Archiwa

O czym są Twoje książki?

Czasem czytuję recenzje moich książek (a ściślej rzecz ujmując, staram się śledzić je na bieżąco) i zawsze z ogromnym zainteresowaniem dowiaduję się, co dostrzegli w nich czytelnicy. Część elementów ukrytych w treści odnajdują wszyscy, a część tylko nieliczni. Są też tacy, którzy wyciągają na światło dziennie rzeczy, o których nie myślałem podczas tworzenia książki, a przynajmniej nie robiłem tego w sposób świadomy. W recenzjach często próbuje się zaszufladkować tekst, pisząc że jest to książka o tym albo o tamtym. Rzecz w tym, że fabuły, które tworzę, często poruszają szereg kwestii i zwracając uwagę na najbardziej wyrazistą z nich, nie powinniśmy zapominać o pozostałych. Czasem te drobne akapity lub pojedyncze zdania są równie ważne, co widoczna na pierwszy rzut oka ogólna wymowa dzieła. Jako że coraz częściej ludzie zadają mi pytanie „O czym są Twoje książki?”, a ja coraz częściej mam problem ze znalezieniem prostej odpowiedzi, natomiast wdawanie się w niuanse nie ma zbytniego sensu ze względu na zbytnią energochłonność tego procesu, zdecydowałem się coś z tym zrobić. Postanowiłem przygotować krótką odpowiedź specjalnie dla tych, którym nie przeszkadza, że z oczywistych względów będzie miała ona niezwykle kompromisowy charakter. Czasami jednak uproszczenia są potrzebne, szczególnie wówczas, gdy ludzie się ich domagają.

„Rezydencja” (2014) – Kim byśmy byli, gdybyśmy nie byli tym, kim jesteśmy?

To pytanie najlepiej opisuje, o czym jest ta książka. Jest ono zarazem cytatem z niej pochodzącym. W „Rezydencji” jest mowa o wydarzeniach, które kształtują nas na całe życie, o różnych drogach, które mogliśmy wybrać, a także o tym, że dobrze nam znane osoby mogą okazać się w gruncie rzeczy kimś zupełnie innym, niż nam się wydaje. Tak więc to chyba całkiem sensowne jednozdaniowe podsumowanie tej publikacji.

„Rekonstrukcja” (2012) – Co mogłoby czekać na nas na końcu drogi rozwoju, gdyby udało nam się osiągnąć jej nieosiągalny kres?

Książka jest niezwykle zagmatwana i wielowątkowa, ale właśnie to pytanie zdaje się leżeć u podstawy całej opowieści. Oto wizja tego, jak mógłby wyglądać kres rozwoju ludzkości, rozumiany jako osiągnięcie ostatecznego celu, poza którym nie ma już nic. Poza tym każda z historii składających się na tę książkę w mniejszym lub większym stopniu dotyczy dążenia do jakiegoś celu, ale to chyba cecha niemalże każdej opowieści, prawda?

„Defekt pamięci” (2012) – Czy możemy ufać własnej percepcji świata?

Poza oczywistą kwestią, która jest głównym zwrotem akcji w niniejszej książce, motyw percepcji świata przewija się również w innych elementach tej opowieści. To historia o tym, co niezwykłe, a co być może dzieje się wokół nas (sekretne grupy ludzi i ich działania), o mechanizmach przyczynowo-skutkowych rządzących światem (czy pewne niefortunne wydarzenia są jedynie przypadkiem, czy też może istnieją mechanizmy, których nie rozumiemy?), a także o tym, czy możemy ufać innym ludziom oraz naszym ich osądom (przypomnijcie sobie scenę przesłuchiwania przez Piszących jednej z bohaterek oraz tego konsekwencje).

Można powiedzieć, że to by było na tyle. Zbiór opowiadań „I nagle wszystko się kończy” (2013) pozwoliłem sobie w tym zestawieniu pominąć, ponieważ jest zlepkiem bardzo różnorodnych opowieści. Polecam go jednak tym wszystkim, którzy chcieliby rozpocząć przygodę z moją twórczością. To chyba najlepszy wybór, ponieważ wydaje mi się, że każdy znajdzie w tej książce zarówno takie opowiadania, które bardzo mu się spodobają, jak i takie, które kompletnie nie trafią w jego gust. Z kolei książki „Miasto to gra” (2008) oraz „Kod, czyli rzeczy, które zauważasz w mieście, gdy wpatrujesz się w nie odpowiednio długo” (2010) dotyczą rozmaitych działań w przestrzeni miejskiej i wydają się być odpowiednią lekturą dla tych, którzy interesują się tą tematyką lub też po prostu chcą poznać kilka dosyć kreatywnych pomysłów na spędzenie wolnego czasu. Natomiast „Raz na kilkaset lat” (2011) to nietypowa książka podróżnicza, w sam raz dla tych, którzy nie ograniczają się wyłącznie do sterylnych, starannie przeredagowanych książek podróżniczych, lecz z chęcią słuchają spontanicznych opowieści osób niebędących zawodowymi podróżnikami.

No i to by było na tyle. Mam nadzieję, że osoby poszukujące odpowiedzi na pytanie „O czym są Twoje książki?” zostały w wystarczającym stopniu usatysfakcjonowane. To teraz zabierajcie się do lektury – czas wyrobić sobie własną opinię i znaleźć swoją odpowiedź na to pytanie.

Łańcuszek

Zostałem nominowany do wzięcia udziału w łańcuszku typu „Podaj dziesięć książek, które zapadły ci w pamięć”. To miały być publikacje, które jako pierwsze przyjdą mi do głowy, bez zwracania uwagi na to, czy są mniej, czy bardziej ambitne, popularne, niszowe itd. Jako że jestem bardzo słaby i mało decyzyjny w tego typu rankingach, postanowiłem nieco zmodyfikować zasady i wprowadzić następujące ograniczenia: 1) jedynie książki przeczytane w ciągu ostatnich trzech lat, 2) tylko jeden tytuł jednego autora w ramach jednego gatunku literackiego (jak ktoś uprawiał kilka, to może pojawić się na liście więcej niż raz). Lista w kolejności alfabetycznej po autorach. Została przygotowana w sposób spontaniczny, więc może zawierać błędy i po przemyśleniu sprawy wyglądałyby nieco inaczej. Było z czego wybierać, bo w ciągu ostatnich 3 lat przeczytałem około 85 bardzo różnorodnych tytułów. Niektóre były dostępne jedynie w języku angielskim, więc więc w poniższym spisie oznaczyłem je w odpowiedni sposób (ang.).

„Z szynką raz” Charles Bukowski – Bukowski ma to do siebie, że jego kolejne książki są do siebie niezwykle podobne, a pewne motywy pojawiają się podane w identyczny sposób w różnych pozycjach. I choć najlepszym wstępem do prozy Bukowskiego są „Kobiety” lub „Najpiękniejsza dziewczyna w mieście”, to jednak „Z szynką raz” wydaje się być tą książką, która najbardziej zapada w pamięć i zdaje się mieć w największym stopniu autobiograficzny charakter, co daje do myślenia, jakim człowiekiem mógł być Bukowski, ze swoimi skomplikowanymi relacjami z ludźmi i życiem gdzieś pomiędzy fikcją a rzeczywistością. Książka jest obecnie ekranizowana, więc coś czuję, że lada chwila wszyscy zaczną jarać się Bukowskim (no dobrze, i tak już się jarają). Czytajcie, póki jeszcze nie macie wyboru „film czy książka”.

„The Captain is Out to Lunch and the Sailors Have Taken Over the Ship” (ang.) Charles Bukowski – Coś na kształt pisanego żywym językiem pamiętnika i zbioru przemyśleń Bukowskiego. Fascynujące, wciągające, lekkie, barwne, zabawne i aż dziwne, że w Polsce na szerszą skalę praktycznie nieznane. Ktoś powinien to u nas wydać! Motywy przewodnie to jak zwykle: picie, hazard, kobiety, pisanie, a do tego sława i przemijanie.

„The Last Night of the Earth Poems” (ang.) Charles Bukowski – Wiersze Bukowskiego są jak opowieści i przemyślenia nieznajomego człowieka w barze. Zbiorów jest wiele, niektóre utwory się powtarzają, wydaje mi się jednak, że ta kolekcja jest jedną z najmocniejszych.

„Tales of the San Francisco Cacophony Society” (ang.) Carrie Galbraith, John Law, Kevin Evans – Ta książka jest prawdziwą biblią miłośników dziwnych przedsięwzięć, sekretnych grup oraz projektów w przestrzeni miejskiej. Bogato ilustrowana dokumentacja działań jednej z najbardziej znanych grup zajmujących się tego typu wydarzeniami. Niezastąpione źródło ciekawostek oraz inspiracji, będące portalem do świata jednej z najdziwniejszych rzeczy, jaką wydały na świat lata osiemdziesiąte.

„Amerykańscy Bogowie” Neil Gaiman – Choć książka wchodzi trudniej niż powiązane z nią „Chłopaki Anansiego” tego samego autora, to jednak w pamięć zapada nieco bardziej, a to ze względu na stworzoną przez autora niezwykle rozbudowaną historię osadzoną w barwnym świecie, w którym bogowie z różnych kontynentów przenikają się z amerykańską kulturą. Ta książka to taka szalona wycieczka przez USA, od tętniących życiem metropolii, przez wysuszone pustynie dróg międzystanowych, aż po zamarznięte jeziora i pokryte śniegiem lasy – a wszystko to z ogromną intrygą w tle.

„Fifty Shades of Grey” (ang.) E. L. James – Nie ma wątpliwości, że jest to książka słabo napisana (co prawda czytałem wersję angielską, bo to było kilka miesięcy przed ukazaniem się książki u nas, ale zakładam, że tłumacze nie był w stanie tego uratować). Uważam też, że sceny seksu zaczynają w pewnym momencie nużyć i poza nielicznymi wyjątkami człowiek jak najszybciej chce, żeby się skończyły, bo jest ciekaw, co wydarzy się dalej, a tymczasem musi czytać o cudzych orgazmach. Niemniej jednak historia i jej bohaterowie w jakiś dziwny sposób przyciągają i kolejne grube tomy wchodzą gładko. Przy takich publikacjach ludzkość lubi się polaryzować i powstają fronty fanatycznych miłośników i karykaturalnie przerysowanych przeciwników, a ja powiem tak – dobry pomysł, nienajlepsze wykonanie. Niemniej jednak warto się zapoznać, żeby wyrobić sobie własne zdanie i zrozumieć, co dzieje się w popkulturze.

„Nagle pukanie do drzwi” Etgar Keret – Jestem ogromnym fanem opowiadań Kereta, a to chyba jego najmocniejszy zbiór. Krótko i pomysłowo.

„Vertical” Rafał Kosik – Nie przypuszczałem, że ta książka będzie tak dobra. Skusiła mnie nietypowa wizja świata przedstawionego i poza tym nie liczyłem na zbyt wiele, a tymczasem otrzymałem rzecz niezwykle dopracowaną i barwną – a wszystko to od polskiego autora!

„Quicksand House” (ang.) Carlton Mellick III – Czasami w recenzjach moich książek pojawiają się sformułowania typu „książka zniszczyła mi mózg” oraz „niezły mindfuck”. Teraz już wiem, co recenzenci mają na myśli. Autor stworzył niezwykły psychodeliczny świat, którego próżno szukać w innych książkach, i wycisnął z niego ile się da. I nie jest to wyłącznie lawina odrealnionych pomysłów, lecz rzecz, która zostaje w głowie.

„Zniknięcie słonia” Haruki Murakami – Mój pierwszy Murakami: różnorodny, pokręcony, poetycki. Czego chcieć więcej? Zbiór opowiadań, w którym każdy znajdzie coś dla siebie.

„Przygoda z owcą” Haruki Murakami – Niezwykły, oniryczny klimat (jak to u Murakamiego), którego odbiór w moim przypadku spotęgowany był tym, że czytałem tę książkę na odludziu w zamglonych, szwajcarskich górach, przez co ta książka wywarła na mnie niezapomniane wrażenie.

„Rant” Chuck Palahniuk – Historia niezwykle pomysłowa (jak to u Palahniuka), a przy tym ma w sobie coś pięknego i nostalgicznego – klimat jest naprawdę niezwykły. To jeden z ostatnich dobrych palahniuków, zanim książki tego pana stały się poważnym nieporozumieniem. Co prawda po raz pierwszy czytałem „Ranta” w 2008, ale wtedy była to wersja angielska, natomiast w 2012 roku książka ukazała się po polsku i wciągnąłem ją jeszcze raz, tak więc mieści się w założeniach niniejszej listy („książki przeczytane w ciągu ostatnich trzech lat”).

„The Game: Penetrating the Secret Society of Pickup Artists” (ang.) Neil Strauss – Pokazuje relacje damsko-męskie w zupełnie nowym świetle i nawet jeśli część opisanych tu wydarzeń jest fikcją, to i tak czyta się bardzo przyjemnie. Ktoś się pośmieje, a ktoś przemyśli kilka spraw.

„Chimeryczny lokator” Roland Topor – Mroczny klimat, psychodeliczna atmosfera i jedna z najlepszych przepustek do dziwnego świata Rolanda Topora. Jest też film Polańskiego „Lokator’, który powstał właśnie na podstawie tej książki.

Oczywiście powyższa lista nie wyczerpuje tematu. Została przygotowana dosyć spontanicznie i z obostrzeniami wypisanymi powyżej.

Tak, wiem, że miało być dziesięć pozycji, a ja podałem więcej – jak się komuś nie podoba, może mnie pozwać.

Kolejne nominacje zamieszczam w komentarzach. Jeśli ktoś nie jest nominowany a chciałby być, to może śmiało nominować się we własnym zakresie.

Jak ktoś chce, może dodatkowo wylać sobie wiadro wody na głowę, ale nie musi.

Proroctwo roku 2010

Pamiętam jak kilka lat temu zakładałem swojego pierwszego mikrobloga, wówczas jeszcze w nieistniejącym już serwisie Blip.pl. Umieściłeś tu wtedy wpis, w którym dzieliłem się swoimi obawami odnośnie takiego kroku. Bałem się, że blog na tym ucierpi, bo zamiast długich i wyczerpujących wpisów, zaczną pojawiać się krótkie, lakoniczne notki. A to przecież z tych długich postów słynąłem! Jednocześnie w tym samym wpisie doszedłem do wniosku, że gdyby nie Blip, to z pewnością wielu wpisów nigdy by nie było, a przecież lepiej krótko niż wcale.

Od czasu założenia mikrobloga minęły już cztery wiosny. Co stało się w międzyczasie? Blip został zlikwidowany, a ja z mikroblogowaniem przeniosłem się na Instagrama. Zmieniły się też moje nawyki – tak jak kiedyś mikroblog był dodatkiem do bloga, tak teraz blog zdaje się być dodatkiem do mikrobloga. Moje obawy okazały się słuszne, zacząłem udzielać się tutaj znacznie rzadziej, a tego wpisu pewnie nawet by nie było, gdybym przypadkiem w AppStore nie zobaczył aplikacji do obsługi serwisu Blog.pl. Zainstalowałem, żeby przetestować i przy okazji napisać coś sensownego.

Tak więc piszę. Nastała era mobile’u. Tutaj pojawiam się już wyłącznie z takimi treściami, których nie dałoby się upchnąć na mikroblogu. Po całą resztę zapraszam tam. Gdzie? Dwa linki do wyboru: www.instagram.com/kb1985 lub też www.semp.pl/mikroblog. Acha, i daj proszę znak życia w komentarzu, jeśli czytasz te słowa. Dobrze wiedzieć, że w czasach facebooków, twitterów i instagramów ktoś jeszcze tu bywa. Do zobaczenia, czy to w tej, czy w innej części cyberprzestrzeni (ach, wystarczyło użyć tego słowa i od razu powiało późnymi latami dziewięćdziesiątymi)!