Archiwa

Durban (eThekwini), KwaZulu-Natal, RPA

P8230089.jpg

Początkowo było standardowo, ale już na ziemi afrykańskiej ta standardowość gdzieś wyparowała. W Johannesburgu obudził mnie stukot kół uderzających o płytę lotniska. Chwilę później ze zdumieniem stwierdziłem, że beton pod nami powoli zaczyna się kończyć, ustępując miejsca połaciom rozkopanego terenu, który prawdopodobnie wkrótce również stanie się lotniskiem. „Wkrótce” to jednak jeszcze nie „teraz”, więc miałem prawo odetchnąc z ulgą, gdy pan pilot beztrosko skręcił w lewo prawie na krawędzi płyty lotniska. Kolejna niespodzianka czekała już w terminalu, gdzie zamiast selekcji „obywatele UE” i „pozostali” do której przywykłem na lotniskach europejskich, powitały mnie tabliczki „obywatele RPA i innych państw afrykańskich” i „pozostali”. To pierwszy sygnał przypominający mi o tym, że Polska i Europa już daleko za mną. Tutaj pięć punktów za „niefajność” dla pani z lotniska, która najwyraźniej w godzinach pracy praktykuje sobie przed oficjalnym startem w próbie bicia rekordu guinessa w kategorii „najdłuższa obsługa petenta”. Kolejka posuwa się w tempie iście szokującym i przyprawiającym o ziewanie, głupie dowcipy i senność. Sąsiedni rządek przemieszcza się znacznie sprawniej, a o tym „dla obywateli RPA i innych państw afrykańskich” nie warto nawet wspominać. W końcu „johannesburgska selekcja” za mną, ale to jeszcze nie koniec niespodzianek. Teraz czas na lot z Johannesburga do Durbanu. Na lotnisku podróżni witani są przez uprzejmych lokalnych panów w pomarańczowych strojach, którzy prawie, że za rękę prowadzą do odprawy bagażowej. Po zdaniu bagażu trzeba dostać się na terminal lotów lokalnych, nad wejściem do którego widnieje uroczy napis „wchodzisz na własne ryzyko”.

P8210010.jpg

Nie bardzo mam inną opcję, więc ryzykuję i już po chwili jestem na stosunkowo najsłabiej oznakowanym terminalu jaki kiedykolwiek widziały moje oczy. A może to po prostu ja już nie kontaktuję. W każdym razie nie narzekam, bo po części dzięki temu unikam kolejki wchodząc przez bramkę dla personelu pokładowego, a nie dla pasażerów. Możliwe, że to ja mam jakieś zaburzenia percepcji, a samo lotnisko jest OK, ale już monitory nad gate’ami mogliby powiesić, żeby człowiek miał pewność, że czeka we właściwym miejscu i nic się w trakcie czekania nie zmieniło. Jeśli ktoś czytając ten tekst właśnie w myślach zwyzywał mnie od bezmózgów nie potrafiących słuchać komunikatów zapodawanych przez radiowęzeł, to uprzejmie spieszę donieść, że z głośników dobiegała tylko jedna zapętlona informacja, której dokładnie nie zacytuję, ale jej sens oddają mniej więcej takie słowa: „Uwaga, na tym terminalu nie informujemy o zmianach w rozkładzie lotów. Ruszcie dupy i poszukajcie sobie sami.”

P8210012.jpg

W końcu gate C13 się otwiera i można wbić się do Boeinga 737-300, który po 10 godzinach lotu w gigantycznym Airbusie, wydaje się dosyć klaustrofobiczny. Oprócz standardowego szkolenia z serii „zapnij pasy, sprawdź kamizelkę, tu są drzwi ewakuacyjne” pojawia się pani, która daje specjalny show dla ekipy, która miała ten zaszczyt usiąść przy drzwiach ewakuacyjnych w centralnej części samolotu. Ponieważ siedzę jedno siedzenie przed nimi, to mam przyjemność podsłuchać część tego, co „dla pokrzepienia serc” mówi pani z personelu pokładowego. Sądząc po wyrazie twarzy grupka wybrańców czuje się dosyć niezręcznie wiedząc, że w przypadku ekstremalnym będą musieli „po zdjęciu tej klapki, otworzyć drzwi o w ten sposób i wyjść tam na skrzydło”. „To jeszcze raz. Tu jest klapka, to pan przekręci, drzwi się otworzą, a pan pójdzie o tam na skrzydło.” Samolot jest nabity na full a wiele osób chyba nie wie czym jest bagaż podręczny. Niektórzy mają przy sobie pakunki większe niż ja w luku bagażowym. Niektórzy przeginają na tyle, że stewardessa musi interweniować i zanosić stuff na dół – „I’m sorry, Mrs. I have to put this in the hole”. W takim tempie to my nigdy nie polecimy. Jakaś babka chce siedzieć obok swojego dziecka, a ponury typ nie chce zamienić się na miejsca, bo nie widzi mu się przekładać bagażu do innego schowka. Nawet nie chce mi się sprawdzać ile mam już opóźnienia. W końcu całe zamieszanie dobiega końca, okazuje się, że nie jestem w ukrytej kamerze i możemy już lecieć. Wyluzowany pilot oznajmia, że „We will be little late, folks!” i samolot rusza. Oczywiście pas startowy zajęty i znowu trzeba czekać, ale już zdążyłem się przyzwyczaić. Start i lądowanie. Krótki lot. Po kilkudziesięciu minutach wysiadam na lotnisku w Durbanie i tu miłe zaskoczenie – nie trzeba czekać na autobus. Kierowani przez obsługę idziemy do terminalu po płycie lotniska. Lotniskowa toaleta jest jakoś dziwnie wyposażona, bo nie ma w niej ani skrawka jednorazowego ręcznika, ale jest za to cała góra darmowych prezerwatyw. Trudno się mówi.

P8230086.jpg

Co ciekawego w mieście? W hotelu mówią „lepiej jechać taksówką niż iść pieszo”. Czyżby? Ekipa z recepcji nie jest w stanie ustalić wspólnej wersji. Pan twierdzi, że lepiej nie chodzić po ulicach, a pani nie widzi zagrożenia. To jak to w końcu jest? Wszelkie wątpliwości rozwiewa zasłyszany news, że na jedną grupę obcokrajowców rzuciło się pięcioosobowe towarzystwo z nożami, a innym wybili na światłach szybę i ukradli co ukraść się dało. W biały dzień? To chyba jednak lepiej poruszać się podstawionymi autobusami (sponsored by Siemens) kursującymi pomiędzy hotelami i International Convention Centre (w rozbudowie). Kolejne sugestie odnośnie nie przechadzania się po ulicach posypały się ze wszystkich stron. Spacery po mieście odradzała pani przewodnik z wycieczki po mieście, obsługa hotelowa i inni turyści.

P8230105.jpg

Co jeszcze widać? Przepaść pomiędzy najbogatszymi a najbiedniejszymi. Nowoczesne budynki wyładowane marmurami i zbieracze kartonów. Na ulicach plakaty kampanii społecznej „don’t give them money or food”, a gdzieś tam w centrum miasta gigantyczny IMAX i domki za 1 000 000 ZAR (około 500 000 ZŁ).

P8230090.jpg

Co słychać?
Pod plażowym namiotem, na scenie, buja publiką zespół znany jako „Black Rainbow”, a na zewnątrz okolica obstwiona radiowozami i mundurowymi. Wieczorem okazuje się, że problemem policji są nie tylko ataki na turystów, ale też wygaszanie lokalnych konfliktów. Z okna widzę, jak lokalna kobieta handlująca na straganie o północy (!!!) próbuje przegonić lokalnego typa, który postanowił zdrzemnąć się na chodniku. W końcu z gościa wychodzi dusza damskiego boksera, ale w porę zjawia się pan policjant, chwyta z jakiegoś straganu pałkę i zaczyna pałować napastnika chcąc przegonić go trochę dalej. Facet jest oporny, ale w końcu ulega i idzie spać w innym miejscu. Długo sobie jednak nie pospał, bo jakiś czas później zjawił się furgon, który zabrał go w jakieś inne miejsce. A na horyzoncie wzburzone morze i radiowozy patrolujące wybrzeże.

P8220068.jpg

Warta zacytowania jest wymiana zdań Indiańskim Markecie, gdzie sprzedawca poczęstował mnie rewelacyjnymi przyprawami.
W końcu rozmowa zeszła na to na co prędzej czy później musiałaby zejść w obcym kraju.
Ja: – I’m from Poland.
Sprzedawca: – Poland?
Ja: – Yes, Poland. Yyy… small country between Germany and Russia.
W tym momencie pragnę przeprosić wszystkich urażonych Polaków za takie podsumowanie naszego kraju. Musiałem wymyślić coś w ułamku sekundy.
Na szczęście w drodze powrotnej, na lotnisku podczas wydawania kart pokładowych, było już trochę lepiej.
- Do you know where is it? – zapytałem.
- Yyy… Europe. – odpowiedział pracownik lotniska zdaniem twierdzącym, lecz z nutką niepewności w głosie.

P8230084.jpg

Teraz kwestia elektryczności. Przejściówek z lokalnych „potrójnych” gniazdek na nasze europejskie było zaledwie kilka na cały hotel, więc były towarem raczej deficytowym i czasami trzeba było się nieźle naczekać, żeby jakąś dostać. Uzależnienie od prądu? Pośrednio. Napędza kamerę, aparat, odtwarzacz mp3, laptopa i golarkę. Co robi zdolny Polak gdy nie może dostać przejściówki „kontynentalnej”? Radzi sobie biorąc przejściówkę „brytyjską” i wduszając w nią scyzoryk albo inny obiekt odpowiednich rozmiarów. Wtedy zamknięte do tej pory otworki w cudowny sposób otwierają się i nasze polskie wtyczki bez problemu wchodzą do środka. Nie wiem czy tak się powinno robić, ale do tej pory jeszcze nie rozwaliłem sobie w ten sposób żadnego sprzętu, więc nie narzekam.

P8230082.jpg

Bandyckie jest „commission rate” w kantorach. Raz potrącili sobie 43 ZAR innym razem 34 ZAR. Żeby było ciekawiej nie mogę wymienić waluty bez okazania paszportu, który pani w okienku kseruje sobie na pamiątkę. Do plusów można zaliczyć obsługę hotelową, która jest luzacka. W końcu 26 sierpnia nadszedł dzień odlotu. Tym razem przede mną jeszcze więcej czasu w drodze, bo powrót nie przez Johannesburg, tylko przez Cape Town. Pod koniec około 2 godzinnego lotu z Durbanu do Cape Town solidnie wszystkich wytrzęsło, co po szczęśliwym lądowaniu pilot skomentował z uśmiechem, a kilka minut wcześniej siedzący za mną dzieciak dobitnie podkreślił puszczając pawia (niestety tylko częściowo do torebki).

maska_wycieta.jpg

Podczas lotu międzykontynentalnego też troszkę trzęsło. W sumie ciężko powiedzieć, bo przez dłuższy czas sobie spałem. Na lotnisku we Frankfurcie pani prześwietlająca bagaż zadała mi istotne pytanie:
- Why do you have nails in your bag?
Na co zareagowałem zdziwieniem i z zainteresowaniem zacząłem przyglądać się obrazowi widocznemu na monitorze. Rzeczywiście, kilkanaście gwoździ ułożonych w formie owala. W tym momencie zakontaktowałem, że przecież mam w plecaku afrykańską maskę, która w chwilę później stała się obiektem zainteresowania zgromadzonych wokół mnie pracowników lotniska.

P8220016.jpg

Acha, chyba muszę w końcu wymienić paszport. We Frankfurcie babka po prostu się zdziwiła, ale już w Warszawie celnik śmiał się z mojego zdjęcia. To by było na tyle. Już jestem w letniej Warszawie, a subtropikalna zima gdzieś daleko na południu.

Cel: Durban

durban1.jpgdurban2.jpgdurban3.jpgdurban4.jpg

Ale najpierw trzy samoloty i 22 godziny drogi. :-/

Marks & Spencer

marksandspencer.jpg