzo dobra karta graficzna nieistniejącej już firmy 3dfx. W chwili obecnej kawałek złomu. Jak dotąd byłem jedynym właścicielem. Karta posiada tajemniczy biały nalot w okolicach niektórych złącz lutowniczych. Jego pochodzenie jest mi nieznane.”

Niestety możemy tylko spekulować skąd na karcie wziął się tajemniczy nalot. Piotrek mówi, że kartę kupił na przełomie stuleci, a jak wiemy był to czas, kiedy szerokopasmowy internet nie był jeszcze tak popularny i ludzie częściej niż dziś zaopatrywali się w nielegalne oprogramowanie i multimedia na giełdach komputerowych. Wydaje mi się, że karta trzymana była w tych samych magazynach co pirackie oprogramowanie, a pewnego dnia policja chcąc rozprawić się z handlarzami nielegalnym softem, urządziła nalot na magazyn, a jego pozostałości widać na karcie. Taka teoria. Oddam w dobre ręce kartę graficzną z nalotem policyjnym.

zamiana3.jpg

Dziesięć lat później

Dla mnie wszystko zaczęło się mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych. Tak, to dosyć wcześnie. Nie jestem pewien, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem vlepkę w komunikacji miejskiej, jednak doskonale pamiętam co ona przedstawiała – zilustrowany niepokojącą grafiką tekst „Nie ma miliona na spalanie, jest dziesięć milionów na recykling”. Musiało to być jednak bardzo, bardzo dawno temu, ponieważ były to czasy kiedy słówko recykling było mi jeszcze zupełnie obce, a jego znaczenie nie zostało wyjaśnione mi tak prędko. W każdym razie tajemniczy obraz pozostał gdzieś w głowie, choć teraz już wiem, że pewnie sama vlepka zniknęła już wkrótce zerwana przez tak zwanych zrywaczy, czyli kolekcjonerów vlepek, bądź służby czyszczące (ewentualnie samozwańcze, w postaci pasażerów działających w czynie społecznym). Minęły dni, miesiące, a może lata zanim dowiedziałem się, że to co wtedy widziałem było tak naprawdę vlepką, czyli drobną formą graficzno-tekstową rozlepianą w autobusach w postaci robionych odręcznie, bądź przygotowywanych komputerowo naklejek. Jedni nazywają to sztuką, inni wandalizmem, a ja po prostu vlepką. Szczególnie utkwiły mi w pamięci niezwykłe klimatyczne naklejki pewnej zagadkowej postaci, której tożsamość do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą, a która podpisywała się charakterystycznym symbolem przypominającym trójkąt w okręgu. Nigdy nie zapomnę naklejki z klimatycznym rysunkiem i tekstem „Mosty tonące we mgle”. O co chodziło? Dlaczego ta naklejka była tak bardzo intrygująca? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć do dziś. Jakiś czas później zacząłem regularnie wypatrywać vlepek w autobusach, czytać je i poszukiwać wciąż nowych. Wkrótce pojawiło się też pragnienie posiadania ich na własność i tak zostałem zrywaczem, co z punktu widzenia mojej dalszej „kariery” vlepkarskiej było raczej plamą w życiorysie. Nadszedł jednak taki dzień, (myślę, że było to gdzieś w czerwcu lub lipcu 1997), że postanowiłem także sam zacząć vlepiać, a wprowadziwszy swój zamysł w czyn, trwałem w nim przez kolejne miesiące i lata. „Odkupiłem” swoje winy jako osoby zrywającej cudze vlepki, spotkałem się zarówno z pozytywną, jak i negatywną reakcją współpasażerów, a także z obojętnością i złością kierowców (choć przypomnę, że nigdy nie chodziło tutaj o wandalizm, niszczenie mienia, szkodzenie komukolwiek, a raczej o ubarwianie czasu podróżnym, tworzenie czegoś nietypowego i świeżego jak na tamte czasy, a do vlepiania wybierane były zazwyczaj pewne określone miejsca). Mógłbym pisać o tym dużo i sentymentalnie, ale nie to jest głównym tematem tej notki. Vlepki i cała atmosfera z tym wszystkim związana dały mi dużo, ale mijały miesiące, lata, a ja zająłem się innymi sprawami, kilka razy próbując powrócić do działania. W tym roku najprawdopodobniej mija 10 lat odkąd przykleiłem swoją pierwszą vlepkę, i nie pisałbym pewnie o tym tutaj, gdyby nie pewna wystawa, której wernisaż miał miejsce w sobotę w jednej z warszawskich galerii. Organizatorzy zapowiadali około 2 tysięcy vlepek, wśród których miały znaleźć się także te z lat ’90, czyli moich vlepkowych dni. Akurat udało mi się zaplanować dzień tak, żeby tam wpaść i powspominać trochę i nie żałuję. Warunkiem wejścia na wernisaż było przyniesienie własnej vlepki, więc odgrzebałem pewną płytkę z roku 1998 (pamiętam, że wypaliłem ją w specjalnym punkcie usługowym, bo wtedy jeszcze raczej nikt nie posiadał własnej nagrywarki cd), odnalazłem na niej wersje elektroniczne moich niektórych naklejek, wybrałem jedną z nich i wydrukowałem po raz pierwszy od wielu lat (co ciekawe, na papierze naklejkowym z tej samej ryzy co wtedy). W galerii masa wspomnień i świetna atmosfera. Był też konkurs (losowanie wizytówek) w którym na dzień dobry udało mi się wygrać kopertę z zestawem vlepek. Świetnie było powspominać stare dobre czasy, zobaczyć wzory, których nie widziało się już od tak dawna, mieć świadomość, że gdzieś wokół są ludzie, którzy też vlepiali, a do tej pory byli znani ci tylko poprzez swoje naklejki i widniejące na nich ksywki. Nie udało mi się rozszyfrować tajemnicy postaci sygnującej swoje prace trójkątem w kółeczku, jednak porozmawiałem z kilkoma osobami, powspominałem tamte dni, pooglądałem trochę vlepek i poszedłem w miasto, bo to nie była jeszcze ostatnia pozycja w moim rozkładzie jazdy na dziś. Przy okazji naszła mnie jeszcze jedna refleksja. Abstrahując od tego, że ostatnio zamiast vlepek coraz częściej widzimy naklejki reklamowe i ogólnie „czasy już nie te”, to uświadomiłem sobie, że gdyby takich naklejek znowu było tak dużo jak kiedyś, to w dobie wszechobecnych aparatów cyfrowych (także w telefonach komórkowych), zrywaczom-kolekcjonerom można by zaproponować alternatywną metodę zbierania vlepek, a mianowicie mogliby je po prostu fotografować, zamiast zdzierać i wklejać do zeszytów, albo chować po szufladach. Niestety – tak jak pisałem przed chwilą – „czasy już nie te”. Wlepek nie widać już na ulicach tak często jak kiedyś, pomysły nie tak różnorodne jak dawniej, atmosfera tajemnicy gdzieś zniknęła – tamte dni już nie wrócą. A może to ja się zestarzałem?

21-04-07_1750_430.jpg

Zamiana 2

Nowym posiadaczem mosiężnej płytki stał się Moob, który dał mi w zamian za nią pewien stary procesor. Oto jak Moob pisze o przedmiocie, który od niego dostałem.

„Intel Pentium II 333 Mhz Slot 1. Dosyć niewielkich gabarytów kontroler
wykonany w technologii, która nigdy się nie przyjęła. Znaleziony przy
śmietniku, wśród szczątków szkolnych komputerów złomowanych tamże,
jako jedna z niewielu części, która nie została rozgrabiona lub
bezmyślnie zniszczona. Po obdarzeniu nową obudową i radiatorem, i po
umieszczeniu na odpowiedniej płycie głównej – działał jak złoto. Wciąż
sprawny.”

zamiana2.jpg