Archiwa

O rzeczach ukrytych w moich książkach

Czasami ktoś zadaje mi pytanie, dla kogo są moje książki. Co wówczas odpowiadam? Wydaje mi się, że przede wszystkim są dla ludzi, którzy lubią wnikliwie badać przeczytany tekst, przyglądać się mu, prześwietlać w poszukiwaniu ukrytych znaczeń i później czerpać satysfakcję z tego, że udało im się odkryć coś, czego być może większość osób nie zauważyła. Moje książki są krótkie, ich przeczytanie może zająć jeden wieczór albo dwa, ale zabawy jest jeszcze na wiele dni.

I jeszcze jedna ciekawostka. Jestem chyba jednym z nielicznych autorów, którzy mogą dać się zaskoczyć własnym tekstom. Dlaczego? O co chodzi? Chyba o tę drobiazgowość – skrupulatnie budowaną strukturę opowieści, w której tylko cudem sam się nie gubię. Nie gubię? Do czasu! W każdym moim tekście – od pogmatwanego „Defektu pamięci”, przez dziwaczną „Rekonstrukcję”, enigmatycznie opowiadania ze zbioru „I nagle wszystko się kończy”, po tajemniczą „Rezydencję” – pełno jest znaczących detali i precyzyjnie umieszczonych drobiazgów, o których być może pamiętam w momencie tworzenia książki, ale później już niekoniecznie. Wiele rzeczy odkrywam dopiero na nowo w trakcie lektury i mówię wtedy do siebie z uśmiechem na ustach „Skubany, niezły jest”. Często się też wówczas zastanawiam, co jeszcze tam jest, a o czym mogłem zapomnieć i sam jeszcze tego nie odkryłem. Czytelnicy, pomożecie?

:(

Dziś dostałem z drukarni protokół zniszczenia źle wydrukowanych książek oraz zdjęcia z procesu utylizacji, o które prosiłem. To trochę przykry widok, gdy widzi się tyle niszczonych książek, szczególnie gdy ma się świadomość, że samemu było się osobą skazującą je na taki los. W protokole słowa: „fizyczne zniszczenie/gilotyna”. To brzmi prawie jak wyrok. Ale tak trzeba było postąpić. Niebawem drukarnia przygotuje poprawiony nakład. Ale zanim to nastąpi, muszę zniszczyć jeszcze kilkadziesiąt egzemplarzy, które zostały u mnie. Nie wiem jak się za to zabrać – nie tyle w sensie technicznym, co emocjonalnym. Może prościej będzie przekazać te książki do drukarni i poprosić, żeby to oni się tym zajęli?

Obiecałem, że jeszcze tu wrócimy – i wróciliśmy! Odbiór zwrotów z magazynu.

Konieczne było większe auto niż ostatnio. Do pomocy zgłosił się Marcin, który posiadał coś odpowiedniego. Zgarnął mnie spod swojej pracy przy Domaniewskiej i ruszyliśmy w kierunku Ożarowa Mazowieckiego – dobrze znana trasa (najpierw S8 a później ulica Poznańska) i bardzo dobrze znany adres docelowy – Firma Księgarska Olesiejuk, czyli największy dystrybutor książek.

Na miejscu tradycyjne formalności. Specjalny system skanuje rejestrację auta i zapisuje ją w komputerze. Na portierni pytają o imię, nazwisko, firmę, dają elektroniczną przepustkę otwierającą szlaban, odblaskową kamizelkę, w której należy poruszać się po terenie, a także dokumenty, które trzeba podstemplować na magazynie, żeby móc wyjechać.

Jedziemy pod ostatnią halę. Choć byłem tu już tyle razy, dopiero teraz zauważyłem, jak niezwykły widok roztacza się za nią – tuż za niskim ogrodzeniem widać tereny zielone, wiadukt oraz tory kolejowe. Ten obszar ogromnie kontrastuje z futurystycznymi, tętniącymi życiem wnętrzami magazynów dystrybutora, które pełne są książek, wysokich regałów, komputerów, taśmociągów, wózków widłowych, rozmaitych maszyn i krzątających się pomiędzy tym wszystkim pracowników.

Z magazynu wydano nam ważącą ponad 350 kg paletę, na której starannie poukładano i owinięto folią pudełka wypełnione po brzegi trzema pierwszymi książkami – „Miasto to gra”, „Kodem…” oraz „Raz na kilkaset lat”. Aby zapakować to wszystko do auta, musieliśmy rozerwać folię i wrzucać tam kartony pojedynczo, a nie zawsze było to łatwe – niektóre były naprawdę ciężkie i zdecydowanie nie nadawały się do przenoszenia przez jedną osobę. (Część książek zostało przepakowanych do ogromnych pudełek, a część znajdowało się w takich samych niewielkich pakunkach, w jakich kiedyś przyjechały do mnie z drukarni.) Jakoś sobie jednak z tym wszystkim poradziliśmy i ruszyliśmy w stronę Żoliborza, gdzie planowałem ukryć zwroty w mojej słynnej żoliborskiej skrytce – niewielkim pomieszczeniu o rozmiarach schowka na szczotki.

W tym miejscu pozwolę sobie zacytować słowa, które napisałem w 2008 roku, przy okazji odebrania z drukarni transportu pierwszej książki:

„Jak to jest trzymać w ręku swoją książkę? – pytają mnie znajomi. Nikt jednak nie pyta, jak to jest przerzucać 650 kg swoich książek z ciężarówki na chodnik, a potem z chodnika do garażu i mieszkania, wiedząc, że następnego dnia trzeba będzie to załadować do kolejnego auta i zawieźć do magazynów dystrybutora.”

Przenoszenie książek do sekretnego schowka nie było łatwe. Na Żoliborzu dołączył do nas Radek i we trójkę zaczęliśmy dźwigać pudełka z auta na klatkę schodową, później do windy, potem z windy, a następnie jeszcze jedno piętro po schodach. Nawet nie przypuszczałem, że będzie to tak wycieńczające! Duże pudła nosiliśmy w parach lub przesuwaliśmy po podłodze, małe udawało się podnieść jednej osobie.

Wniesienie tego wszystkiego na klatkę schodową, przepchnięcie do windy, ułożenie w środku, a następnie wypakowanie na górze i wniesienie jeszcze jedno piętro do żoliborskiej skrytki niesamowicie nas zmęczyło. Po kilkudziesięciu minutach intensywnej pracy byliśmy cali mokrzy – i nie jest to wyłącznie figura retoryczna, naprawdę wręcz spływał ze mnie pot, koszulę i spodnie miałem po prostu mokre. Przez cały czas liczyłem, że upchnięcie 830 książek w niewielkim pomieszczeniu będzie możliwe. I rzeczywiście – było, choć komfort korzystania z żoliborskiego schowka znacznie ucierpiał w wyniku umieszczenia tam kilku stosów kartonów – sięgnięcie po którąś z butelek alkoholu graniczy teraz z cudem. No cóż, przynajmniej nikt nie ukradnie, bo musiałby najpierw zdjąć te wszystkie książki, a to naprawdę, naprawdę, nie jest łatwe zadanie.

A jakie mam dalsze plany? Na pewno większość książek zostanie w skrytce. Część przewiozę do domu, bo nie ma sensu, żeby w schowku leżało ich aż tak dużo. I to by było na tyle. Misja zakończona sukcesem.