Archiwa

1 stycznia

Pierwsze pytanie, które należało zadać sobie po wylądowaniu brzmiało: co dalej?

Odpowiedź na nie znalazłem niezwykle szybko. Nigdzie mi się nie spieszyło. Usiadłem na lotniskowej ławce i oddałem się relaksowi. Z głośników płynęła łagodna orientalna muzyka. Za oknem świeciło słońce. Nie miałem potrzeby nigdzie wstawać. Nie musiałem pędzić. Był pierwszy stycznia 2014 – roku, który zaczął się dla mnie w sposób niezwykły.

Nie jestem pewien jak długo tak siedziałem. Półtorej godziny? Dwie? Wstałem tylko kilka razy – żeby kupić coś do picia w kiosku, bilet na autobus, a także by podładować komórkę. Przyjemnie się odpływało na lotniskowych ławkach. Wokół tylko cisza, podkreślana łagodną, niezbyt głośną muzyką. To ogromna zaleta Japonii – w miejscach takich jak to nikt nic nie mówi, nie krzyczy – jest spokojnie.

W końcu jednak trzeba było ruszyć dalej. Wyszedłem na świeże powietrze i wsiadłem w mój autobus. Niemalże od razu zasnąłem. No cóż, emocje po wymarzonym Sylwestrze oraz zmiana strefy czasowej robią swoje.

Obudziłem się w Shinjuku. Kupiłem bilet właśnie w to miejsce, ponieważ kilka dni wcześniej w sieci wpadł mi w oko pewien hotel kapsułkowy, w którym zamontowano nowy rodzaj nowoczesnych kapsuł. Hoteli kapsułkowych w Tokio jest na pęczki i nie ma problemu ze znalezieniem noclegu w tego typu miejscach (no, chyba że jest się kobietą, albo ma się tatuaże – wtedy nie można zatrzymać się w kapsułach), ale ten skusił mnie perspektywą dopiero co zamontowanych kapsuł w wersji deluxe. Postanowiłem sprawdzić jak to wygląda.

Hotel znalazłem po dłuższym spacerze. Nie spieszyło mi się, wiedziałem, że w tego typu miejscach check-in jest najwcześniej o piętnastej. Ale spacerowanie po tokijskich ulicach to sama przyjemność. To zupełnie inna rzeczywistość, a jednak czuję się w niej niezwykle swojsko – zaskakująco mnie uspokaja, choć bywa tak chaotyczna. Temperatura znacznie wyższa niż w Polsce. U nas dochodzi do zera, tutaj przekracza dziesięć stopni Celcjusza. W końcu docieram do hotelu kapsułkowego – jestem znacznie przed czasem. Tym razem nie popełniam takiego faux pas jak kilka lat temu i na wejściu zdejmuję buty i zostawiam je w specjalnej szafeczce. Po hotelowej podłodze można chodzić tylko w skerpetkach lub w specjalnych kapciach.

Nie udaje mi się dostać kapsuły, bo jest jeszcze za wcześnie, ale zostawiam bagaż, po czym postanawiam przespacerować się po okolicy w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Udaje mi się znaleźć przystępne cenowo sushi z taśmy. Wybieramy pozycje z karty albo chwytamy to, co akurat jedzie na wijącym się przez restaurację taśmociągu. To chyba najlepszy wybór jeśli chodzi o gastronomię w Tokio – tanio, smacznie i klimatycznie.

W końcu udaje mi się uzyskać dostęp do kapsuły. Jest świetnie, ale nie wydaje mi się, żeby była jakoś bardziej wypasiona od tych standardowych, w których kiedyś spałem. To niesamowite, że na tak małej przestrzeni (jest tu może 2 m na 1,5 m na 1,5 m) udało się zmieścić lampkę, radio, zegar, telewizor, półeczkę, lustro i oczywiście miejsce do spania.

Dostałem bransoletkę z numerem kapsuły i specjalny uniform do spania. Dopiero teraz można naprawdę poczuć się tylko jednym z elementów wielomilionowego tłumu mieszkańców Tokio.

Czas na jakiś prysznic po podróży, czy może raczej jego odpowiednik, czyli gorącą kąpiel w hotelowej łaźni. Tu też bardzo łatwo o faux pas. To będzie mój debiut, więc siedząc na lotnisku uważnie przeczytałem na komórce zasady, jakie obowiązują w takim miejscu. Jeśli myślicie, że w kąpieli nie może być żadnej wielkiej filozofii, to poczytajcie sobie o tym w sieci i spróbujcie wyobrazić sobie, na ile różnych sposobów można to spieprzyć. Wystarczy wspomnieć, że wspólnej kąpieli zażywa się całkowicie nago, a przed wejściem do wody należy się opłukać. To był mój debiut, ale obyło się bez nietaktów. Warto wspomnieć, że część basenów znajduje się pod gołym niebem, co dodaje miejscu dodatkowego klimatu. Można popatrzeć w niebo albo w… wiszący nad gorącą wodą telewizor. Zdjęć z tego punktu wycieczki z oczywistych względów nie będzie.

Po skorzystaniu z gorącej kąpieli poszedłem do kapsuły i postanowiłem z niej skorzystać. W końcu nie po to ją wynająłem, żeby stała pusta. Zdrzemnąłem się trochę, a następnie postanowiłem wyjść jeszcze na świeże powietrze.

Jeśli chodzi o spacerowanie po Tokio, to jestem fanem pewnego konkretnego sposobu – improwizuj, przechadzaj się w losowych kierunkach, a gdy już będziesz mieć dość, kombinuj jak wrócić do domu. W labiryncie neonów, wąskich uliczek i wszechobecnych ludzi zawsze natrafi się na coś ciekawego.

Improwizacja doprowadziła mnie do sporych rozmiarów świątyni. Dziesiątki osób stały tam w kolejce, chcąc odwiedzić to miejsce z okazji nowego roku. Kupiłem sobie wróżbę, ale oczywiście nie byłem w stanie nic z niej zrozumieć. Postanowiłem ruszyć dalej w miasto, celem rozwiązania tej zagadki.

Nieopodal świątyni natknąłem się na niewielkie drzwi oznaczone napisem „Psychobolic Shadow” ułożonym z ziarenek kawy. To wyglądało jak miejsce, w którym jest szansa na znalezienie rozwiązania zagadki. Rozejrzałem się wokół siebie, po czym z pewną niepewnością pchnąłem drzwi. Powiedzieć, że w środku znajdował się bar to przesada. Było tam może miejsca na dziewięć ściśniętych obok siebie osób. Na ścianie wisiało kilka kurtek i płaszczy, wszędzie było wszystkiego pełno. Jeden z trzech dostępnych na miejscu stołków był wolny, więc usiadłem. Okazało się, że w lokalu obowiązuje opłata początkowa (jest tutaj tak w wielu miejscach), więc stwierdziłem, że chyba nie tutaj jednak prowadzi mnie przeznaczenie i ruszyłem dalej.

Jakiś czas później trafiłem na jedną z wielu drobnych knajpek z jedzeniem. Postanowiłem wejść do środka i coś zamówić. Jedzenie w takich miejscach kupuje się w specjalnych maszynach. Wrzucamy pieniądze, wybieramy potrawę i drukuje się kupon, który następnie dajemy pracownikowi lokalu. Co prawda nie udało mi się tu rozszyfrować mojej wróżby, ale nie da się ukryć, że było smacznie!

Po drugiej stronie ulicy znajdował się kilkupoziomowy salon gier. Pełno w nim było maszyn do wyjmowania zabawek (i nie tylko zabawek, bo w Japonii mechaniczną ręką można złowić naprawdę przeróżne przedmioty, od słodyczy, przez komiksy, po zdalnie sterowanego latającego rekina), a także automatów do pachinko oraz gier arcade.

Nie odmówiłem sobie przyjemności kilkukrotnego uderzenia w automat do boksowania, tak zamiast treningu krav magi. W pewnym momencie zrobiło się dosyć późno, więc postanowiłem powrócić do hotelu kapsułkowego bez odnalezienia rozwiązania zagadki mojej wróżby.

I jeszcze jedna rzecz na koniec. Tym razem stopklatka prosto z YouTube. Wiecie, w Amsterdamie byłem tylko przez chwilę. Możliwości na lans w tamtejszych mediach były ograniczone. Ale uważam, że i tak jest nieźle. Morał z mojej opowieści był taki, żeby codziennie próbować czegoś nowego, a nie tylko z okazji Nowego Roku. Bo każdy dzień jest na to tak samo dobry!

A wróżba? No cóż, jej treść została rozszyfrowana na Instagramie, gdzie wrzuciłem fotkę. Ponoć to „daikichi”, czyli wielkie szczęście. Jestem usatysfakcjonowany znacznie bardziej niż wtedy, gdy w 2012 w Jokohamie wrzuciłem monetę do pojemnika w świątyni i na wróżbie otrzymałem niefart. No cóż, tym razem nawet japońskie wróżby są po mojej stronie, więc jest dobrze!

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o moje coroczne podsumowanie 1 stycznia. Od jakiegoś czasu zawsze się staram, żeby pierwszy dzień roku nie był zmarnowany i żeby działo się w nim coś ciekawego. Ale umówmy się, w tym roku poszedłem na łatwiznę – jakkolwiek bym nie spędził tego dnia, byłoby dobrze, bo przecież jestem w Tokio.

Wszystkich zainteresowanych kolejnymi materiałami z mojej podróży odsyłam na mikrobloga, którego prowadzę na Instagramie.

Pamiętajcie, warto pierwsze dni roku spędzić jak najlepiej. I niech później siłą rozpędu wszystko idzie dalej tak jak trzeba!

Wszystkie drogi prowadziły do tego wydarzenia

Oto człowiek z najdziwniejszym bagażem podręcznym na świecie. Konsekwentnie stawiam na minimalizm w tej kwestii. Podczas poprzedniego wyjazdu do Japonii w pierwszą stronę miałem przy sobie tylko niewielką materiałową torebeczkę z przewodnikiem po Tokio i kilkoma drobiazgami, natomiast w drugą nie miałem nawet tego. Lubię latać bez bagażu podręcznego, gdy jest to możliwe. Tym razem jedynym przedmiotem, jaki zabieram na pokład jest klawiatura bezprzewodowa. I robię to tylko dlatego, że a nuż najdzie mnie na zrobienie notatek z nietypowego Sylwestra, który właśnie się zaczyna. Natomiast w drodze powrotnej ponownie planuję minimalizm ostateczny – brak jakiegokolwiek bagażu podręcznego.

Raz, dwa, trzy – oto test klawiatury. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to się dzieje. Pomysł na spędzenie Sylwestra na pokładzie samolotu wisiał nade mną tak długo, że przybrał postać odrealnionego snu. A tymczasem właśnie teraz, gdy samolot z Warszawy do Amsterdamu przygotowuje się do startu, ten sen zaczyna zamieniać się w rzeczywistość. Wielokrotnie wyobrażana ewentualność staje się faktem.

Na trawie rosnącej przy pasie startowym szron. Z radiowęzła rozlega się komunikat informujący, że zanim wystartujemy, ze względu na warunki atmosferyczne samolot musi zostać odlodzony. Drobne opóźnienia mi nie przeszkadzają. Na lotnisku w Amsterdamie i tak będę miał kilka godzin zapasu. Czuję, że los nie stara się pokrzyżować moich planów, a raczej dba o ubarwienie przygody. Jest dobrze. Jeszcze nie mam pojęcia, co będę robił po wylądowaniu w Tokio i gdzie będę spał pierwszej nocy, ale wiem, że jest dobrze.

Podróż będzie niezwykle długa. Pierwszy lot to tylko dwie godziny z kawałkiem, natomiast drugi trwa już ponad jedenaście godzin. Co ciekawe, droga powrotna jest jeszcze „dłuższa” – odpowiednio trzynaście godzin z kawałkiem oraz dwie godziny z kawałkiem. Doliczmy do tego jeszcze kilka godzin oczekiwania na lotnisku i wyjdzie naprawdę sporo czasu.

To się nazywa mieć dobre wejście. Na lotnisku Schiphol w Amsterdamie dorwała mnie ekipa telewizyjna. Powiedzieli, że zbierają historie. Odpowiedziałem im, że mam całkiem niezłą do podzielenia się. Zapytali, czy lecę skądś, czy może dokądś. Stwierdziłem, że jedno i drugie, a później opowiedziałem wszystko ze szczegółami. Żebyście widzieli ich pełne niedowierzania i radości spojrzenia!

Tak więc Amsterdam. Dopiero teraz zaczyna się cały trik. Gdy w Tokio wybije północ, tu będzie dopiero 16:00 (a ja będę w samolocie gdzieś nad Polską lub w okolicy). Natomiast gdy w Amsterdamie (i Warszawie!) rozpocznie się Nowy Rok, w Japonii będzie już 08:00 (a mój samolot będzie powoli podchodził do lądowania). Na tym opiera się cały pomysł na przeskoczenie północy.

Ekipa telewizyjna zachęciła mnie do spędzenia tych kilku godzin dzielących mnie od kolejnego roku w lotniskowym parku. Okazuje się, że mają tu specjalną część lotniska, która stylizowana jest właśnie na park. Pełno tam zieleni, sztucznych i prawdziwych roślin, a z głośników dobiega ćwierkanie ptaków.

W parku są też wygodne fotele do spania, maszyna do masażu, stanowiska internetowe, a także kontakty do podładowania komórki. To ostatnie można zrobić na dwa sposoby – poprzez wpięcie się do normalnego gniazdka lub dzięki skorzystaniu z takiego, z którego prąd popłynie tylko wtedy, gdy zaczniemy pedałować na znajdującym się tuż obok rowerku.

Część Airport Parku znajduje się na świeżym powietrzu. To miejsce tak bardzo sprzyja relaksowi, że aż szkoda je opuszczać. Długie oczekiwanie na kolejny lot nie powinno być tu nikomu straszne.

Wiele razy zastanawiałem się, kim będą ludzie na pokładzie. Kto i z jakiego powodu decyduje się lecieć samolotem w sylwestrową noc? Najwyraźniej te same pytania dręczyły kobietę w średnim wieku, która obsługiwała nasz gate. Stała obok mnie przez dłuższy czas przy wejściu do rękawa, więc zagadnąłem ją i zapytałem, jak sądzi, według jakiego czasu przywitamy północ. Odpowiedziała, że to zależy od załogi i podejrzewa, iż pewnie według holenderskiego, ale nigdy nic nie wiadomo. Zarekomendowałem powitanie Nowego Roku dwa razy – raz o 16:00 czasu holenderskiego i raz o 08:00 czasu japońskiego. Wdaliśmy się w rozmowę, w trakcie której dowiedziałem się, że ponoć w samolocie jest komplet – cały samolot wypełniony po brzegi. Zaczęliśmy się wspólnie zastanawiać, dlaczego ci wszyscy ludzie wybrali ten lot. Oczywiście opowiedziałem jej swoją historię, ale zaznaczyłem przy tym, że nie wydaje mi się, abym był reprezentatywny. Dziewczyna powiedziała, że podejrzewa, iż personel pokładowy przygotuje coś specjalnego. Są w pracy, daleko od bliskich i będą chcieli zadbać o to, aby ten lot był nietypowy – na pewno mają w zanadrzu jakąś imprezę.

Tuż przed startem na pokładzie rozlega się komunikat z radiowęzła. Stewardessa mówi, że to specjalny lot, w trakcie którego powitamy Nowy Rok.

Musicie wiedzieć, że i bez tego byłbym zachwycony kolejnymi kilkunastoma godzinami. Uwielbiam loty międzykontynentalne – wygodne siedzenia, smaczne posiłki, nielimitowane przekąski i napoje (także alkoholowe), a do tego centrum rozrywki w postaci obsługiwanego pilotem ekranu, który zamontowany jest w znajdującym się przed nami siedzeniu. Dzięki dostępnym na pokładzie multimediom wielokrotnie odkryłem nowe seriale („Damages”!), nadrobiłem zaległości filmowe (są dostępne zarówno nowości, jak i starsze filmy), a także poznałem nową muzykę. Oprócz multimediów na ekranie dostępne są oczywiście wszystkie standardowe informacje, takie jak w przypadku krótszych lotów, czyli prędkość, wysokość nad ziemią, mapa z oznaczoną aktualną lokalizacją samolotu itd. W kontekście entuzjazmu, z jakim podchodzę do tego centrum rozrywki, nie powinno nikogo dziwić, że po starcie od razu sięgnąłem po moją ulubioną zabawkę na pokładzie samolotu, czyli pilota do ekranu. W kontekście Sylwestra możecie myśleć o tym jak o wieczorze filmowym – wiem, że niektórzy wybierają taką formę świętowania, a tu jest to i o wiele więcej. Co jeszcze? Widoki za oknem, przyjemny, relaksujący szum samolotu, regenerujące drzemki, ciepły koc (to chyba też dla wielu osób pomysł na Sylwestra, prawda?) i ta specyficzna atmosfera.

Gdy stewardessa przynosi napoje, wspominam półżartem, że chyba niebawem będzie trzeba zrobić odliczanie. Dziewczyna najwyraźniej również śledzi sytuację, bo od razu stwierdza, że „za pół godziny”, a na jej twarzy pojawia się uśmiech, ale ten prawdziwy, zupełnie inny od służbowego, który miała jeszcze przed chwilą.

Za oknem zachodzi słońce. Kapitan właśnie ogłasza, że za siedem minut w Tokio rozpocznie się nowy rok. Rozlegają się komunikaty po duńsku, angielsku i japońsku. Dowiadujemy się, że za chwilę powitamy Nowy Rok w japońskim stylu, natomiast za kilka godzin w europejskim.

Jesteśmy gdzieś nad wodami morza bałtyckiego, gdy rozlega się kolejny komunikat. Już za chwilę powitamy Nowy Rok. Stewardessa rozpoczyna odliczanie. Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem… Gdy dochodzimy do zera, w całym samolocie rozlegają się oklaski. Na wszystkich ekranach pojawiają się sztuczne ognie oraz życzenia noworoczne. Z głośników zaczyna płynąć muzyka. Wokoło pojawia się personel pokładowy z tacami pełnymi szampana. Niektórzy są nawet poprzebierani – jedna ze stewardess chodzi w srebrzystym kapelusiku. Wszyscy są uśmiechnięci i zadowoleni, a ja znowu mam wrażenie, że jest to uśmiech zupełnie inny niż zwykle.

Po powitaniu Nowego Roku czas na dalszy relaks. W planach dobre jedzenie, film i drzemka. A jakiś czas później ponownie nadejdzie północ.

Mija kilka godzin. Budzę się. W samolocie wciąż panuje półmrok, ale za pozamykanymi oknami jest z pewnością zupełnie jasno. W Europie za chwilę zostanie powitany Nowy Rok. W Japonii, do której właśnie się zbliżamy, miało to miejsce już osiem godzin temu. Natomiast na pokładzie samolotu panuje pod tym względem pełna dowolność. W chwilach takich jak ta szczególnie wyraźnie można dostrzec umowność czasu.

Kilka minut do północy (czy też do ósmej rano czasu japońskiego). Cały personel pokładowy znika za kotarami? Czyżby planowali kolejną niespodziankę? Nie! Po chwili okazuje się, że chcą po prostu przywitać północ we własnym gronie. Za kotarą rozlega się odliczanie. W myślach odliczam razem z nimi. – Happy New Year! – dobiega zza kotary i słychać dźwięk otwieranego szampana. Większość pasażerów chyba jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało. No cóż, najwyraźniej nie wszyscy są tu w tym samym celu co ja i nie śledzą czasu tak uważnie. Dopiero po chwili rozlega się komunikat z radiowęzła, z którego wszyscy dowiadują się, że zgodnie z czasem europejskim własnie rozpoczął się Nowy Rok. W samolocie ponownie rozlegają się oklaski. Zaglądam za kotarę i upominam się o szampana – jedna ze stewardess otwiera butelkę i napełnia plastikowy kubeczek. Mówię jej, że nieprzypadkowo wybrałem ten lot i tłumaczę w czym rzecz.

W korytarzu natrafiam na stewardessę, która wcześniej miała na głowie srebrzysty imprezowy kapelusik. Pytam się, gdzie on się podział. Dziewczyna odpowiada, że w biurze, po czym znika za kotarą i wraca przebrana. Ja też się przygotowałem – nie myślcie, że nie – jak podróże w czasie, to tylko koszulka z Doctora Who. Stewardessa rekomenduje, żebym przymierzył jej kapelusz. Podpowiada, że powinien być przechylony nieco do przodu, bo „wtedy jest bardziej sexy”. Krótka pogawędka i pamiątkowe zdjęcia. Nowy Rok można uznać za powitany ponownie! Już niebawem będziemy przygotowywać się do lądowania w Tokio.

Gdy znaleźliśmy się już na płycie lotniska wszystkie ekrany ponownie rozbłysły filmami w fajerwerkami, a z głośników popłynął podkład muzyczny wraz z życzeniami „Happy New Year”. Wychodząc z samolotu natknąłem się na personel pokładowy robiący sobie zdjęcia ze słynnym już chyba na cały samolot srebrnym kapeluszem. Tam uciąłem sobie kolejną pogawędkę na temat moich sylwestrowych planów.

Trochę to zabawne, że lecąc na wschód starałem się uniknąć północy, a tymczasem powitałem ją aż dwa razy. Niech to najlepiej świadczy o nieprzewidywalności życia. Tym samym chciałbym życzyć Wam, aby rok 2014 był pełen niespodzianek, ale tylko takich jak ta – pozytywnych!

Nietypowe zwyczaje świąteczne

Mówcie co chcecie, ale warto być wiernym rozmaitym zwyczajom i tradycjom. A jeśli chodzi o te świąteczne, to mam w zanadrzu kilka dosyć nietypowych. Przydadzą się, gdy kiedyś z jakiegoś powodu będzie mi zależało na wykreowaniu się na ekscentryka i nie będę chciał przy tym przeinaczać faktów. Zapraszam do lektury i kto wie, być może poniższa lista zainspiruje Was do własnych projektów tego typu!

1. W 2003 roku ubrałem w swoim pokoju choinkę – powiesiłem bombki, owinąłem drzewko łańcuchami, odpaliłem lampki. I wiecie co? Nie rozebrałem jej po Świętach, po tych następnych również i po kolejnych także. Ta choinka widziała już niejeden grudzień i niejeden lipiec. Stoi tak już dziesięć lat i wszyscy się do niej przyzwyczaili. Tylko czasami jest przyczyną dziwnych sytuacji – zdarza się, że zauważa ją ktoś niewtajemniczony i zaczyna zastanawiać się, dlaczego w środku lata w pokoju stoi udekorowana ozdobami świątecznymi choinka. Kilka razy drzewko weszło w kadr rzekomo robionego „przed chwilą” zdjęcia – konieczne było wówczas tłumaczenie, że fotka naprawdę została dopiero co wykonana, a choinka jest po prostu elementem wystroju wnętrza. Ktoś mógłby rzec, że to fajny sposób na przedłużenie Świąt. Cholera, jestem sentymentalny i lubię ten okres w roku, a gdyby wynaleziono magiczną różdżkę pozwalającą na wyczarowanie Wigilii w dowolnym innym momencie roku, byłym pierwszą osobą, która stanęłaby po coś takiego w kolejce. Zapewniam jednak, że pozostawienie drzewka w pokoju na cały rok tą magiczną różdżką nie jest. Człowiek się przyzwyczaja i ta metoda przestaje działać znacznie wcześniej niż po kilku latach.

Stopień ekscentryczności: 10/10.
Ekscentryczny tekst, którym można posługiwać się po wprowadzeniu takiego zwyczaju: „Już prawie wiosna, a ja jeszcze nie rozebrałem choinki od grudnia. Od grudnia 2003.”

2. Trudno wyjaśnić w kilku słowach, jakim serialem jest Lexx. Niech wystarczy, że wspomnę, iż gdy pierwszy raz trafiłem na niego przerzucając nocą kanały w telewizji, pomyślałem, że oglądam jakiś film z gatunku XXX. Rzecz w tym, że podejrzanie długo nikt się nie rozbierał. Ale cały czas coś wisiało w powietrzu – ludzie byli skąpo ubrani, bohaterki kształtne, a kolejne sceny mocno dwuznaczne. Nie rozumiałem, o czym mówią, bo trafiłem na wersję z niemieckim dubbingiem, ale momentalnie mnie wciągnęło. Wiedziałem, że muszę obejrzeć tego więcej. Z entuzjazmem łowiłem kolejne odcinki w telewizji, a jakiś czas później zacząłem ściągać je z sieci (był grudzień 2003 i nie było to łatwe!). W skrócie, serial opowiada o grupie uciekinierów – tchórzliwym strażniku czwartej kategorii, wiecznie napalonej kosmicznej seksualnej niewolnicy, martwym kilkutysiącletnim zabójcy oraz perwersyjnej głowie robota – przemierzających kosmos w skradzionym Lexxie, czyli w pełni świadomym, przypominającym owada statku kosmicznym, będącym jednocześnie najpotężniejszą bronią we wszechświecie. Serial jest przezabawny, absurdalny i do tego pełen niesamowitych pomysłów. Spodobał mi się do tego stopnia, że postanowiłem dozować sobie kolejne odcinki – i dozuję je już od dziesięciu lat! Powoli zbliżam się ku końcowi, ale przyznacie, że trwało to dosyć długo. Serial kojarzy mi się z okresem świątecznym, bo to wówczas go odkryłem i to właśnie w tym momencie roku zawsze oglądam kilka nowych epizodów. Wchodzę też wtedy na poświęcone serialowi anglojęzyczne forum, na którym w 2005 roku założyłem temat, w którym wyjaśniłem swój sposób postępowania. Co roku informuję wszystkich we wspomnianym wątku, jaki odcinek właśnie obejrzałem. Co ważne, przez pozostałe dni raczej tam nie bywam. Muszą mieć niezłą zagwozdkę, kim jest ten człowiek, który pojawia się tam raz do roku i czy naprawdę robi to, o czym pisze. Odpowiedź brzmi: naprawdę!

Stopień ekscentryczności: 10/10.
Ekscentryczny tekst, który możesz przeczytać o sobie w sieci: „What is this, like the 7th year you have been doing this. Well I admire someone with the dedication to keep marching along doing their thing year after year.”

3. W czasach licealnych dobrymi żartami wydawały się rzeczy, które teraz śmieszą jakby nieco mniej. Każdy z nas był jednak kiedyś nastolatkiem i nie ma co odcinać się od przeszłości. Otóż w liceum z jednym kumplem doszliśmy do wniosku, że będzie absolutnie śmiesznie, gdy pewnego niczego nieświadomego ziomka z klasy będziemy nazywali gejem i szukali dowodów potwierdzających naszą tezę. Wszystko oczywiście było z przymrużeniem oka i sprowadzało się do tendencyjnego interpretowania wszelkich dwuznacznych faktów i sytuacji. Cały myk polegał na tym, że kolega z klasy miał się nigdy o tym nie dowiedzieć, bo wtedy nie byłoby już tak śmiesznie. Ot taki niewinny żart dwóch kumpli… nie można nawet powiedzieć, że kosztem trzeciego, bo te żarty zachowywaliśmy wyłącznie dla siebie. I oto pewnego razu w okresie świątecznym ktoś odkrył w sieci flashową animację, na której było widać pingwina stojącego na zboczu góry, a później skaczącego na śnieg i mknącego na dół na brzuchu. W ostatnim ujęciu okazywało się, że tor jazdy pingwina układał się w napis. Tekst można było w dowolny sposób edytować i choć większość osób używało tej animacji do rozsyłania świątecznych życzeń, to ja przesłałem kumplowi wiadomość o treści „Roman jest gejem”. Kiedy to było? Też mniej więcej dziesięć lat temu. Nie mam pojęcia, dlaczego w kolejnych latach zacząłem ponownie linkować do tej samej animacji z tym samym tekstem, ale zupełnie niespodziewanie stało się to częścią przedświątecznej tradycji – kumpel regularnie otrzymuje ten filmik zamiast życzeń i obaj dobrze wiemy, że bez tego linku Świąt nie ma!

Stopień ekscentryczności: 10/10.
Ekscentryczny tekst, którym można posługiwać się po wprowadzeniu takiego zwyczaju: „Cholera, nie mamy z gościem kontaktu od prawie dziesięciu lat, a ciągle o nim gadamy.”

4. Był grudzień 2004 roku, gdy postanowiłem wyciąć fragment pewnego odcinka South Parku i rozesłać go znajomym na Gadu-Gadu (pamiętacie jeszcze ten program?) zamiast klasycznie rozumianych życzeń. Ponieważ odcinek, z którego pochodził wspomniany fragment, był prawdziwą kopalnią świątecznych piosenek, rok później postanowiłem wyciąć z niego inną. No i tak oto rozpoczęła się kolejna dziwna świąteczna tradycja. Co roku przygotowywałem filmik, na końcu którego znajdowały się życzenia ode mnie. Wiedziałem, że prędzej czy później piosenki się skończą i jakiś czas temu rzeczywiście tak się stało. W 2010 roku musiałem posłużyć się zlepkiem kilku z nich, w 2011 South Parkowe życzenia już sobie odpuściłem, natomiast w 2012 motyw South Parku powrócił jeszcze na chwilę, tym razem w formie stopklatki. I wygląda na to, że na tym ta niemalże dziesięcioletnia świąteczna tradycja dobiegła końca, bo w tym roku pomysłu nie planuję kontynuować.

Stopień ekscentryczności: 10/10.
Ekscentryczny tekst, którym można posługiwać się po wprowadzeniu takiego zwyczaju: „Tradycyjnie przesyłam South Parkowe życzenia”.

No cóż, jestem człowiekiem przyzwyczajeń i przedziwnych projektów rozciągniętych w czasie – czasami kontynuuję je już tylko dlatego, że trwają odpowiednio długo i szkoda by było je tak po prostu zakończyć. Od zawsze twierdziłem, że we wszelkiej działalności artystycznej najpotężniejszym czynnikiem jest czas. Tu nie ma drogi na skróty. Jest coś fascynującego w czymś, co rozciąga się na długie lata – wszystko jedno, czy mówimy o sztuce, czy o mniejszych i większych rytuałach dnia codziennego – inna sprawa, że czasami to jedno i to samo.