Archiwa

30 sekund wczesniej, 20 sekund później

Miałem akcję na moście Grota. Jest już po zmroku. Jadę sobie 510 spod dworaca centralnego i czytam książkę. Siedzę sobie na samym przodzie po prawej stronie. W autobusie nie jest tłoczno, więc nikt mi nie zasłaniał przedniej szyby. Nagle odrywam wzrok od książki i wyglądam przez przednią szybę. Jechaliśmy środkowym pasem. Dokładnie w tym samym momencie z prawego pasa jakiś samochód wybija się do góry, przekręca w powietrzu i wlatuje na nasz pas. Kolejną rzeczą jaką widzę jest ten samochód, a konkretnie jego podwozie, które zbliża się w moim kierunku. Niezwykłym fartem samochód nie wbija się w przednią szybę mojego 510, tylko upada na granicy środkowego i lewego pasa i wśród iskier sunie w lewą stronę. Samochody, które były w pobliżu zatrzymują się, kierowcy wybiegają na ulicę, pasażerowie z niedowierzeniem wyglądają przez okno, jednak moje 510, które cudem uniknęło wypadku mknie dalej. Teraz pierwszy odruch to chwytam za komórkę i chcę dzwonić na 112. Dosłownie 5 sekund po wypadku, więc interwencja byłaby szybka.

Jednak okazuje się, że jadę w rozdygotanym, starym autobusie i z jakiejkolwiek rozmowy przez komórkę nici. Muszę czekać do najbliższego przystanku, żeby powiadomić pogotowie i policję. Ktoś kto próbował kiedyś rozmawiać w takim autobusie przez komórkę ten wie co mam na myśli. Pewnie w międzyczasie zadzwonił już ktoś z kierowców, ale co mi szkodzi, ostrożności nigdy za wiele. Wysiadam na przystanku, dzwonię na 112 i wita mnie piękny komunikat, że muszę poczekać na zgłoszenie się operatora. W sumie nie jest tak źle, zgłosił się po minucie, ale czasami minuta to zbyt długo.

Nikotyna, czyli spisek, którego nie było

      Ponieważ dziś okazało się, że szkolenie biblioteczne skończyło się o 10:30, a szkolenie przeciwpożarowe miało zacząć się dopiero o 15:00, postanowiłem wybrać się na film na który chciałem wybrać się już od jakiegoś czasu, a mianowicie na „Nikotynę”. Jednak obejrzenie dobrego filmu (a moze jakiegokolwiek filmu?) w godzinach porannych nie jest takie łatwe. Gdy przeglądając o 10:25 Wybiórczą w Empiku na Marszałkowskiej zorientowałem sie, że do seansu w Kinotece pozostało już tylko 10 minut, czym prędzej opuściłem zacne mury salonu prasowego i skierowałem się w stronę KFC, żeby zaliczyć jakiś obiad. Przed chwilą skonstruowałem chyba nieco za długie zdanie. Wiem, że zalecane jest używanie rozbudowanych konstrukcji, ale nie wolno też przeginać w drugą stronę. Ale ja nie o tym chciałem… Dotarłem do KFC i zakupiłem żarcie. Twistera czym prędzej zjadłem w drodze, frytki wsadziłem w boczną kieszeń, a puszkę coli w tylną – kiedyś nie chcieli mnie wpuścić do kina z własnym prowiantem. Przy okazji dobra rada. Nie wkładajcie zimnej puszki do tylnej kieszeni, grozi martwicą zada. Wbiegam do kina, rzucam się na gościa w okienku i zadaję standardowe pytanie „Nikotyna 11:35. Zdążyłem?”. Pytanie było raczej formalnością, bo już po rozpoczęciu seansu też wpuszczają na salę. W najgorszym wypadku stracę reklamy i kawałek czołówki. Jeszcze rzuciłem okiem na monitor komputera przy którym siedział bileter i ze sporą satysfakcją stwierdziłem, że jest 11:35.
      – Tego seansu nie ma.
      Taka odpowiedź trochę zbiła mnie z tropu. Okazało się, że jestem jedynym chętnym. Podziękowałem, oddaliłem się na kilka metrów i zacząłem kombinować jak spędze najbliższe kilka godzin. Inny film czy może zrobić coś zupełnie innego? Jednak w chwilę po moim odejściu do kasy podszedł jakiś gostek i również został spławiony. Po krótkiej rozmowie wywnioskowałem, że mamy podobny problem. Zapanowało kilka minut niczego i typ wreszcie stwierdził, że o 12:15 jest seans w Atlanticu. Choć mieszkam w tej Warszawie już dosyć długo, a do kina chodzę dosyć często, to nie miałem jeszcze okazji uświadczyć żadnego seansu w Atlanticu. Jeśli nie zedrą ze mnie zbyt wiele, to wykosztuję się u nich na bilet. Poszedłem załatwić kilka spraw i na 5 minut przed seansem wpadłem do Atlantica. Zakupiłem bilet (16 zł, jeśli kogoś to interesuje; trochę drożej niż w Kinotece, ale nie jest tak źle). Ledwo odszedłem od kasy, a już natknąłem się na mojego współtowarzysza kinotecznej niedoli, który stwierdził, że z seansu prawdopodobnie znowu nici, bo potrzeba minimum 5 osób, a na razie są tylko trzy. Atmosferę grozy potęgował jeszcze Pan Ze Swoim Imieniem Na Identyfikatorze, który od czasu do czasu przypominał jak niewiele czasu zostało jeszcze do czasu rozpoczęcia seansu. Wyglądało na to, że trzeba będzie się udać do Silver Screena na Puławską (seans 13:45). Niestety nie mogłem sobie już na to pozwolić, bo nie zdążyłbym na 15 na szkolenie z serii „I tak nie zostaniesz strażakiem”. Gdy byłem już prawie pewien, że dziś sobie nie zapalę, stał się cud – drzwi do sali kinowej stanęły otworem. Pan Ze Swoim Imieniem Na Identyfikatorze wpuścił nas do sali. Choć oglądanie filmu rozpocząłem w 3 osobowym gronie, to po seansie okazało się, że w jakiś niewyjaśniony sposób, podczas projekcji widownia rozmnożyła się do 5 osób + Pan Ze Swoim Imieniem Na Identyfikatorze. Tak zakończyła się moja wspaniała historia z nikotyną. Wniosek jest jeden – w Warszawie ciężko obejrzeć film o wczesnej porze. Gdyby choć jedna z osób na widowni nawaliła i nie przyszła, to seansu pewnie by nie było. Ja spędziłbym następne kilkaset minut robiąc jakieś głupoty na mieście, a ten drugi typ udałby się do Silverscreenu, w którym seansu pewnie też by nie było. Morał: na poranne seanse chodźcie w zorganizowanych grupach.
A film? Bardzo dobry. Polecam wszystkim. Można się pośmiać, można wyciągnąć kilka wniosków na temat palenia. Moja refleksja po filmie: „Palenie szkodzi zdrowiu, ale rzucanie palenia jeszcze bardziej”, albo „Paląc zabijasz siebie, rzucając palenie zabijasz innych”. Czy jakoś tak…

nikotyna1.jpg
nikotyna2.jpg
nikotyna3.jpg
nikotyna4.jpg

The truth

„Dramatem naszych czasów jest to, że głupota zabrała się do myślenia” Jean Cocteau