Co byś zrobił, gdybyś codziennie musiał pisać dwie strony tekstu, aby powstrzymać nadchodzącą zagładę?
Gdy mediami wstrząsa wiadomość o zawaleniu się wiaduktu oraz całej serii pozornie niepowiązanych ze sobą wypadków i awarii, Kool Autobee, pracownik biurowy, odkrywa, że ma właśnie tego rodzaju nietypowy problem.
Zaczyna podejrzewać, iż być może wszystkie tragiczne wydarzenia tego świata mają związek z jego osobą, a także z niedawno przeprowadzanym remontem kuchni, karteczką znalezioną na szafce nocnej oraz traumatycznymi wydarzeniami z lat szkolnych. I kto wie, być może ma rację...
Od tej pory musi dzielić czas pomiędzy codzienne obowiązki, zapobieganie zniszczeniu świata poprzez zaprzestanie pisania oraz podążanie śladami zawiłej intrygi, która doprowadza go do coraz dziwniejszych ludzi, miejsc i sytuacji, sprawiając, że jego dotychczas uporządkowane życie zaczyna nabierać zupełnie nowych barw i zmierzać w nieprawdopodobnym kierunku.
"Defekt pamięci" to kipiąca niezwykłymi pomysłami, niesłychanie zakręcona historia, której zaskakujące zakończenie sprawi, że będziesz musiał przeczytać ją jeszcze raz.
Wieczór rozpoczął się o 20:00 od udania się do parku Żeromskiego i wdrapania się na znajdujące się tam wzniesienie, gdzie przeszliśmy do spożywania napojów wyskokowych i rozmów o życiu. Czas płynął szybko i przyjemnie, choć nie było zbyt ciepło. Tuż przed 22:00, a więc w ostatniej chwili, na kilka minut przed zgłoszonym czasem przybycia, dotarliśmy do hostelu Wilson, w którym mieścił się nasz "bunkier", czyli znajdujące się na drugiem piętrze pomieszczenie o nazwie "Luna". Zaraz po wejściu przystąpiliśmy do zadomawiania się w miejscu, w którym przyjdzie nam spędzić kolejne godziny. Konwencja zakładała, że jesteśmy garstką osób, która schroniła się w specjalnym bunkrze, aby przetrwać koniec świata. Pomieszczenie o sterylnie białych ścianch i czerwonej podłodze zdecydowanie ułatwiało wczucie się w odpowiedni klimat. Futurystycznie wyglądające kapsuły świeciły wielobarwnymi światłami, każda innym. Nie omieszkaliśmy przetestować oświetlenia w każdej z nich. Wejście do bunkra można było otworzyć tylko za pomocą jednej ze specjalnych kart, jednak włazy do poszczególnych kapsuł miały postać jedynie delikatnej, opuszczanej rolety. Przestrzeń poza kapsułami nie była duża, lecz wystarczająco przestronna, żeby w komfortowy sposób spędzać w niej czas. Szybko ją zagospodarowaliśmy. Na czerwonej, kosmicznej podłodze rozłożyliśmy jeden z materacy. Na drewnianym, minimalistycznym stole pojawiły się przyniesione alkohole, przekąski i rekwizyty mające docelowo służyć aktywnościom kulturalno-oświatowym. Nie omieszkaliśmy skorzystać również z surowych, metalowych, zamykanych na klucz szafek, które w założeniu miały służyć do trzymania w nich cennych obiektów. Do pomieszczenia z kapsułami przylegała przestronna łazienka z intensywnie niebieskimi ścianami, w której znajdowały się po dwa prysznice, kabiny oraz umywalki. Po zamknięciu się w bunkrze wyłączyliśmy telefony komórkowe. Jako, że czymś trzeba było robić zdjęcia, to ja swój jedynie odłączyłem od sieci i zakleiłem miejsce, w którym wyświetla się godzina. Konwencja imprezy zakładała, że nie komunikujemy się ze światem zewnętrznym oraz funkcjonujemy poza czasem, nie wiedząc, która jest godzina. Północ mieliśmy przywitać na wyczucie. Miały nam to ułatwić docierające do bunkra dźwięki oraz widoki za oknem. Huk petard i rozbłyski na niebie pozwoliły na poprawne wytypowanie momentu nadejścia północy (w drodze wyjątku sprawdziliśmy, czy rzeczywiście mieliśmy rację). Zgodnie z pierwotnym założeniem, przebieg imprezy był w znacznym stopniu improwizowany. Przede wszystkim doświadczaliśmy niezwykłej przestrzeni, w jakiej się znajdowaliśmy. Sporo rozmawialiśmy na różne tematy. Kilka razy przypadkowo rozlaliśmy alkohol. Specjalnie na imprezę w kapsułach przygotowałem pewną tajemniczą kopertę, na której czerwonym markerem nabazgrany był napis "creepypasta". To dziwaczne, niepokojące historie, które raz na jakiś czas losowaliśmy z koperty i czytaliśmy pośród kolorowych świateł kapsuł. Opowieści, podobnie jak wszystkie rozmowy, były po angielsku, ponieważ jednej z osób z naszej czwórki było znacznie łatwiej porozumiewać się w tym języku. Mieliśmy ze sobą również gry planszowe, ale ze względu na mnogość innych pomysłów na zagospodarowanie czasu, nie było okazji z nich skorzystać, jeśli nie liczyć tego momentu, w którym rozłożyłem na chwilę Tunel. Bez problemu można było zejść na chwilę na dół, żeby zobaczyć jak przebiega zamknięta impreza organizowana w tym samym momencie na terenie hostelu. Choć wyglądała kusząco, to jednak pomieszczenie z kapsułami i unikatowa atmosfera, jaką udało nam się tam wytworzyć, były czymś, z czego nie chciało się rezygnować. Reasumując, czas płynął spokojnie i gładko, a my spędziliśmy ten wieczór na luzie i w przyjemnej atmosferze. Nieco po 03:30 leżeliśmy już wszyscy w kapsułach, rozmawiając i wyczekując momentu, w którym wreszcie będziemy mogli sprawdzić, jak się w nich śpi. Nie można też nie wspomnieć o gościach - osobach, których nie spodziewaliśmy się zastać na miejscu, a jednak na nie natrafiliśmy. Zaraz po wejściu do bunkra zauważyliśmy, że w jednej z kapsuł ktoś jest, skryty za zamkniętym włazem. Okazało się, że jest to Rosjanin, który przybył do Polski z Jekaterynburga. Miał spędzić tutaj Sylwestra ze swoim znajomym, któremu jednak nie udało się dotrzeć z powodu problemów na lotnisku. Postanowiliśmy włączyć go w nasze obchody nadejścia nowego roku. Zaskoczyło nas to, że choć jego samolot powrotny był następnego dnia o jedenastej rano, to jednak imprezował na zupełnym luzie, twierdząc, że wystarczy jak wyjdzie o dziesiątej. O pozostałych gościach wiemy niewiele, poza tym, że były to dwie osoby, jedna płci męskiej, a druga płci żeńskiej. Pojawili się nad ranem, gdy wszyscy już spali, a gdy się obudziliśmy, zniknęli, podobnie jak Rosjanin, za to na stole pojawiła się w połowie pełna butelka ginu. Każdy z nas widział lub słyszał coś w półśnie i po zebraniu tych wszystkich informacji do kupy udało nam się ustalić przebieg zdarzeń. Otóż para weszła do bunkra. Gość znalazł na stole nasze zamknięte jeszcze wino, po czym otworzył je przy pomocy korkociągu, nalał do plastikowego kubeczka, większości nie wypił, następnie razem z dziewczyną wszedł do jednej z kapsuł, akurat tej, która znajdowała się dokładnie pode mną, a w pewnym momencie obudził nas odgłos kobiecego orgazmu. Następnego dnia rano okazało się, że świat wciąż istnieje. Jako, że zapłaciliśmy za nocleg w hostelu, to na dole czekało nas hostelowe śniadanie, które było przyjemne lecz niezbyt spektakularne. Można było zrobić sobie tosty, posmarować je masłem, drzemem i upolować plasterek sera. Znacznie bogatsze doświadczenia kulinarne miały czekać na nas w Vapiano, gdzie postanowiłem zorganizować noworoczny "Chillout 1 stycznia" dla tych wszystkich, którzy chcieliby zacząć nowy rok w sposób ciekawy, a nie po prostu przespać jego pierwszy dzień. Plan ten udało się zrealizować, a dzień na tym się nie skończył. Myślę, że najlepiej zobrazuje sytuację wpis, jaki zamieściłem na mikroblogu, który pozwolę sobie zacytować w następnym akapicie. "Tegoroczny 1 stycznia był jeszcze bogatszy w doświadczenia niż zeszłoroczny! Poranek w kapsułach, śniadanie z kilkoma osobami w Vapiano, spacer nad kanałkiem, rozmowy przy ciepłych napojach we Wrzeniu Świata, grupowe wyjście do kasyna i powrót do domu po ponad dobie."
Zbliża się rok 2012 a wraz z nim zapowiadany od lat koniec świata. Nie wiemy skąd nadejdzie i jaki będzie jego przebieg, ale zrobimy wszystko, żeby go przetrwać. W tym celu schronimy się w specjalnym bunkrze zaprojektowanym przez najznamienitszych światowych inżynierów. Bunkier ma postać sterylnego (w miarę możliwości) pomieszczenia wyposażonego we wszystko, co może okazać się nam przydatne przez cały okres ukrywania się.
Najważniejszym elementem pomieszczenia są skonstruowane z wykorzystaniem technologii kosmicznej kapsuły pozwalające na całkowite odizolowanie się od świata zewnętrznego. Moduł kapsułowy ma postać prostopadłościanu składającego się z dwóch poziomów. Na każdym z poziomów znajdują się niewielkie otwory prowadzące do wnętrza jednoosobowych tub, które wyposażone są w pościel i pełnią funkcję nie tylko noclegową, lecz również chilloutową podczas wypoczynku na jawie w pozycji horyzontalnej.
Oprócz modułu kapsułowego w pomieszczeniu znajduje się podłoga pokryta wykładziną dywanową, właz prowadzący do komory z toaletą, metalowe szafki zamykane na klucz, a także drewniany stół, umiejscowiony tuż obok wizjerów (okien), pozwalających na obserwowanie świata zewnętrznego.
Obserwowanie świata zewnętrznego przez wizjery będzie szczególnie ważne z tego powodu, że we wnętrzu bunkra obowiązują rygorystyczne zasady, a jedną z nich jest całkowity zakaz komunikowania się ze światem zewnętrznym.
W tym celu należy wyłączyć wszelkie urządzenia telekomunikacyjne (kwantowe teleportery strumienia świadomości, wtyki łączy telepatycznych, telefony komórkowe) lub pozostawić je poza bunkrem.
Po zamknięciu się w bunkrze obowiązuje bezwzględny zakaz opuszczania go i otwierania prowadzącego do niego włazu.
Dodatkowo uczestnicy misji zobowiązują się do pozostawienia poza bunkrem wszelkich czasomierzy w celu uzyskania efektu zagubienia w czasie. Nikt z nas nie będzie wiedział z całkowitą pewnością, która jest godzina, a jedynymi wskazówkami, które mogą nas na to naprowadzić, będą rozmaite dźwięki dochodzące do nas ze świata zewnętrznego, słyszalne przez umiarkowanie dźwiękoszczelne ściany bunkra, a także obrazy widoczne za pośrednictwem wizjera. Naszy technicy donoszą, że tego dnia aktywność świata zewnętrznego może być szczególnie wzmożona. Prognozowane są błyski światła, huki, krzyki, przesterowana muzyka oraz inne efekty audiowizualne powiązane z końcem świata.
Wszelkie źródła donoszą, że właz zostanie zamknięty o 22:00, dlatego rozsądnie byłoby zjawić się na miejscu z odpowiednim wyprzedzeniem, nieco po godzinie 21:30. Dla chętnych planowany jest opcjonalny miting o godzinie 20:00, majacy charakter plenerowego pożegnania się ze światem ulegającym zagładzie. Rzeczywistość, którą zastaniemy po wyłonieniu się z bunkru może być zupełnie inna od tej, jaka była do tej pory znana ludzkości, dlatego też warto przespacerować się po Świecie Starego Porządku zanim nadejdzie Świat Nowego Porządku. Miejsce spotkania na opcjonalny miting to plac Wilsona. Dokładna trasa do ustalenia, najprawdopodobniej w drodze improwizacji.
Miting zakończy się nieco po godzinie 21:30 na terenie bunkra. Dla niepoznaki nasi inżynierowie ukryli go pod postacią budynku hostelu Wilson przy ulicy Felińskiego 37, na tyłach południowo-zachodniej części placu Wilsona. Bunkier znajduje się na pierwszym piętrze. Koszt przetrwania końca świata to 60 zł. Cztery kapsuły zarezerwowane są dla osób, które na pewno idą. Piąta i ostatnia pozostaje wolna dla kogoś, kto chciałby do nas dołączyć, ale nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie wolna, ponieważ system rezerwowania kapsuł jest dostępny dla ludzi z całego świata i w każdej chwili ktoś może zająć ostatnie wolne miejsce.
Departament Rozrywki przygotował bogaty program towarzyski, który umili wszelkim uczestnikom misji czas spędzony w bunkrze. Przewidziane są rozmaite aktywności kulturalno-oświatowe, na które składają się między innymi: spożywanie napojów wyskokowych w umiarkowanych ilościach, ciekawe anegdoty i historie dotyczące świata ulegającego właśnie zagładzie, a także gry towarzyskie (w tym gry planszowe). Wszelkie inicjatywy wychodzące od uczestników misji są mile widziane. Jeśli macie pomysł na jakieś aktywności, które pozwoliłaby nam jeszcze skuteczniej przetrwać długie godziny spędzone w odosobnieniu, to śmiało przynoście niezbędne do nich rekwizyty.
W razie pytań zachęcam do kontaktowania się ze mną przez internet lub telefon komórkowy (oczywiście do momentu zamknięcia włazu, kiedy to wszelka komunikacja zostanie zerwana).
Dla tych, którzy będą z nami po raz pierwszy wyjaśniam, że wydarzenie to wpisuje się w tradycyjny już dla mnie trend corocznych spontanicznych (tegoroczna akcja została zorganizowana na 30 godzin przed północą), niestandardowych imprez sylwestrowych. Przykładowo, rok temu bawiliśmy się na pikniku maskowym na podjeździe parkingu podziemnego, natomiast dwa lata temu na wysypisku śmieci podczas grilla w strojach wieczorowych. Jestem przekonany, że to wydarzenie dorówna tym organizowanym przez ostatnie lata.
Miejmy nadzieję, że dzięki kosmiczej technologii kapsuł uda nam się przetrwać koniec świata i po otwarciu włazu ujrzymy świat Nowej Rzeczywistości.
Wtedy nastąpi czas chilloutu. Do tego celu doskonale nadaje się restauracja Vapiano (dojazd 504 z Dworca Centralnego do przystanku Sasanki lub Taśmowa), gdzie o 13:30 spotykamy się na relaks połączony z konsumpcją wyśmienitego jedzenia. Wydarzenie ma charakter otwarty i mile widziany jest na nim każdy, a nie tylko uczestnicy organizowanej przeze mnie imprezy w kapsułach. Pamiętajcie, że dobrze rozpoczęty Nowy Rok i pierwszy stycznia nie przespany, lecz pełen chilloutu i ciekawych doświadczeń, to najlepszy punkt wyjścia do właściwego rozegrania kolejnych dni! Kierujemy się tutaj zasadą, że gdybyśmy mogli przeżyć pierwszy dzień roku jeszcze raz, to zrobilibyśmy wszystko dokładnie tak samo.
"W takich chwilach lubię myśleć, że to wszystko do czegoś prowadzi i w gruncie rzeczy właśnie tak miało być. Jeszcze nie wiem, co konkretnie mam na myśli, ale mam nadzieję, że już niebawem się dowiem, a gdy ten moment nadejdzie, będę z niego bardzo, bardzo zadowolony" - tymi słowami zakończyłem jeden z ostatnich zeszłorocznych grudniowych wpisów, w którym zastanawiałem się, dlaczego wszelkie okoliczności zdawały się sprzysięgnąć przeciwko moim planom powitania Nowego Roku na pokładzie samolotu lecącego do Tokio. Owszem, byłem niezadowolony z tego, że nie udaje mi się zrealizować tego planu, ale zarazem wierzyłem, że to nie jest przypadek, tylko coś, co doprowadzi mnie do wydarzeń o niebo lepszych od tych planowanych. Przyznam szczerze, że to bardzo idealistyczne podejście, oparte raczej na marzeniach niż na racjonalnych przesłankach. W końcu nigdy nie masz gwarancji, że rezygnując z czegoś, o czym marzyłeś, doświadczysz czegoś jeszcze lepszego."W takich chwilach lubię myśleć, że to wszystko do czegoś prowadzi i w gruncie rzeczy właśnie tak miało być. Jeszcze nie wiem, co konkretnie mam na myśli, ale mam nadzieję, że już niebawem się dowiem, a gdy ten moment nadejdzie, będę z niego bardzo, bardzo zadowolony." Nawet nie mogłem wtedy przypuszczać, w jak ogromnym stopniu będę miał rację! To, co spotkało mnie dzięki zrezygnowaniu z planów wyjazdu do Japonii nie było po prostu w porządku, dobre, czy też bardziej niż dobre. To było wprost niezwykłe! To nie jest tak, że nie lubię stycznia. Nie mogę powiedzieć, że nie lubię jakiegoś okresu w roku, bo przecież uwielbiam doświadczanie każdego dnia, cieszenie się każdym miesiącem i każdą porą roku. Owszem, mam takie miesiące, czy też konkretne daty, które są mi szczególnie bliskie, ale nie mam takiego okresu w roku, którego szczególnie nienawidzę. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to standardem w świecie, w którym ludzie lubią narzekać, żeby skończyła się ta pora roku albo tamta, czy też ten dzień tygodnia lub inny. Tak więc, choć cieszę się każdym miesiącem, to gdybym chciał dopasować się do ogólnie panującej tendencji i został zmuszony do wybrania takiego miesiąca, który cieszy mnie w najmniejszym stopniu, to byłby to styczeń. Dlaczego? Zacznijmy od tego, że nadejście Nowego Roku nie jest dla mnie powodem do ekstremalnej radości, bo ta zmiana cyferki w roku jest dla mnie symbolem upływającego czasu, a nie... Hmmm... Tego czegoś, czego symbolem jest dla tych wszystkich tłumów, które cieszą się, że kolejny rok właśnie za nimi. Choć muszę przyznać, że od jakiegoś czasu radzę sobie z tym całkiem nieźle. Nadal zmiana daty jest dla mnie mistycznym doświadczeniem, ale pamiętam, że gdy byłem dzieckiem, było to coś o zabarwieniu niemal wyłącznie nostalgicznym, natomiast od jakiegoś czasu (odkąd zacząłem spędzać Sylwestra na te wszystkie specyficzne, charakterystyczne dla mnie sposoby), w większym stopniu ma w sobie coś z powiewu świeżości. Ostatnie godziny przed północą nadal mają dekadencki charakter, ale podekscytowanie dominuje nad smutkiem. O ile od kilku ładnych lat z Sylwestrem radzę sobie gładko, to Nowy Rok jest znacznie trudniejszym orzechem do zgryzienia. To przecież taki wyjątkowy dzień, początek kolejnego roku, a tak łatwo go zmarnować, zaprzepaścić, całkowicie pozbawić charakteru poprzez wypełnienie go nic nieznaczącymi czynnościami związanymi z dochodzeniem do siebie po dniu poprzednim. Pierwszy stycznia to taki dzień, w którym trudno o zrobienie czegoś niezwykłego, doświadczenie czegoś, spotkanie z kimś. Nic dziwnego, że ludzie tak szybko odpuszczają swoje noworoczne postanowienia i zaliczają bolesny upadek na ziemię poprzez weryfikowanie z rzeczywistością swoich wyobrażeń o nadchodzącym roku, skoro ten rok zaczyna się od ogromnej nijakości. Kolejne dni stycznia wcale nie nastrajają znacznie bardziej optymistycznie. Jest zimno, ale bez uroku świątecznej atmosfery w grudniu, czy też pierwszych przebłysków wiosny w marcu. Tak naprawdę jedyne stałe elementy "styczniowego programu", które wywołują we mnie entuzjazm, to dzień, w którym odbywa się finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy oraz wieczór tradycyjnego, organizowanego od wielu lat flash moba Warszawskiego Frontu Abstrakcyjnego (powitanie Nowego Roku w połowie stycznia). Tymczasem wraz z nadejściem roku 2011 stała się rzecz niesamowita. Nie wiem, na ile w tym zasługa silnej determinacji, żeby niedoszły wyjazd do Japonii zastąpić czymś chociaż w zbliżonym stopniu fajnym, a na ile ogólnie rozumiana chęć przezwyciężenia "styczniowego fatum" i uczynienia go lepszym miesiącem niż zwykle, ale kolejne dni nie były po prostu niezłe, one były niesamowite, przepełnione satysfakcją, radością i świeżością. To jedne z tych dni, które gdybym miał możliwość ponownego ich rozegrania, zdecydowałbym się przeżyć dokładnie w ten sam sposób. To mocne słowa i zarazem najlepszy możliwy komplement, jaki można sobie wyobrazić w stosunku do zbioru punktów na osi czasu. To było jak lawina. Zaczęło się od nietypowej imprezy sylwestrowej, na której (tu będzie kolejny cytat z bloga) "bawiliśmy się w przyjemnej, nienapiętej atmosferze, zrelaksowani i odprężeni". Później było nie mniej wspaniale. Pierwszy stycznia 2011 to jeden z najlepszych dni w roku. Obudziłem się wypoczęty, zrelaksowany, nie przesypiając całego dnia i zaraz udałem się do Multikina w Złotych Tarasach, gdzie około południa byłem umówiony na pokaz filmu "Tron". Film ten stał się motywem przewodnim całego stycznia, gdyż widziałem go jeszcze kilka razy, a to ze względu na niezwykły soundtrack, którym zasłuchiwałem się jeszcze przez długi czas i do którego wciąż często wracam. Pamiętam jak w oczekiwaniu na seans wraz z kumplem i koleżanką wylegiwałem się na wygodnych kanapach Multikina i chłonąłem chwile pełne chilloutu, wpatrując się w tysiące małych lampek, którymi wypełniony był sufit. Ten obraz migoczących światełek stał się ikoniczny nie tylko dla tamtego dnia, lecz również całego miesiąca, a nawet roku, który przepełniony był właśnie takimi chwilami pełnymi harmonii i równowagi. Fenomen pierwszego stycznia najlepiej podsumowuje wpis, który zamieściłem wtedy na mikroblogu: "To był najlepszy pierwszy stycznia od lat. Spokój, relaks, chillout na mieście". Trudno konkurować z tak wspaniałym dniem. Z pewnością był on wypadkową zaplanowania go w odpowiedni sposób oraz odpowiedniego nastawienia, ale jednocześnie istotną rolę w uzyskaniu tak zachwycającego efektu odegrał przypadek. Bo przecież kto mógł wiedzieć, że wstanę taki wypoczęty, chillout pod "gwiazdkami-światełkami" będzie tak przyjemny, film tak bardzo mi się spodoba, początek dnia nastroi mnie tak optymistycznie, a pozostałe decyzje odnośnie tego dnia okażą się tak trafne.Nie śmiem mierzyć się z tak niezwykłym dniem. Pierwszy stycznia 2011 wydaje się być nie do przebicia. Aby w nadchodzącym roku również być tak bardzo zadowolonym ze stycznia, trzeba pójść w zupełnie innym kierunku. Znaleźć coś, co funkcjonowałoby na zupełnie innej płaszczyźnie, żeby nie musiało mierzyć się z tym, co działo się ostatnio. Ewentualnie można czerpać, z tego, co najlepsze w minionym roku i w czytelny sposób do tego nawiązywać, stawiając na umiarkowanie oryginalną, lecz pewną kartę. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wpadłem tu w pewną pułapkę. Zaczynam idealizować dzień, który bez wątpienia był jednym z lepszych w roku, ale zarazem zaczynam budować wokół niego legendę, która nie pozwoli mi dostrzec w nim żadnych minusów. Właściwie to chyba już to się stało. Nie przypominam sobie niczego złego w tym pierwszym stycznia, a przecież jakieś niedoskonałości musiały być. Co wydarzyło się dalej? Kolejne dni również cieszyły w zadziwiającym stopniu. Wpis zamieszczony na mikroblogu drugiego stycznia donosi: "Udanego początku roku ciąg dalszy. Dziś chillout na basenie. Ciepła woda, bąbelki i przeszklone szyby za którymi widać śnieg - tego mi trzeba". Oczywiście tak dobra passa ma swoje efekty uboczne, a mianowicie pojawiło się u mnie obsesyjne dbanie o to, żeby nie ustawała, co zaowocowało licznymi frustracjami w dni, w które akurat nie działo się nic unikatowego, a ja za wszelką cenę chciałem doprowadzić do tego, żeby moje pozytywne doświadczenia wciąż trwały i trwały. Czasem było to uciążliwe, ale zaowocowało odkryciem wielu wspaniałych rzeczy (miejsc, rozrywek, doznań), które wcześniej były mi zupełnie obce. Nie tylko początek stycznia był bardzo udany, lecz również cały rok. Jeśli, zgodnie z corocznym zwyczajem, miałbym określić go jednym słowem, to byłby to rok równowagi lub rok próbowania nowych rzeczy. Wydaje mi się, że po długich staraniach udało mi się w końcu osiągnąć stan, do którego dążyłem od bardzo dawna, a mianowicie stan życiowej równowagi. Wiadomo, że perfekcyjna rówowaga nie jest możliwa przez cały czas, ale to, w jaki sposób teraz funkcjonuję, jest temu najbliższe, a rozmaitych zachwiań jest niewiele. Odczuwam stan przeogromnej harmonii. Osiągnąłem równowagę pomiędzy pracą a rozrywką, próbowaniem tego, co nowe, a doświadczeniem tego, co znane, planowaniem i spontanicznością, rodziną i znajomymi, tworzeniem i konsumowaniem, działaniem i relaksowaniem się. Rok 2011 upłynął również pod znakiem odkrywania nowych rzeczy i wprowadzania nowych zwyczajów do mojego życia. Wiadomo, że co roku próbuje się czegoś nowego, poznaje ludzi i odwiedza miejsca, ale ten rok jest szczególny pod względem rozmaitych zajawek, które były nie tylko pojedynczymi wydarzeniami, ale czymś, co miało znacznie bardziej długotrwałe efekty. Wiele miesięcy miało swoje motywy przewodnie. To mogły być rozrywki lub osoby. Miały one to do siebie, że były dominującym elementem w danym miesiącu i zarazem punktem wyjścia do rozmaitych innych wydarzeń w moim życiu, odkrywania nowych zwyczajów. Przykładowo, styczeń upłynął pod znakiem "Trona" i ścieżki dźwiękowej z tego filmu, a luty laser taga, czyli paintballa laserowego, na którego intensywnie chodziłem w różnym składzie. Gdzieś pośród tego wszystkiego zintensyfikowałem kontakty rodzinne, zacząłem często chodzić nad kanałek, czyli jedno z moich ulubionych miejsc na Żoliborzu, a także przestałem skąpić pieniędzy na wyprawy do kina, dzięki czemu odkryłem radość ze spontanicznych wypadów do rozmaitych małych i dużych sal kinowych. Takich motywów było oczywiście więcej. Sierpień i wrzesień to spacery nad kanałkiem i oglądanie "Columbo" w telewizji, wrzesień, październik i listopad to wyścigi konne, a grudzień kasyno. To jedynie kilka przykładów, ale o tym, co sprawia, że rok 2011 był dla mnie tak niezwykły, cudowny i wspaniały trudno pisać, ponieważ są to te wszystkie detale, które w pełni czytelne są wyłącznie dla tej osoby, która ich doświadczała. Cieszę się, że pierwszy stycznia 2011 był początkiem czegoś tak rewelacyjnego. Teraz pozostaje tylko przenieść w Nowy Rok wszystko to, co było najlepsze w mijającym i nie próbować konkurować z tym, co działo się przez ostatnie dwanaście miesięcy. Najlepiej zacząć tworzyć coś zupełnie nowego, inspirując się tym, co stanowiło o sukcesie roku 2011 i zarazem próbując kolejnych rzeczy, zwyczajów i sposobów na życie.
Ludzie zaczęli zagadywać i pytać, co się stało. Rozmowy miały swój naturalny punkt wyjścia. Mogłem mówić - zgodnie z prawdą - że stłuczenie jest wynikiem dwóch różnych sytuacji imprezowych, co automatycznie pokazywało, że mam jakieś życie towarzyskie. Z większą swobodą zacząłem podchodzić do korzystania z telefonu, w mniejszym stopniu obawiając się kolejnych uszkodzeń, bo przecież ekran i tak jest już do wymiany. Tę wymianę szybko wybiłem sobie z głowy. To, co zaczęło się jako żart na temat "większej atrakcyjności towarzyskiej" szybko okazało się zadziwiająco prawdziwe, a pęknięta szybka stała się bezcennym katalizatorem kontaktów społecznych. Niebawem przesiądę się na nowy telefon i nie powiem, że nie cieszę się z tego, że w końcu będę miał cały, niepopękany wyświetlacz, ale z drugiej strony z tym stłuczonym wcale nie było tak źle, jak mogłoby się wydawać. Do przemyślenia!
Tegoroczne NaNoWriMo dobiegło końca. Co prawda nie udało mi się napisać założonej liczby słów, ale odkryłem bardzo wygodne narzędzie do pisania. Aplikacja "Novel in 30" ma ładny interfejs, fajny sposób prezentowania treści oraz szereg mechanizmów napędzających do działania (podliczanie słów, cytaty motywujące do pisania, przyznawanie "achievementów" za ukończenie kolejnych porcji tekstu). Na poniższym fotomontażu kilku screenów z programu można zobaczyć, ile słów napisałem w poszczególne dni. Prezentuję tutaj dane jedynie dla kilkunastu pierwszych, ponieważ dalej były już tylko same zera. ;) Nie są to dni miesiąca, lecz kolejne dni uczestniczenia w projekcie. Ja wystartowałem 3 listopada.
„Co otrzymamy, gdy całkowicie zatrze się granica nie tylko pomiędzy sceną, a widownią, ale także pomiędzy samym teatrem, a jego otoczeniem? Nie będzie nie tylko sceny i foteli, ale także murów, biletów i tradycyjnej widowni, wszystko zacznie się niespodziewanie i równie nagle skończy, a większość widzów nie będzie sobie nawet zdawać sprawy, że właśnie ogląda spektakl.”
Spontakl to spontaniczny spektakl. Teatralne wydarzenie, które pojawia się na mieście tak samo szybko, jak z niego znika. Pojedyncza scenka jednego czy dwóch aktorów lub złożony układ z wieloma bohaterami. Starannie przygotowany scenariusz albo improwizacja.
To trochę jak ukryta kamera, ale bez kamery. Nie ma zabawnej puenty. Nie ma wyjaśnień. Jest tylko niesamowita anegdota, którą dzięki Waszym działaniom sprezentujecie kilku przypadkowym osobom, które będą opowiadać ją swoim znajomym.
Spontakle robię już od bardzo dawna, a teraz do tego samego zachęcam Was. Długo zastanawiałem się, jak ugryźć ten projekt, w jaki sposób go upublicznić i przedstawić, żeby idea dotarła do wielu osób, ale jednocześnie pozostała nienaruszona i niewypaczona przez obserwatorów. Rozważałem różne możliwości, w pewnym momencie myślałem nawet o tym, żeby robić spontakle, do których oglądania bym Was zapraszał, ale doszedłem do wniosku, że wydarzenie tego typu musi pozostać przedstawieniem bez wtajemniczonej widowni. Niech ten projekt będzie akcją rozproszoną, niech każdy z was weźmie w swoje ręce część tej idei i zrealizuje własny spontakl. Pomyśl o tym, jak o ukrytej kamerze, ale bez kamery. Spontakle w swej ulotności są nie do udokumentowania. Ciesz się chwilą i niepowtarzalnym spontanicznym spektaklem.
Pamiętaj!
Podczas spontaklu:
Nie wyłączaj telefonu!
Żuj gumę!
Nie zakładaj garnituru!
Nie kupuj biletu!
Przykładowe spontakle
Spontakle najlepiej wychodzą takich przestrzeniach, w których cała uwaga osób postronnych będzie skupiona na odgrywanym wydarzeniu. Dobrymi miejscami są autobusy (ale te w których nie jest za głośno), tramwaje, metro, kawiarnie, przystanki autobusowe, innymi słowy wszystkie te miejsca, w których ludzie są, a nie tylko przez nie przechodzą.
Pomysł 1
Weź teczkę, aktówkę albo przygotuj paczkę. Ten spontakl możesz realizować w sposób niezaplanowany, za każdym razem, gdy witasz się ze swoim wtajemniczonym znajomym, który również jest spontaktorem. Zamiast tradycyjnego uścisku dłoni, gdy tylko się zobaczycie, idźcie w swoim kierunku, niby nie zwracając na siebie uwagi, i w kluczowym momencie, gdy będziecie się mijać, na oczach zdziwionego obserwatora (albo obserwatorów), przekażcie sobie teczkę, aktówkę, paczkę, czy inny tajemniczy przedmiot. Dezorientacja osób postronnych jest po prostu piękna, a spontakl prosty w realizacji. Aby uczynić akcję jeszcze bardziej widowiskową, zadbajcie o to, aby widzowie nie zorientowali się, że to jedynie wyreżyserowane działanie. Zamiast zatrzymywać się po kilku metrach i wracać do siebie nawzajem, oddalcie się w różnych kierunkach, a następnie zdzwońcie się i spotkajcie w miejscu, w którym nie zauważą Was widzowie.
Pomysł 2
Wejdź do wagonu metra razem z drugą osobą uwikłaną w spontakl. Udawajcie parę (albo nie udawajcie, jeśli rzeczywiście nią jesteście), rozmawiajcie chwilę, możecie próbować subtelnie przykuć uwagę pasażerów. W pewnym momencie jeden ze spontaktorów (czyli aktorów spontaklu) oświadcza się drugiej osobie. Współpasażerowie są wzruszeni, biją, brawo, albo po prostu patrzą krzywo. Ile osób, tyle możliwości.
Pomysł 3
Ten pomysł w różnych wariantach krąży jako miejska legenda. Niektórzy z Was o nim słyszeli, inni być może sami go próbowali. Spełnia kryteria spontaklu, choć w tym przypadku nie będą mieli wątpliwości, że mają do czynienia z zaaranżowaną sytuacją. Chodzi o anegdotę, w której ktoś udaje, że naciska w metrze jakiś przycisk (w innym wariancie mówi do kasownika w autobusie lub tramwaju), po czym zaczyna składać zamówienie na jedzenie z jednego z fast foodów. Współpasażerowie mają go za wariata albo myślą, że to głupi żart. Na następnej stacji drzwi do metra się otwierają, a do środka wchodzi człowiek, który przynosi złożone zamówienie na tacy, bierze pieniądze od zamawiającego, po czym opuszcza wagon jeszcze zanim pociąg ruszy. Słowo „spontakl” ukułem dopiero w roku 2006, ale pamiętam, że już jesienią 2005, na potrzeby artykułu w Newsweeku (który w końcu się nie ukazał), kilka razy wraz fotografem tego tygodnika aranżowaliśmy podobną sytuację w metrze. Posłużyliśmy się w tym celu tacą wyniesioną przez nas z jednego z fastfoodów. Wszystko dzięki uprzejmości pracownika, który zapytany o możliwość udostępnienia tego charakterystycznego czerwonego kawałka plastiku, postanowił przymknąć oko na naszą chęć przywłaszczenia sobie jednej tacy.
Pomysł 4
Upuść na podłogę pojazdu komunikacji miejskiej jakieś urządzenie mechaniczne, które rozsypie się na drobne kawałki. Udawaj przejętego sytuacją. Pozbieraj rozsypane elementy i próbując je naprawić, zapytaj się, czy ktoś ma przy sobie śrubokręt. Większość pasażerów uzna to pytanie za absurdalne, ale podstawiona przez Ciebie osoba będzie miała poszukiwany przez Ciebie przedmiot i chętnie Ci go użyczy. Zacznij naprawiać swoje urządzenie i pytaj o kolejne rzeczy, takie jak klej, nożyczki itd. Aby uwiarygodnić całe wydarzenie miej w tłumie kilku spontaktorów i niech każdy ma przy sobie tylko jeden przedmiot. Pozostali pasażerowie, ku swojemu zdziwieniu, będą świadkami kolektywnego naprawiania uszkodzonego mechanizmu.
Pomysły można mnożyć bez końca. Jeszcze raz przypomnij sobie wszystkie dziwne wydarzenia, których byłeś świadkiem. Może któreś z nich było spontaklem? Ty też przystąp do działania. Zrób własny spontakl.
Dlaczego to wszystko?
"...żeby ludzie mogli mówić: - Nie uwierzysz, co widziałem dziś na mieście..."
Z definicji debiut może być tylko jeden, jednak ja mającą się niebawem ukazać zakręconą powieść "Defekt pamięci" będę nazywał swoim debiutem. Dlaczego? Wszystko, co do tej pory napisałem i opublikowałem było raczej nietypowymi eksperymentami podanymi w formie książkowej. To były rzeczy unikatowe koncepcyjnie, emanujące świeżymi pomysłami, lecz zdecydowanie odstające od tego, co zazwyczaj kryje się pod słowem literatura. Te niestandardowe i idące na przekór rynkowi wydawniczemu publikacje zdobyły rzesze fanów, lecz ze względu na swoją hermetyczność, spotkały się również z niezrozumieniem wielu osób. W ciągu najbliższych tygodni będę chciał Wam przedstawić coś zupełnie innego. Rzecz nie tylko pomysłową i inspirującą, lecz również przystępną w odbiorze - zaskakującą, zakręconą i niezwykle szaloną opowieść zatytułowaną "Defekt pamięci". Już teraz zapraszam Was do odszukania tej książki na Facebooku. Jestem bardzo podekscytowany perspektywą zaprezentowania jej Wam w ciągu najbliższych kilku tygodni, ponieważ jest to coś, z czego jestem naprawdę zadowolony. Bardzo pozytywne opinie od osób, które miały już okazję tę historię przeczytać, tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że chcę się nią z Wami jak najszybciej podzielić. Choć na książkę trzeba jeszcze trochę poczekać, to już teraz zapnijcie pasy i przygotujcie się na coś naprawdę odrealnionego. Będzie warto. "Defekt pamięci" nadchodzi. I pamiętajcie, to będzie mój debiut.
Czy słyszeliście o NaNoWriMo, czyli National Novel Writing Month? To akcja polegająca na tym, że co roku w listopadzie ludzie na całym świecie zasiadają przed klawiaturami, żeby zacząć pisać. Celem projektu jest pisanie przez kolejne 30 dni kolejnych porcji tekstu, który wraz z końcem miesiąca złoży się w krótką powieść. Naczelną zasadą NaNoWriMo jest stawianie na ilość, a nie na jakość. Ważne jest wyrobienie dziennej normy tekstu, a nie to, na ile ten tekst będzie dobry. Dążenie do doskonałości jest częstą przyczyną blokad w trakcie pisania. Oczywiście każdy chciałby stworzyć świetny tekst, ale obawa przed napisaniem czegoś źle, często owocuje brakiem jakiegokolwiek pisania. NaNoWriMo to ciekawy eksperyment literacki, zachęcający do wypróbuowywania w praktyce zasady powtarzanej przez wielu autorów, że do wprawy można dojść przede wszystkim poprzez pisanie. Jeśli się nie pisze, to stoi się w miejscu. Zapewniam Was, że równie ważna jak pomysł na tekst jest determinacja do jego napisania. Co z tego, że mamy tak wiele pomysłów, skoro nie robimy nic w kierunku ich wdrażania. NaNoWriMo uczy motywacji, wyrabiania nawyków, odnajdywania własnych technik.
Co prawda nigdy nie uczestniczyłem w tym przedsięwzięciu, ale opracowane przez NaNoWriMoWców techniki wdrażałem w swojej pracy nad czwartą, jeszcze niepublikowaną książką. Po prostu codziennie zasiadałem do jej pisania i zawsze musiałem wyrobić tyle, ile ustaliłem na początku prac. Pozwalało mi to w ogromnym stopniu wsiąknąć w świat mojej powieści, mieć w głowie jej najistotniejsze wątki i pracować sprawnie. To nie było typowe NaNoWriMo, ponieważ obrany przeze mnie dolny limit był mniejszy (minimum 2 strony w Wordzie) niż zalecany w ramach tego projektu (ponad 1600 słów dziennie). Poza tym nie tworzyłem w listopadzie, a świadomość pisania tekstu w tym samym czasie, co setki osób na całym świecie, jest nieodłączną częścią tego projektu. W moim przypadku pierwszy duży blok prac miał miejsce w lutym 2010, a drugi, znacznie większy i sprawniej zorganizowany, w sierpniu 2010. Praca szła zadziwiająco szybko, a rezultat okazał się naprawdę fajny. Przyznam też, że choć zacząłem z założeniami NaNoWriMo (czyli ważniejsza ilość niż jakość), to jednak nie udało mi się utrzymać prymatu długości nad jakością - zacząłem zwracać uwagę na to, żeby tekst był naprawdę dobry, pomysłowy i wysokiej jakości. Ale czemu o tym wszystkim piszę? Przecież to jeszcze nie jest ten moment, w którym jestem gotów, żeby opowiadać Wam o czwartej książce. Mogę namawiać Was do jej przeczytania, gdy już się ukaże, ale póki co nie chcę jeszcze zdradzać szczegółów na jej temat. Zdradzę tylko tyle, że jest powieścią, a jej tytuł to "Defekt pamięci", choć w sumie żaden to sekret, bo te informacje ujawniłem już wiele miesięcy temu.
Otóż piszę o tym wszystkim dlatego, że niedawno zaczał się listopad i ludzie na całym świecie znowu zabrali się za pisanie. Każdy, kto kiedyś próbował sił w pisaniu ma z pewnością wiele rozgrzebanych tekstów. Ja oczywiście nie jestem wyjątkiem i cały czas coś piszę, szkicuję, zbieram pomysły. Czasem są to opowiadania, innym razem książki, a w jeszcze innych przypadkach wpisy na bloga. Pomyślałem, że własnie rozpoczęte NaNoWriMo może być fajną okazją do zmobilizowania się do pracy nad jednym z moich tekstów, a przy okazji poeksperymentowania z własnym stylem pracy. W tym zakresie cały czas coś zmieniam. Zdarzało mi się pisać na komputerze stacjonarnym, na laptopie, na iPadzie, w domu, w kawiarni, w jednym programie, w drugim, zgodnie z układem rozdziałów w książce, na wyrywki... Stanie się częścią NaNoWriMo to kolejny eksperyment. Moim zdaniem cały czas warto poszukiwać nowych sposobów na usprawnienie własnej pracy. Nie mówię, że ten okaże się lepszy albo gorszy od dotychczas przeze mnie wypróbowanych, ale bardzo mnie kusi, żeby spróbować.
Ściągnąłem dziś na tablet aplikację o nazwie "Novel in 30". Kosztowała niecałe 4 euro. Zależało mi na czymś, co miałoby ładny interfejs, możliwość robienia kopii zapasowej pisanego tekstu w internecie, a także licznik napisanych słów. Przejrzałem dostępne aplikacje i ta zaintrygowała mnie w największym stopniu. Ma wszystko to, czego szukałem, a poza tym zdaje się być idealnie dopasowana do NaNoWriMo, ponieważ na starcie można wybrać docelową długość tekstu oraz liczbę dni na osiągnięcie tego celu, a przez cały ten okres aplikacja będzie rozliczać nas z wykonanej pracy i informować o tym, czy działamy zgodnie z planem.
Cóż mi pozostaje napisać na koniec, jeśli nie zachęcić Was do wzięcia udziału w tegorocznym NaNoWriMo? To nic, że projekt już wystartował i ludzie zaczęli pisać. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dołączyć do tej akcji w trakcie. Moja osobista rekomendacja jest taka, że jeśli ktoś nie czuje się na siłach, żeby porywać się na tak dużą liczbę słów, to niech ustali sobie mniejszą (np. 500 słów na dobę), ale niech nie odkłada udziału w tym projekcie na później, tylko zacznie pisać. Pamiętajcie, że w listopadzie setki osób będą robić to razem z nami. Do klawiatur!
Kiedyś wspominałem na łamach swojego bloga o tak zwanych Porywaczach Przestrzeni Miejskiej, czyli międzynarodowej grupie o korzeniach w Wielkiej Brytanii, która zajmuje się rozmaitymi niestandardowymi działaniami. Członkowie tej grupy określają siebie mianem agentów. Z jednym z nich miałem okazję spotkać się po latach na początku września, ponieważ był akurat w Warszawie. Podczas naszego spotkania agent Andrew wyciągnął oldschoolowo wyglądający aparat i zaproponował, że zrobi mi zdjęcie. Pewnie nie robiłbym o tym wpisu na bloga, gdyby nie efekt, który okazał się niezwykły.
Używany przez agenta Andrew aparat to Balda Mess-Baldix z lat pięćdziesiątych z obiektywem Enna Ennagon. Jest to tak zwany aparat dalmierzowy, w którym odległość od fotografowanego obiektu ustawia się ręcznie, a przed zrobieniem zdjęcia należy nałożyć na siebie dwa obrazy poprzez przekręcanie odpowiedniego pokrętła. Użyty film to wyprodukowany w Czechach czarno-biały Fomapan 100.
Zastanawialiśmy się, co powinno znaleźć sie na zdjęciu, ponieważ Andrew zależało na tym, żeby fotografia była w jakiś sposób ściśle powiązana z moją osobą. Pomyślałem, że ciekawie by było sfotografować pewien niebieski kluczyk, ktory od kilku lat noszę ze sobą w portfelu. Przez długi czas tajemnicą było to, do jakich drzwi pasuje. Znajomi oraz nowopoznane osoby snuły niejedne teorie na ten temat. Po pewnym czasie zdradziłem, że kluczyk otwiera pomieszczenie znajdujące się w bloku nieopodal basenu, na którym bywam. Trzymam tam ręczniki, rzeczy na zmianę, a także różne inne przedmioty. Gdy jestem na mieście i nagle nabieram ochoty na basen, to nie muszę jechać po niezbędne rzeczy do domu, tylko po prostu wyjmuję kluczyk i biorę je z tego pomieszczenia.
Zdjęcie zostało zrobione w okolicy Pawilonów na tyłach Nowego Światu, na znajdujących się tuż przy bramie schodach. Najpierw zrobiliśmy jedno zdjęcie, a później Andrew przewinął film i ponownie naświetlił tę samą klatkę, żeby uzyskać efekt dwóch nakładających się obrazów. Ja w międzyczasie zmieniłem układ rąk, tzn. przełożyłem kluczyk do drugiej dłoni, a pierwszą ułożyłem w taki sposób, w jaki wcześniej trzymałem drugą. Tak powstało to oto zdjęcie - bez Photoshopa i obróbki komputerowej. Kilka tygodni później Andrew je wywołał i podesłał mi na maila, a ja dzielę się nim z Wami.
Ciekawie jest się w nie wpatrywać.
Pewnego dnia w okolicach Turynu zaczynają znikać ludzie. Jednego dnia prowadzą normalne życie, a następnego nie pojawiają się w pracy, na spotkaniu towarzyskim, w domu i po prostu znikają bez śladu. Rodzina i znajomi nie wiedzą, co się stało. Po kilku dniach (czasem po trzech, a czasem po tygodniu) zaginiona osoba po prostu wraca i dalej żyje swoim życiem, zupełnie tak, jakby nic się nie stało.
Aby wyjaśnić tę tajemnicę trzeba cofnąć się o kilka dekad wcześniej, do lat sześćdziesiątych, kiedy to mający niewiele ponad dziesięć lat Oberto Airaudi ma pewien niezwykły sen, w którym widzi przepiękne starożytne świątynie, imponujące swoim rozmachem.
W roku 1978 grupa mężczyzn wchodzi do niewielkiego domu, a następnie kieruje się do piwnicy. To Oberto Airaudi wraz z kilkunastoma znajomymi. W piwnicy zaczynają kopać i wiercić, co trwa przez kilkanaście lat. Okoliczni mieszkańcy nie są świadomi tego, że pod swoim domem Airaudi, dążąc do odtworzenia wizji ze swojego snu, konstruuje szereg gigantycznych, bogato zdobionych i imponujących swoim rozmachem świątyń, połączonych siecią korytarzy. Na przestrzeni lat w projekt wtajemniczane są kolejne osoby i z każdym rokiem przy budowie tego, co Airaudi nazwał Damanhur, pracuje coraz więcej i więcej ludzi. Wkrótce przy materializowaniu wizji ze snu dziesięciolatka pracowały już dziesiątki osób z całego świata.
To nie są jakieś mało spektakularne doły wykopane przez amatorów. To wydrążony w skale u podnóża Alp potężny i przepiękny kompleks różnorodnych pomieszczeń, pełnych witraży, zdobień i malowideł. Każde z nich ma swoją nazwę: Komnata Wody, Błękitna Komnata, Komnata Ziemi, Komnata Metali, Komnata Labiryntu, Komnata Sfer, Komnata Zwierciadeł.
Z biegiem lat okoliczni mieszkańcy zaczęli podejrzewać, że pod niepozornym domem musi dziać się coś dziwnego. W roku 1991, czyli trzynaście lat po rozpoczęciu budowy, do Airaudiego, pod pozorem uchylania się od płacenia podatku, przychodzi policja, jednak nic nie znajduje, gdyż Oberto Airaudi zapytany o świątynię, pokazuje im jedynie niewielką kapliczkę z motywami egipskimi.
Rok później do Falco (bo taki pseudonim nadał sobie Airaudi) policja przychodzi ponownie i tym razem jest już bardziej stanowcza. Mundurowi wyposażeni są w dynamit i grożą, że jeśli Airaudi nie pokaże im tego, czego szukają, to wysadzą w powietrze całe zbocze góry. Falco wraz ze swoimi zwolennikami ustępuje i zgadza się na wpuszczenie policji oraz prokuratora do środka. Airaudi wprowadza ich przez ukryte wejście do Komnaty Ziemi i zebranym ukazuje się okrągła, przepięknie ozdobiona komnata z rzeźbioną kolumną na samym środku i sufitem z wielobarwnego szkła.
Po czternastu latach sekret Falco i jego zwolenników wychodzi na jaw. Wieść o Damanhur obiega media. Lokalne władze co prawda nie zezwalają na kontynuowanie prac, ale zarazem nie nakazują zniszczenia świątyni. Oberto Airaudi może kontynuować prace, ale tylko w zakresie zdobienia już istniejących pomieszczeń. Jakiś czas później władze decydują się zalegalizować już wybudowany obiekt, przyznając odpowiednie prawa „wstecz”.
Wokół Falco i jego świątyni gromadzi się coraz więcej ludzi. Społeczność ta zaczyna rządzić się własnymi prawami. Tworzą własną walutę, konstytucję i strukturę władzy. Choć oficjalnie nie wolno im budować kolejnych komnat, to jednak prace przez kolejne lata wykraczają znacznie poza zdobienie już istniejących pomieszczeń. Na terenach należących do tego, co Oberto Airaudi nazwał Federacją Damanhur, powstają kolejne ogrody i obiekty użyteczności publicznej. Falco zaczyna liczyć sobie setki zwolenników. Lokalne władze zdają się przymykać oko na kolejne ekscesy damanhurańczyków. Wszystko wskazuje na to, że ich zaskakująca przychylność wynika z tego, iż niektórzy członkowie rady miasta sami są członkami społeczności Damanhur.
Federacją kierują cztery ciała: The School of Meditation (zajmujące się rytuałami damanhurańczyków), Social (koordynujące aspekty społeczne), The Game of Life (eksperymenty związane z życiową drogą, dokonywanie zmiany osobistej) oraz Tecnarcato (samodoskonalenie).
Społeczność dzieli się na cztery stopnie wtajemniczenia: A, B, C oraz D. Mieszkańcy kategorii A żyją na terenie Federacji Damanhur i mogą w pełni korzystać ze wszystkiego, co Oberto Airaudi ma im do zaoferowania. Nie chodzi tu tylko o swobodny dostęp do świątyń, ale też uczestnictwo w medytacjach koordynowanych przez The School of Meditation, czy też wydarzeniach planowanych przez Game of Life. Członkowie kategorii B wspierają Damanhur finansowo i muszą mieszkać na terenie kompleksu co najmniej przez trzy dni w tygodniu. Również mogą korzystać z wielu możliwości oferowanych im przez Federację. Członkowie kategorii C oraz D mogą mieszkać gdziekolwiek, z tym, że osoby z grupy C w pełni uczestniczą w medytacjach.
Mieszkańcy mogą wybrać swoją ścieżkę kariery i podążać jedną z szeregu dróg: Drogą Wyroczni, Drogą Mnicha, Drogą Rycerza, Drogą Zdrowia, Drogą Słowa, Drogą Sztuki i Pracy oraz szeregiem innych. To trochę jak gra komputerowa, w której rozwijasz swoją postać, tylko, że w Federacji Damanhur wszystko dzieje się naprawdę.
Ma tam miejsce również wiele innych nietypowych rzeczy. Przykładowo, jedno z wydarzeń koordynowanych przez Game of Life polega na tym, że członek społeczności wywożony jest do lasu, gdzie spędza dwa dni, doświadczając rozmaitych rodzajów indoktrynacji ze strony Game of Life. Zwieńczeniem całości jest postawienie testowanej osoby przed specjalnym urządzeniem z przyciskiem. Uczestnik wydarzenia zostaje poinformowany, że w momencie, w którym naciśnie guzik, doprowadzi do uśmiercenia Chińczyka na drugim końcu świata. Oczywiście nie wiadomo, na ile oświadczenie Game of Life jest zgodne z prawdą, a na ile jest blefem. Większość ludzi naciska guzik, a tylko nieliczni rezygnują. To tylko jedno z wielu zadań, jakie damanhurańczycy napotykają na swojej drodze, dążąc do kolejnych stopni wtajemniczenia.
Innym, szczególnie przez wielu wyczekiwanym, jest tak zwane Viaggio, czyli po włosku Podróż. Oberto Airaudi jest dla damanhurańczyków postacią niezwykłą. Potrafi pociągnąć za sobą tłumy, zajmuje się tworzeniem zasad rządzących społecznością, a także maluje obrazy. Nie wszyscy mają możliwość poznania go osobiście u początku swojej drogi. Zazwyczaj jest to coś, do czego się dąży. Szczególnym wyróżnieniem dla osób aspirujących do stania się pełnoprawnymi członkami społeczności jest pewien telefon, który zapoczątkowuje Viaggio. Nigdy nie wiesz, kiedy ktoś do ciebie zadzwoni, ale gdy ten moment nastąpi, musisz być gotów. Masz niewiele czasu na to, aby zjawić się w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej porze. Nie wolno ci nic nikomu powiedzieć. Wsiadasz do jednego z camperów należących do Federacji Damanhur i razem z innymi wybranymi oraz Falco wyruszasz w podróż. To właśnie dlatego ludzie w okolicach Turynu znikają.
Z założenia celem Viaggio są mistyczne doświadczenia, które mają doprowadzić do wewnętrznej przemiany członków społeczności. Ci, którzy mieli okazję wybrać się w taką podróż, otrzymują zakaz opowiadania o jej szczegółach. Plotki głoszą, że Oberto Airaudi często wykorzystuje seksualnie uczestniczki Viaggio. Ludzie, którzy uciekli z Federacji Damanhur opowiadają o wielu innych nadużyciach, manipulacjach i destrukcyjnych działaniach Falco.
Tymczasem Organizacja Narodów Zjednoczonych nagrodziła Damanhur jako wzór zrównoważonej społeczności przyszłości, a przepiękne komnaty niezmiennie zachwycają.
Oprócz tego, że zajmuję się grami miejskimi dla samorealizacji, to stały się one dla mnie również źródłem zarobkowania. Zawsze jednak wyraźnie oddzielam projekty realizowane na własną rękę od tych, które przygotowywane są na zlecenie. Rozmaitych propozycji współpracy dostaję bardzo dużo, lecz w skali roku angażuję się w 1-3 z nich. Jakim kluczem kieruję się przy wyborze zlecenia? Kluczowe są trzy czynniki: czy mam w danym momencie czas na zaangażowanie się w taki projekt, czy sam projekt jest ciekawy oraz jakie jest wynagrodzenie (nie ma co się oszukiwać, że jest to ważne, tak jak w każdej innej pracy). Oczywiście te trzy punkty można rozwinąć.
Przykładowo, jeśli chodzi o kwestie czasowe, to nie lubię deklarować chęci współpracy przy projekcie, którego realizacja zaplanowana jest na wiele miesięcy wprzód. Po pierwsze dlatego, że trudno przewidzieć, czy za te kilka miesięcy będę miał czas na ich wdrożenie, po drugie nie lubię mieć zobowiązań, które nade mną wiszą, a po trzecie w sytuacji, w której co jakiś czas napływają nowe propozycje współpracy, bez sensu byłoby deklarowanie się na coś z takim wyprzedzeniem.
Jeśli chodzi o rozwinięcie czynnika ciekawości projektu, to wiadomo, że jeśli kwestie czasowo-finansowe byłyby odpowiednie (tzn. miałbym akurat możliwość zaangażowania się we współpracę a wynagrodzenie byłoby odpowiednie), to nie miałbym problemów z zaangażowaniem się w zlecenie, które samo w sobie wydaje mi się mniej interesujące.
Wreszcie wątek trzeci, czyli finanse. Na angażowanie się w kolejne projekty muszę patrzeć przez pryzmat wynagrodzenia, ponieważ jest to moja praca. Robiąc projekt za niską stawkę automatycznie nie jestem w stanie nawiązać współpracy przy innym, przez co mógłbym zostać bez pieniędzy, tak więc wyeksponowanie tego aspektu nie jest wynikiem pazerności czy jakiejś chęci ogromnego wzbogacenia się, ale po prostu czystą kalkulacją, którą trzeba przeprowadzić ze względów ekonomicznych. Jest to szczególnie ważne dlatego, że wiele czasu poświęcam na pracę nad rzeczami, które z założenia nie tylko nie przynoszą mi zysku, ale wręcz wiążą się z kosztami (np. przygotowywanie ogólnodostępnych gier i innych projektów w przestrzeni miejskiej realizowanych dla samorealizacji, pisanie książek itd.). Zdarzało mi się jednak angażować w projekty znacznie poniżej zwyczajowych stawek, a przyczyny takiej decyzji były różne. Jedna z takich sytuacji miała miejsce dziś i zdecydowałem się opisać ją poniżej.
Otóż w styczniu 2010 roku uświadomiłem sobie, że przez te lata prac nad grami miejskimi stworzyłem całkiem pokaźną bazę punktów kontrolnych (i wskazówek do nich prowadzących). Wiele z nich znajduje się w ścisłym centrum Warszawy. Oczywiście sporo punktów się zdezaktualizowało (np. zniknęły wspomniane w pierwszej grze „schody donikąd”, podobnie jak supermarket Albert), ale te, które przetrwały, zostały zebrane przeze mnie w jednym pliku, który nazwałem tak, jak cały projekt, czyli „Puszka”. Zanim wyjaśnię szczegóły mojego pomysłu, opiszę pokrótce mechanizm, który zapewnia temu projektowi rację bytu.
Pomyślałem sobie, że choć wielu zleceniodawców jest zainteresowanych projektami szytymi na miarę bezpośrednio pod ich brief, to jednak są również tacy, którzy poszukują np. integracyjnego projektu dla swoich pracowników i wcale nie zależy im na tym, żeby był on rzeczą zaprojektowaną dla nich na wyłączność. Tutaj przydatne są usługi firm, które mają kilka scenariuszy gier miejskich i sprzedają je wielokrotnie różnym firmom, co oczywiście pozwala klientowi zaoszczędzić sporą sumę w budżecie, bo wiadomo, że inna jest stawka za projekt przygotowany pod brief klienta, a inna za skorzystanie z już gotowego scenariusza. Minusem takiego rozwiązania jest jednak to, że pracownicy różnych firm biorą udział w identycznych projektach, przez co w pewnym stopniu zatracana jest unikatowość doświadczenia. Wiadomo, że ten sam scenariusz podczas każdego wdrożenia wygląda w dużym stopniu inaczej, bo wszystko dzieje się w żywej tkance miejskiej, która za każdym razem jest inna, a o dynamice gry w ogromnej mierze decydują uczestnicy poprzez swoje działania i to, kim są, ale przyznacie, że sytuacja, w której dwóch znajomych z różnych firm spotyka się przy piwie i uświadamia sobie, że brało udział dokładnie w takim samym projekcie nie jest tak fajna, jak ta, w której obie grały w grę, jednak nieco inną.
Mój pomysł polega na generowanie różnych gier z gotowych modułów, czyli opracowanych przeze mnie punktów kontrolnych znajdujących się w bazie. Oczywiście nie każdy element może być dopasowany do każdego (konstruowanie dobrej gry miejskiej nie polega na wybraniu losowych punktów na mieście i napisaniu wskazówek do nich prowadzących), ale posługiwanie się taką bazą dobrze znanych i sprawdzonych punktów niesamowicie przyspiesza proces konstruowania gry. Przy takim rozwiązaniu zyskują wszyscy: klient, który nie potrzebuje unikatowego projektu za gigantyczne pieniądze, ale z drugiej strony nie chce kupować tego, co kupiło wiele osób przed nim, otrzymuje rzecz dopasowaną do swoich potrzeb i do tego w przystępnej cenie, ja poświęcam nieporównywalnie mniej czasu na pracę nad takim zleceniem, a uczestnicy otrzymują grę składającą się ze sprawdzonych modułów, zapewniających wysoki poziom grywalności.
Jeśli mam być szczery, to cała powyższa koncepcja „Puszki” jako mechanizmu generowania różnych gier z gotowych elementów nie była czymś, co od początku leżało u podstaw tego projektu. Choć teraz wydaje się to być jego esencją, to w styczniu 2010 chodziło po prostu o stworzenie jednej gry z wielu już zrealizowanych, która mogłaby być oferowana klientom jako narzędzie integracji. W międzyczasie jednak zaprojektowałem i rozegrałem jeszcze kilka gier zlokalizowanych w ścisłym centrum miasta, a baza punktów w „Puszce” powiększyła się do tego stopnia, że pojawił się pomysł konstruowania gier z modułów.
„Puszka” czekała na otwarcie przez wiele miesięcy. I być może pozostałaby zamknięta jeszcze dłużej, gdyby nie fakt, że niedawno odezwał się do mnie znajomy, który szukał porad odnośnie tego, jak zorganizować grę miejską. W grę wchodziło również wynajęcie projektanta, jednak budżet był znikomy. Pomyślałem, że to świetna okazja, żeby w końcu przetestować „Puszkę” w terenie. Odstąpiłem od wspomnianej wcześniej zasady numer trzy i zdecydowałem się wejść w ten projekt za symboliczną cenę, traktując go jednocześnie jako ostateczny sprawdzian dla koncepcji „Puszki”.
Czy się udało? I to jak! Po zakończeniu projektu gracze byli pełni entuzjazmu! Przed rozpoczęciem rozgrywki zostali podzieleni na cztery drużyny (trzy trzyosobowe oraz jedną czteroosobową), otrzymali po jednej karcie gry na drużynę i ruszyli w teren. W ciągu 75 minut mieli odnaleźć osiem punktów kontrolnych oraz uporać się z trzema dodatkowymi zadaniami. Oczywiście zebranie maksymalnej liczby punktów było niemal niemożliwe i rzeczywiście nie udało się to z żadnej drużyn.
Ponieważ projekt nie miał budżetu na wynajęcie agentów, to działaliśmy w oparciu o liczby wypisane kredą na chodniku. Pierwszy raz zdecydowałem się na takie rozwiązanie (choć rozmaite teksty wypisane kredą wykorzystywałem już w Urban Playground) i muszę przyznać, że daje ono bardzo ciekawe rezultaty i nadaje grze specyficznego klimatu.
Jako, że wszystko dzieje się w żywej tkance miejskiej, konieczne jest jak najszybsze docieranie do poszczególnych punktów kontrolnych, ponieważ może zdarzyć się tak, że jakaś osoba postronna zetrze napisy. Zresztą do tego typu zagrań namawiałem również samych graczy, którzy mogli ścierać bądź przykrywać odszukane liczby, utrudniając tym samym rozgrywkę pozostałym drużynom (i niektórzy z tej możliwości korzystali). Na wszelki wypadek każdą z liczb wypisałem na chodniku kilkakrotnie, tak więc wytarcie lub zasłonięcie ich wszystkich przez przypadkowe osoby lub innych graczy nie było takie proste.
Gra zaczęła się po godzinie osiemnastej na placyku przy stacji metra Centrum. Panował już lekki półmrok, a z każdą minutą stawało się jeszcze ciemniej, co również było ciekawym elementem rozgrywki. Zachęcałem graczy do jak najszybszego odwiedzania punktów kontrolnych, ponieważ im później, tym ciemniej i tym trudniej dostrzec liczby wypisane kredą.
Po 75 minutach gracze zaczęli docierać do punktu zbierania kart gry, który znajdował się w Nowym Wspaniałym Świecie (tam uczestnicy projektu zaplanowali sobie ciąg dalszy wieczoru integracyjnego, czyli zasłużone piwo i jedzenie). Jeśli ktoś dotarł na miejsce w ciągu pięciu minut po zakończeniu rozgrywki, to nie otrzymywał żadnych punktów karnych, ale każde kolejne rozpoczęte pięć minut spóźnienia owocowało odjęciem jednego punktu. Przed grą umówiliśmy się, że rozdzielanie się w trakcie rozgrywki jest dozwolone (to standard w tego typu projektach, ponieważ zweryfikowanie tego, czy drużyna się rozdzielała, czy nie, nie jest łatwe). Ponadto ustaliliśmy, że wystarczy, żeby na metę dotarła jedna osoba z kartą gry, ale kto wie, czy nie lepszym mechanizmem w tym przypadku byłby wymóg stawienia się drużyny w komplecie.
Reasumując, gra z „Puszki” okazała się ogromnym sukcesem. Dała dużo satysfakcji zarówno mnie, jak i graczom. Fajnie, że ten dojrzewający przez ponad 1,5 roku mechanizm okazał się strzałem w dziesiątkę.
Nie znam statystyk, ale znam stereotyp (element humorystyczny zamierzony) - większość osób ubierających się pod krawat robi to, bo musi. Są sytuacje, kiedy ja również bez krawata nie mógłbym się obejść, ponieważ regulują to te normy społeczne, których złamanie nie byłoby mi w smak, jednak w większości przypadków nie jestem zmuszony do ubierania się w ten sposób. Owszem, na rozmowę biznesową ubiorę się schludnie, ale nie musi to być strój formalny. Jest to po części wynikiem specyfiki mojej pracy, jak i zbudowanego wizerunku, którego częścią nie jest zamykanie się w konwencjach. Są jednak czasem takie dni, kiedy wychodzę w miasto pod krawatem. Ludzie zazwyczaj pytają się wtedy skąd wracam, dokąd idę albo co takiego się dziś wydarzyło, zupełnie nie biorąc pod prawdziwej przyczyny tego, dlaczego tak wyglądam. Jaka to przyczyna? Odpowiedź jest prosta, choć nie dla wszystkich zrozumiała. Kiedy zakładam koszulę i krawat, robię to nie dlatego, że muszę, ale właśnie dlatego, że nie muszę.
Trzy lata temu została wydana książka "Miasto to gra". Ale się przez ten czas pozmieniało! Na półki wprowadziłem dwie kolejne publikacje, a wydanie książki przestało być marzeniem, którego realizacja była czymś odległym, niepewnym i wyczekiwanym, a stało się integralną częścią mnie. Nie wyobrażam sobie już siebie jako nie-autora.