Archiwa

Trzeci

Napisałem maila do wspomnianego już Kyle’a, który dokonał cudów przy pomocy jednego małego czerwonego spinacza. Byłem ciekaw jak zapatruje się na osoby chcące zrealizować podobny projekt i czy miałby coś przeciwko. Jak sam kiedyś napisał, istnieje dziecięca zabawa oparta na takim samym mechanizmie, a on po prostu (a może aż? – proste i genialne!) przeniósł ją na większa skalę i do sieci. Dziś otrzymałem maila z odpowiedzią. Była prosta, lecz treściwa „go for it! have fun,”. Czy to mój trzeci znak?

Na chuj mi dom w prowincji Saskatchewan?

Wczoraj stało się jakoś tak, że znalazłem się w autobusie, w którym o mały włos bym nie był, bo do ostatniej chwili wahałem się pomiędzy dwoma scenariuszami „jechać na fajne zajęcia” oraz „zostać w domu i nadrabiać to, co jest do nadrobienia”, aż w końcu wybrałem ten pierwszy (i nie żałuję!). Jednak nie będę tutaj pisał ani o zajęciach (które były fajne), ani o tym co planowałem robić w domu (bo to średnio porywające dla osób które nie są mną), tylko skupię się na tym, co leżało na brudnej podłodze autobusu linii 506. Nie planuję zbyt długo budować w tym miejscu napięcia, co by rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami czytelnika, a faktem zastanym nie okazał się zbyt duży. Tak więc leżał spinacz. Jakoś tak się złożyło, że sprawił on iż przypomniałem sobie o pewnym sprytnym człowieku, który zamienił mały czerwony spinacz na dom jednorodzinny. To znaczy nie tak od razu. Najpierw oddał go w zamian za długopis, który potem wymienił na jakiś uchwyt, następnie na sprzęt do grillowania, generator prądu, zestaw imprezowy, skuter śnieżny, wycieczkę do Yahk, samochód, kontrakt muzyczny, rok darmowego mieszkania w Phoenix, jeden wieczór z Alice Cooper, śnieżny globus, rolę w filmie i w końcu na dom jednorodzinny w miejscowości Kipling w prowincji Saskatchewan. Zauważyłem, że ten spinacz, leżący sobie tak niewinnie na podłodze, działa na mnie jakoś niezwykle inspirująco, ale jako że często zdarza mi się tak, że jakiś niepozorny obiekt, słowo, czy wydarzenie generuje w mojej głowie trudno kontrolowalny strumień myśli, to czym prędzej zdusiłem ten dziwny pomysł, który zaczął mi gdzieś tam kiełkować i skupiłem się na innych sprawach. Do czasu. Kilka godzin później, w przerwie fajnych zajęć na które tak bardzo pędziłem, na blacie szkolnej ławki znalazłem kolejny mały przedmiot. I nie byłoby tego tekstu, gdyby drugim przedmiotem nie okazał się również spinacz. Ponownie zdusiłem kiełkujący w mojej głowie pomysł i znowu zająłem się innymi sprawami. Pomyślałem sobie „do trzech razy sztuka”, jednak trzeci raz nie nastąpił. Czekałem minuty, kwadranse, godziny, aż w końcu następnego dnia zdecydowałem się napisać ten tekst i zadać sobie kluczowe pytanie. Na chuj mi dom w prowincji Saskatchewan?

Nowa jakość

      Pewien niepozorny dzień roku 2003 zmienił moje życie. Nie chciałbym tutaj zbytnio przesadzać, ale czytam poprzednie zdanie już po raz któryś i nadal nie dostrzegam w nim ani odrobiny przerysowania. Muszę to wyjaśnić, ponieważ za chwilę napiszę co stało się przyczyną tej życiowej rewolucji i obawiam się, że możesz uznać to za banał. Tak więc napiszę to jeszcze raz, z pełną odpowiedzialnością za moje słowa: pewien niepozorny dzień roku 2003 zmienił moje życie. Tego dnia dowiedziałem się czym jest flash mob. W pierwszej chwili zjawisko to wydało mi się niezwykłe i wprost nieprawdopodobne. W kolejnych chwilach zresztą też. I tak ten stan trwa już do dziś, choć tamte czasy już dawno przeminęły. „The next social revolution”, jak to ktoś kiedyś określił. Tamten niepozorny dzień był jak mała śniegowa kulka, która wkrótce uruchomiła lawinę i gdyby coś wtedy potoczyło się inaczej, to dziś pewnie moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Nie chodzi mi o to czy gorzej czy lepiej. Mam tu na myśli długoterminowe zmiany na dużą skalę jaką wywołało tamto jedno zdanie, które być może brzmiało nawet inaczej, ale jego sens jest następujący: „Ty pewnie wiesz czym jest flash mob”. Nie wiedziałem.
      Nie chcę rozwodzić się tutaj nad szczegółami tego złożonego łańcucha zdarzeń, który doprowadził mnie do chwili obecnej, ale muszę wyraźnie zaakcentować jak wielki wpływ miały flash moby na moje życie i dlaczego to zjawisko nadal jest mi tak bliskie, choć ta magiczna moda już dawno przeminęła. Pamiętam początek. Dowiaduję się, że grupa ludzi gdzieś się pojawia i robi coś tak niewiarygodnego, że aż trudno mi w to uwierzyć. Na parę dni przed akcją synchronizacja zegarków. Na drzwiach wisi kartka przypominająca o godzinie zero. Człowiek pojawia się na miejscu akcji, wiedząc że przywiodła go tutaj jakaś tajemnicza informacja, która pojawiła się w sieci. Wokół być może inni wtajemniczeni ludzie. Nie wiesz kto już wie, a kto dopiero za chwilę się dowie. Zmowa milczenia. Klimacik. I nagle zaczyna się. Jak podróż w inny wymiar.
      To było wtedy. A teraz? Być może będę pisał pracę magisterską właśnie na temat tego zjawiska. Dzięki niemu lepiej poznałem swoje miasto. Lepiej poznałem też siebie. Zafascynowałem się nietypowymi inicjatywami. Zacząłem realizować dużo własnych projektów. To zdeterminowało masę innych rzeczy w moim życiu. Poznałem wiele niezwykłych osób. Miałem kontakt z rzeczami tak niezwykłymi (i oczywiście nie mam tutaj na myśli samych flash mobów), że gdyby ktoś powiedział mi o tym na początku roku 2003, to nie wiem czy bym uwierzył. To tylko wierzchołek góry lodowej. Flash mob wraz ze swoimi konsekwencjami w jakimś stopniu wpłynął chyba na większość aspektów mojego życia (oczywiście w różnym stopniu).
      FM niestety już się wypalił. Nie łudźcie się, że jeśli gdzieś kiedyś znajdziecie informację o kolejnej akcji, to poczujecie to co my w tamten jesienny wieczór. Nie ma zmowy milczenia. Nie ma tajemnicy. Podziemna organizacja oplatająca cały świat gdzieś wyparowała. Globalna sieć wtajemniczonych wróciła do swoich biurek i ławek. Są jakieś osoby, które coś gdzieś kiedyś słyszały. Czasami grupują się i próbują reanimować legendę, jednak prawda jest taka, że z flash moba pozostały już tylko dziwne działania w niewielkiej grupce osób (smutne, że dla wielu flash mob sprowadza się tylko do tego) i inspirowane tym zjawiskiem akcje reklamowe. Coś tam się dzieje jeszcze w niektórych miastach i państwach, jednak to zupełnie inna historia. Kijów robi. Sydney robi. Petersburg robi. Pięknie, że działają, ale nie ma już globalnej sieci, rozumienia się bez słów, tajemnicy (jeśli wiesz czym jest flash mob, a nigdy w nim nie uczestniczyłeś, to jesteś chodzącym dowodem potwierdzającym moją tezę).
      Myślisz więc, że ten tekst jest o flash mobie? Mylisz się więc. On jest o rewolucji. „Flash mob – the next social revolution”. Właśnie tak ktoś kiedyś napisał i zgadzam się z nim. Jeśli w tym momencie brzmię dla ciebie jak obłąkany, to przeczytaj jeszcze raz co napisałem na początku. Niezwykłość. Świeżość. Coś co nie było podobne do niczego innego. Flash mob. Pewnego dnia uświadomiłem sobie, że najprawdopodobniej za swojego życia nie uświadczę drugiej takiej rewolucji.
      Nie trafiłem jednak nadziei i czekałem. Mijały dni, tygodnie, miesiące, a w końcu i lata. W pewnym momencie zrozumiałem, że nie wystarczy tylko czekać i szukać, ale trzeba też działać. Postanowiłem spróbować stworzyć coś nowego. Moją własną rewolucję. Droga do niej była długa i chaotyczna. W końcu w grudniu 2005 narodził się projekt Urban Playground. Nigdy o nim w tym miejscu nie pisałem, ponieważ nie planowałem wspominać tutaj o działaniach happeningowych, które realizuję, ale jest to chyba dobry moment, żeby zrobić to po raz pierwszy. Tak więc Urban Playground miał być moją odpowiedzią na Flash Mob. Nie był to pierwszy pomysł, który próbowałem wdrożyć na dużą skalę, ale dopiero ten chwycił w takim stopniu jak tego chciałem. I stało się. Urban Playground wywołał lawinę. Kolejne „gry miejskie”, „miejskie podchody dla ludzi w każdym wieku”, „miasta jako plansze” zaczęły pojawiać się w rozmaitych miejscowościach. Nazwanie Urban Playground nową rewolucją byłoby nieskromne i moim zdaniem z pewnością przesadzone, ale na pewno udało mi się stworzyć i wypromować pewien świeży nurt miejskich happeningów. Flash mob był nadal jedyną rewolucją jaką przeżyłem w swoim życiu i chyba tak już pozostanie. Są osoby, które twierdzą że urban playground to zjawisko równie, jeśli nie bardziej ciekawe. Ja chcę pisać pracę magisterską o flash mobach, a ktoś już pisze o urban playground. Wkładam w ten projekt dużo czasu, pracy i serca. To drobiazgowo skonstruowana mieszanka miejskich podchodów, interaktywnego opowiadania realizowanego w przestrzeni miejskiej i globalnej zagadki do której podpowiedzi można szukać wszędzie. Czuję się spełniony, cieszę się, ale nie jest to „the next social revolution”. Flash moby po raz pierwszy wykorzystały internet i nowe technologie telekomunikacyjne do pokierowania pewną grupą obcych sobie osób w fizycznej przestrzeni. Właśnie to było tutaj rewolucją, choć z pewnością o atrakcyjności zjawiska decydowały przede wszystkim takie elementy jak przełamywanie rutyny, niekonwencjonalne działanie, zaskoczenie, zdziwienie na twarzach przechodniów, bycie częścią niezwykłego spektaklu, atmosfera tajemnicy, zmowa milczenia i wiele, wiele innych. Jednak zarówno we flash mobach jak i w projektach typu urban playground istotną rolę odgrywa suma „internet + miasto”. Pojawiła się fiksacja na tych dwóch elementach, a może prawdziwa „next social revolution” kryje się w zupełnie innym miejscu?
      Bill z Nowego Jorku, legendarny twórca flash mobów nie przewidział wszystkiego od początku do końca. Zjawisko zaczęło żyć własnym życiem, a to w jakiej formie rozprzestrzeniło się po świecie zależało w dużej mierze od przypadku. Nie chcę wdawać się tutaj w szczegóły, ale uwierzcie mi że tak właśnie było. I może właśnie tutaj kryje się rozwiązanie zagadki? Może takich społecznych rewolucji nie tworzą ludzie, może one powstają same, czy raczej przy współpracy człowieka i przypadku?
      Rozmawiałem dziś przez internetowy komunikator z pewnym flash mobowiczem, który swego czasu brał bardzo aktywny udział w działaniach całego kolektywu. Rozmawialiśmy dosyć długo, między innymi o rzeczach, o których pisałem wyżej.

****** (21-11-2006 22:17:22)
Tak jak zauważyłeś wcześniej, wydaje mi się ze takie Duże Rzeczy biorą się bardziej ze splotu okoliczności, w tym NOWYCH okoliczności, niż z pracowitego wymyślania czegoś opartego na starych rozwiązaniach. Wlaśnie udało mi się powtórzyć to, co mówiłeś już 3 razy ;-)
Ja (21-11-2006 22:17:51)
Heh, ale powtórzyłeś to w sposób zwarty i świeży :) Chodzi mi o to, że nie szukam rozwinięcia istniejących już elementów „internet”, „przestrzeń miejska”, tylko o coś zupełnie nowego, mieszankę zupełnie innych elementów. Może pokombinujmy trochę dadaistycznie.

I właśnie w ten sposób narodził się pewien zestaw słów. Dadaiści potrafili losować przypadkowe wyrazy z kapelusza, więc czemu my mielibyśmy nie spróbować przywołać nieco nieprzewidywalności celem sprowokowania „next revolution”? W tym samym momencie mieliśmy przesłać sobie zestaw trzech słów. Ja wylosowałem swoje ze słownika języka niemieckiego, a mój rozmówca wydobył własną trójkę z głowy. Po chwili na ekranie migotało sześć słów.

Ja (21-11-2006 22:27:08)
„sekretnik” „zasięg słuchu” „przeciwnik”
****** (21-11-2006 22:27:11)
miłość – identyfikacja – nos
Ja (21-11-2006 22:27:16)
Buehe :D
Ja (21-11-2006 22:27:20)
I co my tu mamy? :D
****** (21-11-2006 22:27:21)
:D
****** (21-11-2006 22:27:34)
Niezły zakręt :P
Ja (21-11-2006 22:27:40)
„sekretnik” „miłość” „zasięg słuchu” „identyfikacja” „przeciwnik” „nos”
Ja (21-11-2006 22:27:43)
Faza niezła :)
Ja (21-11-2006 22:27:45)
Teraz kombinujmy.
Ja (21-11-2006 22:27:57)
Patrz, mamy dwa zmysły… słuch i węch :)
Ja (21-11-2006 22:28:07)
Przeciwnik i identyfikacja kojarzą mi się z grami miejskimi.

Te sześć słówek miało niezwykle inspirujące działanie. Błyskawicznie w mojej głowie narodził się pewien pomysł, jednak był on zbyt podobny do Urban Playground, więc niestety zdecydowałem się go odrzucić. Fiksacja na mieście i internecie nie ustępuje.

****** (21-11-2006 22:43:51)
Czy chcemy ‚grać’ ludźmi, w sensie – czy to wymaga przemieszczania? I czy przemieszczanie jest środkiem czy sensem?

Wspominam coś o internecie i przestrzeni miejskiej.

****** (21-11-2006 22:44:25)
No właśnie, to jak układ nerwowy i ciało, tak?
Ja (21-11-2006 22:44:26)
Choć w naszych sześciu słowach nie było o tym mowy, to od razu założyłem że to ma się dziać w mieście, a ludzie maja być powiadamiani przez net… ehh
****** (21-11-2006 22:44:40)
Przepływ informacji uruchamia ludzi i każe im coś robić.
Ja (21-11-2006 22:44:46)
Ale pytanie czy musimy mieć takie nerwy i takie ciało? Dadaizm miał nam pomóc się właśnie od tego oderwać

Wcześniej umówiliśmy się jednak, że podobny zabieg zrobimy też z pojedynczymi słowami, a nie ich trójkami. Tak oto do naszej magicznej szóstki dołączyły jeszcze dwa słowa.

****** (21-11-2006 22:56:22)
7 piętro
Ja (21-11-2006 22:56:27)
Niepewność
Ja (21-11-2006 22:56:30)
:D
Ja (21-11-2006 22:56:32)
- Ładnie :D

Co ciekawe, nasze osiem słów idealnie mieści się w opis na komunikatorze internetowym. Ani jednego słowa, liczby czy spacji więcej. Czy to jakiś znak?

„Sekretnik”, „miłość”, „zasięg słuchu”, „identyfikacja”, „przeciwnik”, „nos”, „7 piętro”, „niepewność”. Nowa rewolucja kryje się w tych ośmiu słowach – co do tego nie mam wątpliwości! Pytanie tylko, kto pierwszy ją w nich dostrzeże?