Archiwa

Rekonfiguracja

Właśnie skończyłem pisać pierwszą wersję tekstu roboczo zatytułowanego “Rekonfiguracja”. Pracowałem nad nim w marciu i kwietniu. Ale to jest dziwaczna opowieść! Jest tu tak wiele rzeczy, którymi bardzo chętnie bym się już teraz pochwalił, ale wiem, że jeszcze nie mogę!

O czym to jest? Powiedzmy, że o pewnej firmie. I o substancjach psychoaktywnych, oczywiście. A także o człowieku, który najpierw starał się o pewną pracę, a teraz kombinuje, w jaki sposób się zwolnić – a jest to droga niezwykle wyboista i mieniąca się dziesiątkami dziwacznych wydarzeń. Nie mogę powiedzieć nic więcej, ale przestrzegam, że będzie jeszcze bardziej dziwacznie niż zwykle, bo tym razem zachciało mi się napisać tekst wielce absurdalny i niespętany żadnymi zasadami – mogłem pociągnąć tę historię w dowolnym kierunku i nie byłoby to nadużyciem. I wiecie co? Dotarłem tam, gdzie kompletnie niespodziewałem się dotrzeć, gdy zabierałem się za pisanie.

Tak więc obecnie harmonogram wygląda następująco:
- “Rezydencja” (2014)
- “Syntagma” (2015?)
- “Rekonfiguracja” (2015? 2016?)

Swoją drogą sporo tych tytułów z “Re” w nazwie. Najpierw wydana już “Rekonfiguracja”, a teraz jeszcze planowane “Rezydencja” oraz “Rekonfiguracja”. Zapewniam jednak, że to czysty przypadek i pomiędzy tymi książkami nie ma żadnych powiązań. Myślę, że takie ostrzeżenie jest konieczne, gdy człowiek kojarzy się swoim czytelnikom z osobą ukrywającą wszędzie jakieś znaczące detale. Zapewniam jednak, że tym razem jest to czysty przypadek. Cóż poradzę, że czasem zacieki na szybie układają się w przedziwne kształty, a ludzie lubią dopatrywać się w nich czegoś więcej niż po prostu plamy?

Oczywiście do upublicznienia tej opowieści jeszcze długa droga. To dopiero pierwsza wersja tekstu i konieczne są jeszcze liczne poprawki. Ale miłośnicy dziwacznych opowieści nie powinni narzekać, bo mam nadzieję, że już niebawem premiera mojej nowej książki, czyli, “Rezydencji”! Promuję tę książkę jako psychodeliczną opowieść o relacjach międzyludzkich i zapewniam, że jest to niezwykle trafne określenie, o czym będziecie mieli okazję przekonać się za kilka tygodni.

1 stycznia

Pierwsze pytanie, które należało zadać sobie po wylądowaniu brzmiało: co dalej?

Odpowiedź na nie znalazłem niezwykle szybko. Nigdzie mi się nie spieszyło. Usiadłem na lotniskowej ławce i oddałem się relaksowi. Z głośników płynęła łagodna orientalna muzyka. Za oknem świeciło słońce. Nie miałem potrzeby nigdzie wstawać. Nie musiałem pędzić. Był pierwszy stycznia 2014 – roku, który zaczął się dla mnie w sposób niezwykły.

Nie jestem pewien jak długo tak siedziałem. Półtorej godziny? Dwie? Wstałem tylko kilka razy – żeby kupić coś do picia w kiosku, bilet na autobus, a także by podładować komórkę. Przyjemnie się odpływało na lotniskowych ławkach. Wokół tylko cisza, podkreślana łagodną, niezbyt głośną muzyką. To ogromna zaleta Japonii – w miejscach takich jak to nikt nic nie mówi, nie krzyczy – jest spokojnie.

W końcu jednak trzeba było ruszyć dalej. Wyszedłem na świeże powietrze i wsiadłem w mój autobus. Niemalże od razu zasnąłem. No cóż, emocje po wymarzonym Sylwestrze oraz zmiana strefy czasowej robią swoje.

Obudziłem się w Shinjuku. Kupiłem bilet właśnie w to miejsce, ponieważ kilka dni wcześniej w sieci wpadł mi w oko pewien hotel kapsułkowy, w którym zamontowano nowy rodzaj nowoczesnych kapsuł. Hoteli kapsułkowych w Tokio jest na pęczki i nie ma problemu ze znalezieniem noclegu w tego typu miejscach (no, chyba że jest się kobietą, albo ma się tatuaże – wtedy nie można zatrzymać się w kapsułach), ale ten skusił mnie perspektywą dopiero co zamontowanych kapsuł w wersji deluxe. Postanowiłem sprawdzić jak to wygląda.

Hotel znalazłem po dłuższym spacerze. Nie spieszyło mi się, wiedziałem, że w tego typu miejscach check-in jest najwcześniej o piętnastej. Ale spacerowanie po tokijskich ulicach to sama przyjemność. To zupełnie inna rzeczywistość, a jednak czuję się w niej niezwykle swojsko – zaskakująco mnie uspokaja, choć bywa tak chaotyczna. Temperatura znacznie wyższa niż w Polsce. U nas dochodzi do zera, tutaj przekracza dziesięć stopni Celcjusza. W końcu docieram do hotelu kapsułkowego – jestem znacznie przed czasem. Tym razem nie popełniam takiego faux pas jak kilka lat temu i na wejściu zdejmuję buty i zostawiam je w specjalnej szafeczce. Po hotelowej podłodze można chodzić tylko w skerpetkach lub w specjalnych kapciach.

Nie udaje mi się dostać kapsuły, bo jest jeszcze za wcześnie, ale zostawiam bagaż, po czym postanawiam przespacerować się po okolicy w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Udaje mi się znaleźć przystępne cenowo sushi z taśmy. Wybieramy pozycje z karty albo chwytamy to, co akurat jedzie na wijącym się przez restaurację taśmociągu. To chyba najlepszy wybór jeśli chodzi o gastronomię w Tokio – tanio, smacznie i klimatycznie.

W końcu udaje mi się uzyskać dostęp do kapsuły. Jest świetnie, ale nie wydaje mi się, żeby była jakoś bardziej wypasiona od tych standardowych, w których kiedyś spałem. To niesamowite, że na tak małej przestrzeni (jest tu może 2 m na 1,5 m na 1,5 m) udało się zmieścić lampkę, radio, zegar, telewizor, półeczkę, lustro i oczywiście miejsce do spania.

Dostałem bransoletkę z numerem kapsuły i specjalny uniform do spania. Dopiero teraz można naprawdę poczuć się tylko jednym z elementów wielomilionowego tłumu mieszkańców Tokio.

Czas na jakiś prysznic po podróży, czy może raczej jego odpowiednik, czyli gorącą kąpiel w hotelowej łaźni. Tu też bardzo łatwo o faux pas. To będzie mój debiut, więc siedząc na lotnisku uważnie przeczytałem na komórce zasady, jakie obowiązują w takim miejscu. Jeśli myślicie, że w kąpieli nie może być żadnej wielkiej filozofii, to poczytajcie sobie o tym w sieci i spróbujcie wyobrazić sobie, na ile różnych sposobów można to spieprzyć. Wystarczy wspomnieć, że wspólnej kąpieli zażywa się całkowicie nago, a przed wejściem do wody należy się opłukać. To był mój debiut, ale obyło się bez nietaktów. Warto wspomnieć, że część basenów znajduje się pod gołym niebem, co dodaje miejscu dodatkowego klimatu. Można popatrzeć w niebo albo w… wiszący nad gorącą wodą telewizor. Zdjęć z tego punktu wycieczki z oczywistych względów nie będzie.

Po skorzystaniu z gorącej kąpieli poszedłem do kapsuły i postanowiłem z niej skorzystać. W końcu nie po to ją wynająłem, żeby stała pusta. Zdrzemnąłem się trochę, a następnie postanowiłem wyjść jeszcze na świeże powietrze.

Jeśli chodzi o spacerowanie po Tokio, to jestem fanem pewnego konkretnego sposobu – improwizuj, przechadzaj się w losowych kierunkach, a gdy już będziesz mieć dość, kombinuj jak wrócić do domu. W labiryncie neonów, wąskich uliczek i wszechobecnych ludzi zawsze natrafi się na coś ciekawego.

Improwizacja doprowadziła mnie do sporych rozmiarów świątyni. Dziesiątki osób stały tam w kolejce, chcąc odwiedzić to miejsce z okazji nowego roku. Kupiłem sobie wróżbę, ale oczywiście nie byłem w stanie nic z niej zrozumieć. Postanowiłem ruszyć dalej w miasto, celem rozwiązania tej zagadki.

Nieopodal świątyni natknąłem się na niewielkie drzwi oznaczone napisem „Psychobolic Shadow” ułożonym z ziarenek kawy. To wyglądało jak miejsce, w którym jest szansa na znalezienie rozwiązania zagadki. Rozejrzałem się wokół siebie, po czym z pewną niepewnością pchnąłem drzwi. Powiedzieć, że w środku znajdował się bar to przesada. Było tam może miejsca na dziewięć ściśniętych obok siebie osób. Na ścianie wisiało kilka kurtek i płaszczy, wszędzie było wszystkiego pełno. Jeden z trzech dostępnych na miejscu stołków był wolny, więc usiadłem. Okazało się, że w lokalu obowiązuje opłata początkowa (jest tutaj tak w wielu miejscach), więc stwierdziłem, że chyba nie tutaj jednak prowadzi mnie przeznaczenie i ruszyłem dalej.

Jakiś czas później trafiłem na jedną z wielu drobnych knajpek z jedzeniem. Postanowiłem wejść do środka i coś zamówić. Jedzenie w takich miejscach kupuje się w specjalnych maszynach. Wrzucamy pieniądze, wybieramy potrawę i drukuje się kupon, który następnie dajemy pracownikowi lokalu. Co prawda nie udało mi się tu rozszyfrować mojej wróżby, ale nie da się ukryć, że było smacznie!

Po drugiej stronie ulicy znajdował się kilkupoziomowy salon gier. Pełno w nim było maszyn do wyjmowania zabawek (i nie tylko zabawek, bo w Japonii mechaniczną ręką można złowić naprawdę przeróżne przedmioty, od słodyczy, przez komiksy, po zdalnie sterowanego latającego rekina), a także automatów do pachinko oraz gier arcade.

Nie odmówiłem sobie przyjemności kilkukrotnego uderzenia w automat do boksowania, tak zamiast treningu krav magi. W pewnym momencie zrobiło się dosyć późno, więc postanowiłem powrócić do hotelu kapsułkowego bez odnalezienia rozwiązania zagadki mojej wróżby.

I jeszcze jedna rzecz na koniec. Tym razem stopklatka prosto z YouTube. Wiecie, w Amsterdamie byłem tylko przez chwilę. Możliwości na lans w tamtejszych mediach były ograniczone. Ale uważam, że i tak jest nieźle. Morał z mojej opowieści był taki, żeby codziennie próbować czegoś nowego, a nie tylko z okazji Nowego Roku. Bo każdy dzień jest na to tak samo dobry!

A wróżba? No cóż, jej treść została rozszyfrowana na Instagramie, gdzie wrzuciłem fotkę. Ponoć to „daikichi”, czyli wielkie szczęście. Jestem usatysfakcjonowany znacznie bardziej niż wtedy, gdy w 2012 w Jokohamie wrzuciłem monetę do pojemnika w świątyni i na wróżbie otrzymałem niefart. No cóż, tym razem nawet japońskie wróżby są po mojej stronie, więc jest dobrze!

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o moje coroczne podsumowanie 1 stycznia. Od jakiegoś czasu zawsze się staram, żeby pierwszy dzień roku nie był zmarnowany i żeby działo się w nim coś ciekawego. Ale umówmy się, w tym roku poszedłem na łatwiznę – jakkolwiek bym nie spędził tego dnia, byłoby dobrze, bo przecież jestem w Tokio.

Wszystkich zainteresowanych kolejnymi materiałami z mojej podróży odsyłam na mikrobloga, którego prowadzę na Instagramie.

Pamiętajcie, warto pierwsze dni roku spędzić jak najlepiej. I niech później siłą rozpędu wszystko idzie dalej tak jak trzeba!

Wszystkie drogi prowadziły do tego wydarzenia

Oto człowiek z najdziwniejszym bagażem podręcznym na świecie. Konsekwentnie stawiam na minimalizm w tej kwestii. Podczas poprzedniego wyjazdu do Japonii w pierwszą stronę miałem przy sobie tylko niewielką materiałową torebeczkę z przewodnikiem po Tokio i kilkoma drobiazgami, natomiast w drugą nie miałem nawet tego. Lubię latać bez bagażu podręcznego, gdy jest to możliwe. Tym razem jedynym przedmiotem, jaki zabieram na pokład jest klawiatura bezprzewodowa. I robię to tylko dlatego, że a nuż najdzie mnie na zrobienie notatek z nietypowego Sylwestra, który właśnie się zaczyna. Natomiast w drodze powrotnej ponownie planuję minimalizm ostateczny – brak jakiegokolwiek bagażu podręcznego.

Raz, dwa, trzy – oto test klawiatury. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to się dzieje. Pomysł na spędzenie Sylwestra na pokładzie samolotu wisiał nade mną tak długo, że przybrał postać odrealnionego snu. A tymczasem właśnie teraz, gdy samolot z Warszawy do Amsterdamu przygotowuje się do startu, ten sen zaczyna zamieniać się w rzeczywistość. Wielokrotnie wyobrażana ewentualność staje się faktem.

Na trawie rosnącej przy pasie startowym szron. Z radiowęzła rozlega się komunikat informujący, że zanim wystartujemy, ze względu na warunki atmosferyczne samolot musi zostać odlodzony. Drobne opóźnienia mi nie przeszkadzają. Na lotnisku w Amsterdamie i tak będę miał kilka godzin zapasu. Czuję, że los nie stara się pokrzyżować moich planów, a raczej dba o ubarwienie przygody. Jest dobrze. Jeszcze nie mam pojęcia, co będę robił po wylądowaniu w Tokio i gdzie będę spał pierwszej nocy, ale wiem, że jest dobrze.

Podróż będzie niezwykle długa. Pierwszy lot to tylko dwie godziny z kawałkiem, natomiast drugi trwa już ponad jedenaście godzin. Co ciekawe, droga powrotna jest jeszcze „dłuższa” – odpowiednio trzynaście godzin z kawałkiem oraz dwie godziny z kawałkiem. Doliczmy do tego jeszcze kilka godzin oczekiwania na lotnisku i wyjdzie naprawdę sporo czasu.

To się nazywa mieć dobre wejście. Na lotnisku Schiphol w Amsterdamie dorwała mnie ekipa telewizyjna. Powiedzieli, że zbierają historie. Odpowiedziałem im, że mam całkiem niezłą do podzielenia się. Zapytali, czy lecę skądś, czy może dokądś. Stwierdziłem, że jedno i drugie, a później opowiedziałem wszystko ze szczegółami. Żebyście widzieli ich pełne niedowierzania i radości spojrzenia!

Tak więc Amsterdam. Dopiero teraz zaczyna się cały trik. Gdy w Tokio wybije północ, tu będzie dopiero 16:00 (a ja będę w samolocie gdzieś nad Polską lub w okolicy). Natomiast gdy w Amsterdamie (i Warszawie!) rozpocznie się Nowy Rok, w Japonii będzie już 08:00 (a mój samolot będzie powoli podchodził do lądowania). Na tym opiera się cały pomysł na przeskoczenie północy.

Ekipa telewizyjna zachęciła mnie do spędzenia tych kilku godzin dzielących mnie od kolejnego roku w lotniskowym parku. Okazuje się, że mają tu specjalną część lotniska, która stylizowana jest właśnie na park. Pełno tam zieleni, sztucznych i prawdziwych roślin, a z głośników dobiega ćwierkanie ptaków.

W parku są też wygodne fotele do spania, maszyna do masażu, stanowiska internetowe, a także kontakty do podładowania komórki. To ostatnie można zrobić na dwa sposoby – poprzez wpięcie się do normalnego gniazdka lub dzięki skorzystaniu z takiego, z którego prąd popłynie tylko wtedy, gdy zaczniemy pedałować na znajdującym się tuż obok rowerku.

Część Airport Parku znajduje się na świeżym powietrzu. To miejsce tak bardzo sprzyja relaksowi, że aż szkoda je opuszczać. Długie oczekiwanie na kolejny lot nie powinno być tu nikomu straszne.

Wiele razy zastanawiałem się, kim będą ludzie na pokładzie. Kto i z jakiego powodu decyduje się lecieć samolotem w sylwestrową noc? Najwyraźniej te same pytania dręczyły kobietę w średnim wieku, która obsługiwała nasz gate. Stała obok mnie przez dłuższy czas przy wejściu do rękawa, więc zagadnąłem ją i zapytałem, jak sądzi, według jakiego czasu przywitamy północ. Odpowiedziała, że to zależy od załogi i podejrzewa, iż pewnie według holenderskiego, ale nigdy nic nie wiadomo. Zarekomendowałem powitanie Nowego Roku dwa razy – raz o 16:00 czasu holenderskiego i raz o 08:00 czasu japońskiego. Wdaliśmy się w rozmowę, w trakcie której dowiedziałem się, że ponoć w samolocie jest komplet – cały samolot wypełniony po brzegi. Zaczęliśmy się wspólnie zastanawiać, dlaczego ci wszyscy ludzie wybrali ten lot. Oczywiście opowiedziałem jej swoją historię, ale zaznaczyłem przy tym, że nie wydaje mi się, abym był reprezentatywny. Dziewczyna powiedziała, że podejrzewa, iż personel pokładowy przygotuje coś specjalnego. Są w pracy, daleko od bliskich i będą chcieli zadbać o to, aby ten lot był nietypowy – na pewno mają w zanadrzu jakąś imprezę.

Tuż przed startem na pokładzie rozlega się komunikat z radiowęzła. Stewardessa mówi, że to specjalny lot, w trakcie którego powitamy Nowy Rok.

Musicie wiedzieć, że i bez tego byłbym zachwycony kolejnymi kilkunastoma godzinami. Uwielbiam loty międzykontynentalne – wygodne siedzenia, smaczne posiłki, nielimitowane przekąski i napoje (także alkoholowe), a do tego centrum rozrywki w postaci obsługiwanego pilotem ekranu, który zamontowany jest w znajdującym się przed nami siedzeniu. Dzięki dostępnym na pokładzie multimediom wielokrotnie odkryłem nowe seriale („Damages”!), nadrobiłem zaległości filmowe (są dostępne zarówno nowości, jak i starsze filmy), a także poznałem nową muzykę. Oprócz multimediów na ekranie dostępne są oczywiście wszystkie standardowe informacje, takie jak w przypadku krótszych lotów, czyli prędkość, wysokość nad ziemią, mapa z oznaczoną aktualną lokalizacją samolotu itd. W kontekście entuzjazmu, z jakim podchodzę do tego centrum rozrywki, nie powinno nikogo dziwić, że po starcie od razu sięgnąłem po moją ulubioną zabawkę na pokładzie samolotu, czyli pilota do ekranu. W kontekście Sylwestra możecie myśleć o tym jak o wieczorze filmowym – wiem, że niektórzy wybierają taką formę świętowania, a tu jest to i o wiele więcej. Co jeszcze? Widoki za oknem, przyjemny, relaksujący szum samolotu, regenerujące drzemki, ciepły koc (to chyba też dla wielu osób pomysł na Sylwestra, prawda?) i ta specyficzna atmosfera.

Gdy stewardessa przynosi napoje, wspominam półżartem, że chyba niebawem będzie trzeba zrobić odliczanie. Dziewczyna najwyraźniej również śledzi sytuację, bo od razu stwierdza, że „za pół godziny”, a na jej twarzy pojawia się uśmiech, ale ten prawdziwy, zupełnie inny od służbowego, który miała jeszcze przed chwilą.

Za oknem zachodzi słońce. Kapitan właśnie ogłasza, że za siedem minut w Tokio rozpocznie się nowy rok. Rozlegają się komunikaty po duńsku, angielsku i japońsku. Dowiadujemy się, że za chwilę powitamy Nowy Rok w japońskim stylu, natomiast za kilka godzin w europejskim.

Jesteśmy gdzieś nad wodami morza bałtyckiego, gdy rozlega się kolejny komunikat. Już za chwilę powitamy Nowy Rok. Stewardessa rozpoczyna odliczanie. Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem… Gdy dochodzimy do zera, w całym samolocie rozlegają się oklaski. Na wszystkich ekranach pojawiają się sztuczne ognie oraz życzenia noworoczne. Z głośników zaczyna płynąć muzyka. Wokoło pojawia się personel pokładowy z tacami pełnymi szampana. Niektórzy są nawet poprzebierani – jedna ze stewardess chodzi w srebrzystym kapelusiku. Wszyscy są uśmiechnięci i zadowoleni, a ja znowu mam wrażenie, że jest to uśmiech zupełnie inny niż zwykle.

Po powitaniu Nowego Roku czas na dalszy relaks. W planach dobre jedzenie, film i drzemka. A jakiś czas później ponownie nadejdzie północ.

Mija kilka godzin. Budzę się. W samolocie wciąż panuje półmrok, ale za pozamykanymi oknami jest z pewnością zupełnie jasno. W Europie za chwilę zostanie powitany Nowy Rok. W Japonii, do której właśnie się zbliżamy, miało to miejsce już osiem godzin temu. Natomiast na pokładzie samolotu panuje pod tym względem pełna dowolność. W chwilach takich jak ta szczególnie wyraźnie można dostrzec umowność czasu.

Kilka minut do północy (czy też do ósmej rano czasu japońskiego). Cały personel pokładowy znika za kotarami? Czyżby planowali kolejną niespodziankę? Nie! Po chwili okazuje się, że chcą po prostu przywitać północ we własnym gronie. Za kotarą rozlega się odliczanie. W myślach odliczam razem z nimi. – Happy New Year! – dobiega zza kotary i słychać dźwięk otwieranego szampana. Większość pasażerów chyba jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało. No cóż, najwyraźniej nie wszyscy są tu w tym samym celu co ja i nie śledzą czasu tak uważnie. Dopiero po chwili rozlega się komunikat z radiowęzła, z którego wszyscy dowiadują się, że zgodnie z czasem europejskim własnie rozpoczął się Nowy Rok. W samolocie ponownie rozlegają się oklaski. Zaglądam za kotarę i upominam się o szampana – jedna ze stewardess otwiera butelkę i napełnia plastikowy kubeczek. Mówię jej, że nieprzypadkowo wybrałem ten lot i tłumaczę w czym rzecz.

W korytarzu natrafiam na stewardessę, która wcześniej miała na głowie srebrzysty imprezowy kapelusik. Pytam się, gdzie on się podział. Dziewczyna odpowiada, że w biurze, po czym znika za kotarą i wraca przebrana. Ja też się przygotowałem – nie myślcie, że nie – jak podróże w czasie, to tylko koszulka z Doctora Who. Stewardessa rekomenduje, żebym przymierzył jej kapelusz. Podpowiada, że powinien być przechylony nieco do przodu, bo „wtedy jest bardziej sexy”. Krótka pogawędka i pamiątkowe zdjęcia. Nowy Rok można uznać za powitany ponownie! Już niebawem będziemy przygotowywać się do lądowania w Tokio.

Gdy znaleźliśmy się już na płycie lotniska wszystkie ekrany ponownie rozbłysły filmami w fajerwerkami, a z głośników popłynął podkład muzyczny wraz z życzeniami „Happy New Year”. Wychodząc z samolotu natknąłem się na personel pokładowy robiący sobie zdjęcia ze słynnym już chyba na cały samolot srebrnym kapeluszem. Tam uciąłem sobie kolejną pogawędkę na temat moich sylwestrowych planów.

Trochę to zabawne, że lecąc na wschód starałem się uniknąć północy, a tymczasem powitałem ją aż dwa razy. Niech to najlepiej świadczy o nieprzewidywalności życia. Tym samym chciałbym życzyć Wam, aby rok 2014 był pełen niespodzianek, ale tylko takich jak ta – pozytywnych!