- What is this? - pyta rozbawiona pani podczas prześwietlania bagażu na lotnisku w Zurychu.
- iPhone case that looks like a camera - odpowiadam zgodnie z prawdą.
Pośród strażniczek granicznych poruszenie. Do pierwszej dołącza druga i również nie może wyjść z zachwytu. Tłumaczę, że w momencie, gdy zobaczyłem tę obudowę w Japonii od razu się w niej zakochałem. Panie zaczynają ją uważnie oglądać, ale nie w taki sposób, w jaki robią to mundurowi zainteresowani nietypowymi przedmiotami wnoszonymi na pokład, lecz osoby, którym autentycznie bardzo podoba się jakiś gadżet.
Niechcący wywołałem niemałą sensację. Przez chwilę żywiołowo rozmawiamy o obudowie. Wyjaśniam, że znajdujący się na środku obiektyw nie jest prawdziwy i tłumaczę, gdzie znajduje się ten właściwy. Pokazuję, że co prawda obudowa jest atrapą aparatu, ale spust migawki ma dokładnie w tym miejscu, w którym znajduje się przycisk do robienia zdjęć na telefonie, więc bez problemu można używać go do fotografowania.
Proponuję, że następnym razem przywiozę paniom coś takiego, ale one chyba nie słyszą, tylko nadal oglądają obudowę. W końcu ta pierwsza pyta, kiedy znowu będę w Japonii, a ja odpowiadam, że nie wiem, ale wtedy na pewno jej taką kupię, a później ją tu odnajdę.
- I will be here - odpowiada pani i wskazuje na miejsce, w którym stoi.
Gdy znajdujące się na taśmociągu bagaże jadą dalej, prosto do maszyny do prześwietlania, pani podbiega do dziewczyny obsługującej sprzęt i rozentuzjazmowana, z uśmiechem na ustach zaczyna pokazywać jej widoczny na ekranie przedmiot, wyjaśniając, czym on jest.
Tak naprawdę śmiejemy się wszyscy, nawet uzbrojeni panowie po drugiej stronie bramki wykrywającej metal, przez którą przechodzę.
Kontrola bagażowa chyba nigdy nie była tak przyjemna.
Jestem podekscytowany pewnym tekstem, nad którym pracuję już od jakiegoś czasu i postanowiłem uchylić Wam rąbka tajemnicy.
Z pisaniem to jest tak, że czasami obieramy sobie jakiś duży cel, który traktujemy niezwykle poważnie i zakładamy, że to właśnie będzie ta nasza kolejna "duża rzecz", tylko po to, żeby za jakiś czas przekonać się, że dany tekst jest ślepym zaułkiem i w najlepszym wypadku może w dalszej przyszłości uda się tam z niego coś wyrzeźbić, a w najgorszym po prostu wyląduje w śmietniku.
Oczywiście czasem bywa również tak, że rzecz, którą zaczęliśmy pisać na luzie, bez większych planów odnośnie niej, zaczyna ewoluować, rozrastać się i nagle, zupełnie niespodziewanie, okazuje się najważniejszym projektem, nad którym pracujemy.
"Najważniejszy" to kluczowe słowo, bo rzadko kiedy można nazwać go jedynym. Praca twórcza ma to do siebie, że często składa się z wielu wątków. Jeden tekst się zaczyna, inny kończy, jeszcze inny wyrzuca lub włącza do któregoś z bardziej obiecujących projektów. Zasadniczo, moim zdaniem, największą wydajność ma się wtedy, gdy aktualnie pracuje się tylko nad jednym materiałem, ale dobrze mieć kilka ścieżek, żeby w razie twórczej niemocy w jednym obszarze, można było przeskoczyć do aktywności w drugim.
Ale odchodzę trochę od głównego tematu! Miało być o tekście, nad którym obecnie pracuję. Te kilka słów wprowadzenia było niezbędnych, żeby wyjaśnić jego zawiłe losy. Otóż wszystko zaczęło się w grudniu 2011 od pomysłu na niewielką książeczkę opartą na pewnym nietypowym koncepcie. Rozpoczynając pracę nad wspomnianym tekstem nie traktowałem go jako "najważniejszego", nie miałem pewności, czy wyjdzie on poza fazę pierwszych akapitów, ale gdy już zaczynasz pisać i widzisz, że kolejne zdania płyną, to zachęca Cię to do dalszego działania. Oczywiście do czasu. Do pierwszego bloku - momentu, w którym nie jesteś w stanie pisać dalej. To moment krytyczny, w którym musisz podjąć decyzję, czy z tego tekstu jeszcze coś będzie.
Kiedyś wypracowałem sobie ciekawy sposób na ratowanie tekstów, których szkoda wyrzucić, a z których książka już raczej nie powstanie. Ten sposób to przerobienie rozpoczętej powieści na opowiadanie. Wystarczy wziąć to, co jest już napisane, nieco oszlifować i dopisać krótkie zakończenie. Efekty bywają naprawdę ciekawe!
Tak też się stało ze wspomnianym tekstem, nad którym prace rozpocząłem w grudniu ubiegłego roku, a w styczniu stwierdziłem, że zamykam ten projekt i przerabiam na opowiadanie. Dopisałem do tekstu kilka ciekawych kwiatków (drobnych, przyprawiających smaku dodatków) i mniej więcej obmyśliłem sposób, w jaki chcę go zakończyć.
Te najważniejsze projekty są zazwyczaj moją ogromną tajemnicą, ale o tych, które nie są kluczowe, zdarza mi się czasem wspominać znajomym i nieznajomym. Co było dalej? Kilku osobom opowiedziałem to i owo o tym powstającym opowiadaniu, między innymi o jednym z "kwiatków" i nagle okazało się, że jest on dla nich w ogromnym stopniu intrygujący. Od początku byłem z niego dumny, ale nie przypuszczałem, że zostanie aż tak entuzjastycznie przyjęty. Zmotywowało mnie to, żeby rozbudować ten kwiatek, z opowiadania na powrót zrobić książkę i intensywnie pracuję nad nią od kilku miesięcy, a idzie mi zaskakująco sprawnie.
Żeby było jasne - gdy piszę "książka", nie mam tu na myśli konkretnych planów wydawniczych, a raczej pracę nad pewnym tekstem, który spełnia kryteria stania się książką. Co się z nim stanie (jeśli, oczywiście, zostanie ukończony, bo to nigdy nie jest pewne), to już zupełnie odrębna sprawa. Ale wiedzcie, że nad czymś pracuję, a raczej nad kilkoma rzeczami, ale jedna z nich rozwija się zaskakująco sprawnie i wiążę z nią ogromne nadzieje. A powstający tekst jest naprawdę szalony, w zupełnie inny sposób niż "Defekt pamięci", ale wciąż szalony, więc trzymajcie za niego kciuki, szczególnie, że od marca ma nawet roboczy tytuł.
Od kilku lat nosiłem w portfelu dwa 100$ banknoty oraz 200 zł.
Postanowiłem, że mogę wydać je wyłącznie na jakąś podróż (np. 200 zł
na przelot tanimi liniami, a resztę na wydatki na miejscu. Nawet nie
zauważyłem, jak bardzo zżyłem się z tymi papierkami. Stały się
symbolem i nie wydawałem ich nawet wtedy, gdy nie miałem w portfelu
innych pieniędzy. Nie jestem pewien, czy włożyłem je tam w 2008, czy w
2009 roku, ale przez ten czas zdążyły poprzecierać się na zgięciach.
Miałem je przy sobie niemal przez cały czas. Choć najchętniej bym się
nie pozbywał ich wcale, to myślę, że teraz jest najlepszy moment, żeby
puścić je dalej w świat i wydać pod koniec podróży po Japonii, zgodnie
z założonym przeznaczniem. Nie przychodzi mi to łatwo, mają dla mnie
ogromną wartość emocjonalną, ale gdzie będzie im lepiej, jak nie w
czystym kantorze w Tokio, w kraju, gdzie bardzo troszczy się o
banknoty.
Pełen sukces! Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że udało się to wszystko przygotować w zaledwie trzy dni. Tak, mniej więcej siedemdziesiąt dwie godziny od pomysłu do realizacji, czy może raczej od podjęcia decyzji o stworzeniu jakiejkolwiek akcji, w której pojawiłby się DJ Głowa Konia, do wymyślenia, przygotowania i zrealizowania tej konkretnej.
Tego wieczoru mury Fortu Sokolnickiego nasiąkły zajebistością, fejmem i absurdem. DJ Głowa Konia zagrał, a nie udałoby się to, gdyby nie pomoc wielu osób, które użyczyły sprzętu, przekazały swoje skille, a także pomogły bezpośrednio na miejscu akcji. Udało się stworzyć surrealistyczny, zakręcony performance.
Od kilku dni zbierałem kolejne rekwizyty i składowałem je w moim znajdującym się nieopodal schowku. To takie miejsce w bloku, w którym mieszkałem przez kilkanaście lat. Nazywam je piwnicą, choć znajduje się kilkanaście pięter nad ziemią. Gdy tylko postanowiłem realizować projekt z Głową Konia, zaczęły pojawiać się tam kolejne przedmioty niezbędne do stworzenia tej akcji: mikser, kable audio, przedłużacz, rozgałęziacz, disco-kula, kostki cukru, specjalna, szyta na miarę różowa koszula, netbook, świecące pałki (wiecie, takie coś, co po przełamaniu zaczyna świecić), a także kamera wideo wraz z zapasową baterią i kasetą.
Oprócz tego do zrealizowania projektu potrzebowałem rzutnik, laptopa z traktorem (program do zarządzania muzyką w trakcie imprezy) wraz z podpinanym przez USB kontrolerem, pozwalającym na wygodniejszą obsługę programu, a także głośniki.
Do ostatniej chwili przygotowywałem również muzykę w mp3 (na szczęście niezbędne pliki zacząłem gromadzić dużo wcześniej, jeszcze w roku 2010), a także specjalnie zaprojektowane wizualizacje, które zmontowałem z czterech różnych nagrań (czarno biały filmik z osobami tańczącymi ska, starsza para nauczająca disco, sygnał kontrolny z telewizji oraz biały ekran, pocięte na równe, półminutowe kawałki).
Jakby tego było mało, wiele rzeczy wyklarowywało się niemal w ostatniej chwili, i to, czy jakiś rekwizyt będę miał, a jeśli tak, to od kogo, nie mogło być pewne aż do samego końca, podobnie jak to, kto, czym i czy w ogóle udokumentuje projekt.
Dodajmy do tego fakt, że cały czas lawirowałem pośród rozmaitych innych zobowiązań, takich jak przygotowania do nadchodzącego wyjazdu do Japonii, czy też zaplanowany akurat na ten weekend zlot studiów podyplomowych, a otrzymacie mniej więcej pełen obraz sytuacji.
Na miejsce przybyłem na niecałą godzinę przed planowanym rozpoczęciem akcji wraz z kumplem, który zawodowo zajmuje się DJ-owaniem. To on pożyczył mi laptopa z traktorem i kontrolerem.
Przestrzeń, w której miał odbyć się performance (podobnie jak większość akcji realizowanych w ramach BYOB) znajdowała się pod ziemią, na poziomie minus jeden fortu. Grube ściany skutecznie uniemożliwiały złapanie sygnału sieci komórkowej i nadawały miejscu specyficznego klimatu. Zaanektowałem wcześniej upatrzony obszar tuż przy toaletach, w niewielkim przedsionku, w którym oprócz tajemniczego, oddzielonego kratą urządzenia, znajdowały się jedynie wejścia do męskiego i damskiego kibla. Wyszedłem z założenia, że cały projekt będzie prezentował się tam jeszcze bardziej absurdalnie, a osoby zmierzające akurat do toalety będą automatycznie wciągane w performance, stając się jego częścią.
Zniosłem z góry otrzymany od organizatorów stół (to jedna z tych rzeczy, których nie musiałem trzymać w schowku), po czym przystąpiliśmy do przygotowywania miejsca akcji. Jakiś czas później pojawiło się dwóch na spontanie zwerbowanych kumpli (do ostatniej chwili nie byłem pewien, czy dotrą), którzy podjęli się pomocy w dokumentowaniu akcji. Rozwijaliśmy kable, podpinaliśmy sprzęt, dekorowaliśmy wnętrze.
Oczywiście nie obyło się bez problemów. Pojawiły się kłopoty z prądem (przedłużacz nie chciał współgrać z rozgałęziaczem, ale na szczęście w jednym z pomieszczeń znaleźliśmy jakiś znajdujący się na wyposażeniu fortu, nieużywany kabel), kuli nie było gdzie powiesić (w końcu zarzuciliśmy na okratowaną lampę jeden z nieużywanych kabli i podwiesiliśmy ją w ten sposób), a czasu na przygotowanie jakiejś sensownej kolejności granych kawałków nie było. Przynajmniej dwie ogromne kolumny oraz końcówka mocy okazały się lżejsze, niż można by podejrzewać, więc przetransportowanie ich z parteru pod ziemię nie było aż takim problemem. Będące na wyposażeniu fortu nagłośnienie, podobnie jak pożyczony od jednego z uczestników projektor, a nawet stolik, trzeba było o odpowiedniej godzinie ponownie wnieść na górę i przekazać dalej, ponieważ współdzieliliśmy je z innymi. Te nieco chaotyczne, lecz jakże radosne przygotowania, świetnie wpisywały się w charakter tego niezwykle spontanicznego, przygotowywanego w ekspresowym tempie projektu.
- Pamiętajcie, to jest nowy fort, po remoncie – mówiłem na początku, gdy przygotowywaliśmy akcję, przestrzegając przed zniszczeniem czegokolwiek, pamiętając, że powinniśmy oddać pomieszczenie w takim stanie, w jakim je zastaliśmy.
Gdy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki, a na ścianach pojawiły się wizuale, wiedziałem już, że sukces jest bliżej niż dalej, a przyznam, że tremę miałem aż do ostatniej chwili. Nie dość, że wszystko było organizowane tak błyskawicznie, to jeszcze projekt miał ogromny potencjał na spierdolenie go. Mogło się okazać, że pogubię się w obsłudze, jakby nie było obcego mi, sprzętu DJ-skiego, w masce konia nie wytrzymam zaplanowanej godziny, dokumentacja w półmroku nie będzie możliwa, na wydarzenie nikt nie przyjdzie albo najzwyczajniej w świecie spotka się ono z falą druzgocącej krytyki.
Na szczęście żadna z tych rzeczy nie miała miejsca, a projekt okazał się ogromnym sukcesem! Choć bez wątpienia to niezwykle barwne wydarzenie samo w sobie było czymś niesamowitym, to jednak tym, co sprawia, że jestem zadowolony z niego jeszcze bardziej i inne osoby również uznają je za ogromny sukces, jest nadający całości kontekstu fakt, że to wszystko zostało stworzone w tak krótkim czasie i to niemal od zera.
- Jeśli udało ci się to zrobić, to znaczy, że jesteś w stanie zrobić wszystko – powiedział mi później kumpel, od którego pożyczałem mikser. I rzeczywiście, przyznam, że sukces akcji takiej jak ta, budowanej na niemal kompletnie nieznanym mi gruncie, opartej na współpracy z wieloma osobami, wymagającej „ogarnięcia” wielu kwestii, przygotowywanej w pośpiechu na ostatnią chwilę, a jednak niezwykle udanej, daje ogromną wiarę w siebie.
Performance opierał się na szeregu improwizowanych działań z wykorzystaniem przyniesionych rekwizytów, przestrzeni pomieszczenia oraz przybyłych na akcję osób. Oczywiście podstawą było granie imprezy klubowej, a więc nie mogło obyć się bez muzyki (poszedłem w elektroniczne klimaty) i przejść między kawałkami. Niektóre przejścia były mniej, a inne bardziej efektowne, ale warto pamiętać, że to debiut kogoś, kto niemal kompletnie się na tym nie zna.
Już sam człowiek w obcisłej różowej koszuli o ciekawym kroju i w niezwykle realistycznej masce konia na głowie wywoływał niemałą sensację, więc równie dobrze można by przez cały czas po prostu stać za konsoletą, ale zależało mi na większej interakcji z widzami i tym, żeby stali się również uczestnikami, a nie jedynie obserwatorami. Dlatego też podchodziłem do poszczególnych przewijających się w miejscu performance'u osób, częstowałem je cukrem, zagadywałem, dawałem się dotykać, głaskać, zaczepiałem i odpowiadałem na zaczepki uczestników, pozowałem do zdjęć, przemieszczałem się po pomieszczeniu, zapraszałem różne osoby do siebie za pomocą gestów i słów, pokazywałem karteczki z rozmaitymi napisami, takimi jak "Nie bój się" albo "Nie mogę Ci pomóc, jestem koniem" (te same, których użyłem podczas miejskiego debiutu Głowy Konia w 2010 roku, gdy po raz pierwszy pojawiłem się w tej masce na mieście).
Czy obyło się bez zgrzytów? Jasne, że nie, ale starałem się na bieżąco przekuwać je w część performance’u, np. gdy w pewnym momencie skończył się kawałek, a ja nie zdążyłem „wpuścić” następnego, krzyknąłem „Koniec!”, a gdy z sali rozległo się „Nieee!”, wykrzyknąłem „Żartowałem!”, po czym ponownie uruchomiłem muzykę. W drugiej tego typu sytuacji po prostu znieruchomiałem, sprawiając wrażenie, że wszystko jest częścią planu, a po dłuższej chwili spokojnie usiadłem na stoliku tuż obok konsolety i patrząc na uczestników, zacząłem spokojnie zajadać się kostkami cukru.
Jasne, ktoś mógłby się czepiać, że co to za impreza, na której niektóre kawałki poleciały dwa razy, ale należy pamiętać, że choć cała akcja miała formułę DJ’skiego setu, to tak naprawdę był to przede wszystkim performance, jego widzowie rotowali przez cały czas trwania akcji i szansa, że ktoś usłyszał albo zobaczył dwa razy to samo była znikoma, dlatego też nie krępowałem się powtarzać tych samych ruchów, zawołań, form interakcji, czy też właśnie kawałków.
Odrębną kwestią były kwestie techniczne i organizacyjne, takie jak np. wspomniane na początku problemy z prądem, rozkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę, konieczność współdzielenia sprzętu, czy też niepewność, co do tego, w jaki sposób zostanie udokumentowana akcja. O dziwo, pomimo tremy, podchodziłem do tych problemów z entuzjazmem. Choć przygotowywanie tego projektu było nie lada wyzwaniem i do tego niezwykle wycieńczającym wyzwaniem, to zarazem mogę określić je również mianem świetnej zabawy! Być może dlatego nawet tego typu sytuacje nie psuły mi humoru, a jedynie napędzały do działania.
Osoby trafiające do pomieszczenia z performancem reagowały bardzo różnie. Większość jedynie obserwowała, często stojąc w progu, jakby obawiając się większego zaangażowania w sytuację. Sytuacja ta jednak w jakiś sposób ich przyciągała, gdyż przez dłuższy czas nie opuszczali miejsca akcji. Inni wchodzili w interakcję, czasem mniej, a czasem bardziej odważnie. Ktoś zagadywał, ktoś komentował, ktoś robił zdjęcia, ktoś sięgał po cukier i go zjadał, ktoś mnie nim karmił, ktoś rzucał kostkami cukru po pomieszczeniu, ktoś tańczył.
Do sali trafiały osoby w różnym wieku. Dominowały te dwudziestokilkuletnie, ale pojawiały się również osoby w średnim wieku, a także dzieci. Te ostatnie czasem trzymały się od konia z daleka, jedynie uważnie go obserwując, a innym razem chętnie podchodziły, dotykały, brały cukier, tańczyły, biegały po pomieszczeniu. Z pewnością dużą rolę w ośmielaniu dzieci odgrywali ich rodzice, którzy odczytywali teksty z trzymanych przeze mnie plansz typu „Nie bój się”, a także fakt, że często, chcąc wejść z nimi w interakcję, celowo schylałem się, przykucałem, tak żeby znaleźć się na wysokości ich oczu. Bardzo często starałem się reagować na to, co robiły poszczególne osoby, ale nie zawsze to było możliwe, ponieważ widoczność w masce była znacznie ograniczona. Pamiętajcie też, że cały czas musiałem dbać o warstwę muzyczną projektu, a także o to, żeby płynnie współpracować z osobami dokumentującymi akcję (raz na jakiś czas trzeba stanąć na odpowiednim tle lub zrobić coś wystarczająco wolno, żeby udało się to uchwycić). Dlatego też czasem potrafiłem podejść do kogoś, zagadać, poczęstować cukrem, dać się pogłaskać, a innym razem kompletnie zignorować, gdyż go nie widziałem lub byłem zaaferowany innymi sprawami.
Wydaje mi się jednak, że z imprezy DJ’a Głowa Konia nikt nie wyszedł niezadowolony i każdy znalazł swój sposób na doświadczenie tego surrealistycznego wydarzenia, a ile osób, tyle różnych zachowań, jak już zostało wspomniane, od całkowicie biernej obserwacji, po śmiałe wychodzenie z inicjatywą.
Choć spędzenie tak długiego czasu w masce i dbanie o intensywny kontakt z uczestnikami, a także o warstwę muzyczną, było bardzo wycieńczające, to jednak ani się nie obejrzałem, a minęła godzina przeznaczona na performance i powoli należało zacząć oddawać pożyczone rekwizyty – projektor, nagłośnienie, stolik. Po ostatnim zagranym kawałku wygłosiłem do zgromadzonych krótką mowę (tu cytat):
- Dziękuję bardzo za pojawienie się w tym oto miejscu, tuż obok toalet, aby wysłuchać tych pięknych melodii, zjeść tego smacznego cukru i zaznać tej atmosfery absurdu i surrealizmu. Zachęcam by inspirować się nią w życiu i robić takie rzeczy na co dzień – tu nastąpił złowieszczy śmiech, zwieńczony oklaskami obserwatorów.
Po tych słowach oficjalnie zakończyłem imprezę.
Następnym krokiem było posprzątanie tego wszystkiego, a trzeba przyznać, że zrobiliśmy tam - cytując jednego z moich kumpli – niezły burdel. Rzeczywiście, po podłodze walało się pełno cukru (choć w trakcie akcji dzieci pozbierały niektóre kostki w jedno miejsce), ja ociekałem potem, a wokół było pełno sprzętu, który trzeba było spakować i bezpiecznie wywieźć z powrotem do piwnicy. Nie mówiąc już o tych ogromnych głośnikach, końcówce mocy i stoliku, które trzeba było dostarczyć na górę, zanim inni twórcy rozpoczną swoje akcje. Maska była wypełniona breją, będącą mieszanką potu i rozpuszczonego cukru, który ludzie (a także ja sam) pchali mi do pyska (na szczęście łatwo da się ją umyć wodą). Po podłodze walał się nie tylko pokruszony cukier, ale też świecące pałki i kartki z tekstami konia. Bałagan był spory, a tymczasem pomieszczenie trzeba było zdać w takim stanie, w jakim je otrzymaliśmy. Na szczęście szybko udało się doprowadzić je do porządku, przywiązana do znajdującej się na suficie lampy kula nie urwała jej, pożyczony sprzęt wciąż był jak nowy (jeśli nie liczyć cukru, który trzeba było z niego zdmuchnąć), a podłoga nie lepiła się aż tak bardzo i wystarczyło przetrzeć jej fragmenty wilgotnym papierowym ręcznikiem, żeby doprowadzić ją do porządku, a drobny cukrowy pyłek i tak był nierozróżnialny od znajdujących się tu i ówdzie drobin odpadającego w niektórych miejscach tynku. Reasumując, udało się zrealizować tę akcję bez jakichkolwiek strat.
- Możemy pozbierać cukier, można ogarnąć brud, ale tego fejmu, którymi te ściany nasiąkły, już stąd nie odessiemy. Żadna technologia na to nie pozwoli – podsumowałem. - Ale cukier mogę pozbierać.
Z projektu powstał barwny film wideo i garść zdjęć (kamera oraz komórka krążyły pomiędzy osobami pomagającymi mi w dokumentacji akcji). To właśnie z tym nagraniem lepiej się zapoznać niż z suchymi słowami takimi jak te. O ile żadna dokumentacja nie jest w stanie przekazać atmosfery jakiejkolwiek akcji happeningowej lub performerskiej, to akurat w tym wypadku, gdzie warstwa audiowizualna jest tak ważna, zapoznanie się z nagraniem jest szczególnie wskazane.
Po posprzątaniu wszystkiego, udaliśmy się na plac Wilsona, gdzie w sklepie spożywczym kupiłem sobie wodę, znajomi posilili się humusem w pobliskim kebabie, a po odstawieniu sprzętu do piwnicy, w końcu można było odpocząć i na spokojnie pooglądać projekty prezentowane przez innych w ramach akcji BYOB.
Bez wątpienia był to zasłużony odpoczynek, gdyż po półtora roku od stworzenia tej postaci oraz po kilkudziesięciu godzinach intensywnych przygotowań w końcu się udało - DJ Głowa Konia zagrał!
Krzysiek „Semp” Bielecki udziela się przede wszystkim w przestrzeni miejskiej jako twórca działań performerskich i happeningów, cały czas przy tym eksperymentując. Jego najbardziej rozpoznawalny projekt to angażująca setki osób akcja Urban Playground (2005), która wywołała modę na to, co media ochrzciły grami miejskimi, ale jest twórcą również szeregu innych aktywności, takich jak kolektywne malowanie mostu światłem (2005), ukrywanie kapsuły czasu (2006), czy partyzancka galeria w przestrzeni miejskiej (2007). Swoimi akcjami wywoływał chaos na ulicach Tokio (2009), w pofabrycznych przestrzeniach w Amsterdamie (2007), a także… w rzece przepływającej przez Zurych (2009). Podczas akcji BYOB ponownie wcieli się w postać stworzonego w 2010 DJ’a w ultrarealistycznej masce konia, aby zaserwować Wam surrealistyczne doświadczenie, które może okazać się naprawdę wszystkim. Pamiętajcie, żeby zabrać ze sobą kostki cukru oraz suchy chleb dla konia!
Obraz nadaje kontekst. Mała dziewczynka w pokoju z różowymi ścianami i ta sama dziewczynka otoczona przez czarne tapety. Małżeństwo w średnim wieku, które ma w domu kilkanaście różnorodnych obrazów lub tylko i wyłącznie hiperrealistyczne dzieła przedstawiające płaty mięsa. Starsza osoba otoczona przez repliki klasycznych rzeźb lub jedynie przez zwielokrotniony przy pomocy dłuta własny wizerunek.
Nawet jeśli cały czas jesteś tym samym, to i tak stajesz się kimś innym, gdy modyfikowane jest to, co Cię otacza. Gdy wieńczy Cię głowa konia, raz jesteś szaleńcem, a raz awangardowym muzykiem. Wszystko się zmienia, nawet jeśli nic się nie zmienia.
Wytnij postać i przenieś ją w inną przestrzeń. Zmień tło. Zmodyfikuj kontekst.
Kim byłby człowiek w masce konia, gdybyś zobaczył go w nocy w środku lasu? Kim byłby, gdyby stał za ladą cukierni? Kim byłby na przyjęciu koktajlowym, a kim na imprezie karnawałowej? Co byś o nim pomyślał, gdybyś spotkał go w autobusie albo w ciemnym zaułku, a co gdyby stał za konsoletą podczas dziwacznej imprezy klubowej i dlaczego byłyby to dwie różne rzeczy?
Wytnij postać i przenieś ją w inną przestrzeń.
A gdy już tam się znajdzie, zauważ, że wideo również nadaje kontekst. Taki mały kontekst w kontekście. Na czarno-białym filmie ludzie tańczą do muzyki sprzed kilku dekad, ale dziwnie dobrze komponuje się to z tym, czego słucha się współcześnie. Na innym nagraniu starsi ludzie uczą tańca. Jeszcze inne z parkietem nie ma nic wspólnego, bo to przecież obraz kontrolny z telewizora, ale w tych czasach przecież wszystko może być wizualizacją i koń za konsoletą nadaje kontekst nagraniu, tak samo jak ono nadaje kontekst zamaskowanej postaci.
Czy postrzegasz ją inaczej w zależności od nagrania? A co gdyby przeprowadzić ostateczną re dekorację wnętrza, dać taki film, który z wizualizacją nie miałby nic wspólnego? Pytanie tylko, czy to jest możliwe w świecie, w którym staje się nią wszystko, niejako z automatu, gdy elementem wystroju wnętrza jest DJ.
Co jest ostateczną antywizualizacją w rzeczywistości, w której może być nią cokolwiek? Jedynym rozwiązaniem jest biel. Rzutnik emitujący nic. Zero. Kim wtedy staje się postać w masce konia?
Myśl, analizuj, zadawaj pytania. Albo po prostu ciesz się surrealistyczną sytuacją, w której się znalazłeś. I nie zapomnij dać koniowi kostki cukru.
W ciągu dnia sporo chodziłem z maską konia, przeważnie po prostu ją trzymając, jedynie raz na jakiś czas zakładając ją na głowę. O ile można przewidzieć, że w tym drugim przypadku reakcje będą spektakularne, to mnie szczególnie urzekało to, co działo się, gdy po prostu nosiłem ją w ręku. Ludzie uśmiechali się, zagadywali, byli bardzo przyjaźni. Wniosek jest taki, że nie trzeba robić nic, żeby było miło – wystarczy mieć ze sobą maskę konia.
Dzieje się. Dopiero co napisałem, że pomysł z głową konia nie będzie dalej rozwijany, a tymczasem okazuje się, że jednak jeszcze coś się w tej materii zadzieje. Oczywiście o jakiejkolwiek anonimowości nie może być mowy, a i pierwotna koncepcja nie będzie dalej wdrażana, ale stworzona w 2010 postać DJ’a jest na tyle barwnym pomysłem, że postanowiłem jeszcze coś zrobić z jej udziałem, zanim te charakterystyczne maski, kiedyś w Polsce niemal zupełnie nieuchwytne, a obecnie możliwe do nabycia raz na jakiś czas w sieci, staną się jeszcze bardziej popularne. Kolejnym motywatorem jest fakt, że ponoć ktoś na Pradze (jedna z postaci powiązana z tamtejszą sceną muzyczną, menadżer pewnego klubu z owadem w nazwie) planuje wykorzystanie podobnego motywu podczas jednej z przyszłotygodniowych imprez. A jak wiadomo, w tym mieście koń może być tylko jeden. DJ Głowa Konia musi więc dać o sobie znać, a koń ponownie wyjść na ulicę, tak samo jak w roku 2010.
Tak jak mówiłem, dzieje się. Wczoraj mijał deadline na zgłoszenia na pewne wydarzenie organizowane na Żoliborzu, czyli Bring Your Own Beamer. Podczas tej akcji rozmaite osoby zajmujące się „video artem” przedstawią swoje wideo instalacje w przestrzeni niedawno wyremontowanego Fortu Sokolnickiego w parku Żeromskiego.
Z kuratorką tego wydarzenia skontaktowałem się niemal w ostatniej chwili, czyli wczoraj wieczorem. Umówiliśmy się na spotkanie dziś rano, a ja błyskawicznie, w ciągu kilkunastu godzin (w które trzeba wliczyć przecież również sen!) musiałem wymyśleć pomysł, który łączyłby w sobie postać DJ’a Głowa Konia oraz wpisywał się w niezbyt łatwy dla mnie temat akcji, czyli „wideo jako sztuka dekoracyjna”.
To był (i w chwili, w której piszę te słowa, wciąż jest) prawdziwy wyścig z czasem! Udało się stworzyć spójny pomysł, listę niezbędnych rekwizytów, wstępnie zorganizować niektóre z nich (kluczowe jest tutaj zarówno słowo „wstępnie”, jak i „niektóre”), a także uzyskać zgodę na stanie się częścią tego projektu. Dziś zwiedziłem również przestrzeń fortu i wybrałem potencjalne miejsce instalacji (tuż przy samych toaletach). Nagraliśmy tam również materiał zapowiadający akcję dla TVP. Przy okazji wspomnę, że miałem okazję być w Forcie Sokolnickiego we wrześniu, gdy po remoncie miejsce to zostało otwarte na jeden dzień dla zwiedzających.
Do samej akcji zostało niewiele czasu, a rzecz cały czas nie jest dograna, ale to i tak niesamowite, jak wiele rzeczy udało się zrobić, przemyśleć oraz załatwić w tak krótkim czasie. Oczywiście czułem to, ale dopiero znajomi uświadomili mnie, jak ogromnym wyczynem było ogarnięcie tego wszystkiego w tak krótkim czasie. Oczywiście jeszcze ogrom roboty przede mną, ale muszę przyznać, że ten efektywny start działa bardzo motywująco, podobnie jak miłe słowa od znajomych. Fajnie usłyszeć, że jest się w czymś dobrym, a jeszcze fajniej rzeczywiście w to uwierzyć.
Być może nawet nie macie o tym pojęcia, ale ominęło Was coś wielkiego. Nie, nie stało się to dlatego, że nie dowiedzieliście się o tym na czas, zapomnieliście lub przeoczyliście. Pewne spektakularne wydarzenia omijają nas, ponieważ po prostu się nie odbywają. Ktoś coś planuje, przygotowuje się, ale w ostatecznym rozrachunku z jakiegoś powodu te plany nie zostają zrealizowane do końca, a czasami nawet wcale.
To naturalne, że gdy ktoś realizuje wiele projektów, to pomysłów w głowie musi mieć jeszcze więcej, a przecież nie idzie wdrożyć ich wszystkich. Pewne są więc odkładane na później, inne łączą się ze sobą, a realizacja jeszcze innych zostaje anulowana.
Niektóre porzuca się bez wahania, inne po chwili namysłu, ale są też takie, do których przylepienie etykietki "porzucony" przychodzi bardzo trudno. Za chwilę opowiem Wam o jednym z tych, które na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy były dla mnie najważniejsze.
Wszystko zaczęło się w roku 2010. Pomyślałem sobie, że ciekawie by było stworzyć happening, który miałby formę imprezy klubowej. Jego esencją było wykreowanie niezwykłej postaci, fikcyjnego DJ'a w charakterystycznej, niezwykle naturalnej masce konia, który przyjąłby pseudonim DJ Głowa Konia.
Być może znacie tę maskę, ponieważ pojawia się na rozmaitych filmikach oraz zdjęciach krążących po sieci. Wówczas była w Polsce kompletnie nieuchwytna, więc postanowiłem sprowadzić ją z Wielkiej Brytanii.
Pomysł polegał na tym, żeby zagrać w którymś z warszawskich klubów imprezę w takiej właśnie masce. Samo wydarzenie byłoby poprzedzone barwną kampanią w sieci oraz działaniami na mieście. Chodziłoby o stworzenie iluzji tego, że DJ Głowa Konia i jego impreza (albo kilka imprez) nie są po prostu działaniami performerskimi. Ludzie mieli uwierzyć, że jest to najprawdziwszy DJ, mający za sobą już szereg imprez, np. w jakiś dziwacznych lub niesprecyzowanych lokalizacjach.
Oczywiście w rzeczywistości byłoby wręcz przeciwnie. Ze sprzętem DJ'skim miałem wówczas wspólnego tyle, co nic, ale liczyłem, że zaprzyjaźnione osoby sprawnie się nim posługujące przeszkolą mnie w podstawach obsługi na tyle, żeby cała akcja nie była kompletną porażką.
Przez jakiś czas rozważałem nawet, żeby puścić w klubie wcześniej przygotowany set i po prostu markować wszelkie ruchy, ale znacznie bardziej podobała mi się wersja z uczciwym graniem.
Robienie czegokolwiek w takiej masce nie byłoby łatwe. W środku jest cholernie gorąco, widoczność jest słaba, a podczas "grania imprezy" warto byłoby jednak mieć kontrolę nad tym, co się robi. Choć nie byłoby to łatwe, to jednak myślę, że całkiem możliwe.
Wydarzenie (lub seria wydarzeń) miało być jednak czymś więcej niż po prostu graniem w masce. To miał być prawdziwy show, w ogromnym stopniu oparty na niezwykłym wizerunku scenicznym. Tu nie chodziło o to, żeby zaskoczyć klubowiczów totalnie rozwalającym doborem kawałków, i choć oczywiście byłoby to miłe, to jednak warstwa muzyczna miała przede wszystkim nie odstraszać, a prawdziwą mocą tego wydarzenia miała być ta cała otoczka.
DJ Głowa Konia to barwna postać. Przy konsolecie odstawia prawdziwe szaleństwo. Wykonuje dziwne ruchy, do maski konia nosi marynarkę albo nawet garnitur, rzuca w ludźmi kostkami cukru i daje się nimi karmić, a jego maska jest tak dziwaczna, że w sumie nie musiałby robić zupełnie nic, a i tak uzyskałby przeogromny efekt. Pomysł z maską konia to niemal automatycznie zapewniony sukces. Jeśli nie spieprzy się warstwy muzycznej, to pozostaje jedynie walczyć o jego skalę.
Na wizerunek Głowy Konia miałem całą masę pomysłów oraz sposobów na jego budowanie. Nie sposób przejść obojętnie obok krążącego po internecie plakatu promującego wydarzenie, w którym gwoździem programu jest koń puszczający tłuste melodie, a wszelkie akcje typu pojawienie się w masce na trybunach toru wyścigów konnych na Służewcu to byłby już tak zwany "overkill", ale w przypadku tak nośnego pomysłu kolejne niestandardowe działania byłyby nieuniknione. Bo w tym projekcie nie chodziło po prostu o kolejną imprezę, a o cały szereg akcji zbudowanych wokół postaci DJ’a Głowa Konia.
Swoją drogą do wydarzenia warto by było zaprosić również innych, tym razem "prawdziwych" DJ'ów, tak na wszelkie wypadek, gdyby coś miało nie wyjść lub dziwaczny pomysł nie okazałby się jednak aż takim magnesem, jak mogłoby się wydawać. Myślę jednak, że taka akcja mogłaby przejść najśmielsze oczekiwania! Najlepszym dowodem na to niech będzie sensacja, jaką wywołał DJ Głowa Konia w październiku 2010, jeszcze przed swoim pierwszym występem.
Otóż w Halloween umówiłem się z kumplem, żeby porobić kilka zdjęć i filmów promocyjnych na potrzeby tego projektu. Wziąłem ze sobą maskę, a także kilka kartek, na których wydrukowałem rozmaite teksty, za pomocą których koń miał komunikować się ze światem. W kiblu w Pałacu Kultury zrobiliśmy kilkanaście zdjęć. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby ktoś wszedł do środka i zobaczył dwóch gości stojących przy pisuarach, z których jeden ma na głowie maskę konia, natomiast drugi trzyma w ręku komórkę i robi nią zdjęcia? Na pewno spore zażenowanie z naszej strony, pytanie, co jeszcze.
Pomysł polegał na tym, żeby ruszyć w stronę pawilonów przy Nowym Świecie i zaimprowizować kilka sytuacji, porobić trochę zdjęć, zapoznać ludzi z DJ'em Głowa Konia (oczywiście jeszcze bez wymieniania ksywki). Ciekawe, ile spośród tych osób przypomniałoby sobie później o tych spotkaniach, gdy o dziwacznym DJ'u zrobiłoby się już głośniej. A na pewno wiele osób zapamiętało tamten wieczór.
Gdziekolwiek nie pojawiał się koń, od razu stawał się sensacją. Ludzie gapili się na niego, zagadywali, robili sobie zdjęcia. Wszystkie sytuacje były w pełni improwizowane, ale do niektórych odpowiednio się przygotowałem. Przykładowo, część tekstów na kartkach, w które byłem wyposażony, zostało przygotowanych pod kątem konkretnych, antycypowanych sytuacji. Na przykład podejrzewałem, że niemal na pewno ktoś będzie się śmiał, więc miałem przy sobie kartkę z tekstem "Dlaczego się ze mnie śmiejesz?", a także niezbędną w wielu sytuacjach, nawiązującą do jednego z memów internetowych planszę z treścią "Nie mogę Ci pomóc. Jestem koniem".
Z pewnością do najciekawszych sytuacji wieczoru należała ta, również zaplanowana, w której miałem wejść do któregoś z pawilonów, jak gdyby nigdy nic podejść do baru, zamówić piwo, a następnie wciąż zachowywać się tak, jak każdy inny klient lokalu. Barmanowi pokazałem kartkę "Poproszę coś do picia", zdezorientowanym i rozbawionym ludziom tę o śmiechu, a gdy już dostałem alkohol, przydało się zaprezentowanie barmanowi tej z napisem "Potrafię pić tylko przez słomkę". Nie jestem pewien dokładnego przebiegu tej scenki i tego, co jeszcze się na nią składało, ale wszystko wyszło niezwykle gładko.
Fenomenem był koń pijący piwo przez słomkę, siedzący w knajpie, przechadzający się po niej, korzystający z toalety, spacerujący przed pawilonami. Ludzie podchodzili, robili sobie zdjęcia, gromadzili się wokoło, dotykali, mówili dziesiątki różnych rzeczy. Debiut człowieka-konia okazał się prawdziwym, ogromnym sukcesem.
W tej całej historii o DJ'u Głowa Konia jest jeszcze jeden ważny element, o którym wcześniej nie wspominałem. Idea była taka, żeby rzecz była całkowicie anonimowa, a prawdziwa tożsamość człowieka w masce konia pozostała tajemnicą również dla moich znajomych. W cały projekt została wtajemniczona dosłownie garstka osób, które można było policzyć na palcach jednej ręki. To miał być ogromny wkręt nie tylko dla warszawskich imprezowiczów, ale również dla wszystkich moich znajomych. Ciekaw byłem, jak długo byłbym w stanie utrzymać to wszystko w tajemnicy. Bez wątpienia na imprezach DJ'a Głowa Konia pojawialiby się również moi znajomi, a ryzyko zdemaskowania mogłoby być naprawdę spore, więc postanowiłem się do niego odpowiednio przygotować. Zawsze warto było mieć jakieś alibi na wieczór występu DJ'a Głowa Konia. Poza tym planowałem mieć na te imprezy specjalne ubranie, przygotowane pod kątem tego happeningu, takie, którego na co dzień bym nie nosił. Oprócz tego pod maską miałbym kominiarkę, po pierwsze, żeby nie pocić się aż tak bardzo, jak w przypadku bezpośredniego kontaktu skóry z maską, a po drugie, jako zabezpieczenie przeciwko sytuacji, w której ktoś spróbowałby zerwać mi maskę, do którego to incydentu mogłoby dojść choćby dlatego, że ze swojej ukrytej tożsamości robiłbym duży deal, na swój sposób prowokując ludzi do podejmowania prób jej odkrycia.
Wiedziałem, że prędzej czy później dojdzie do tego, że będę musiał się zdemaskować, odkryć wszystkie karty, wyjaśnić, w czym rzecz, jednak na początku, a także przez kolejne miesiące, byłem tak bardzo zdeterminowany, żeby doprowadzić do końca ten projekt, iż nawet nie myślałem, że nastąpi to w taki sposób jak ten.
Cieszę się jednak, że w końcu mogę podzielić się z Wami tym pomysłem, ponieważ jest jednym z moich ulubionych spośród tych, na jakie wpadłem w ostatnich latach. Mam nadzieję, że Wy również polubicie DJ'a Głowę Konia, tak samo jak ja go polubiłem. Bez wątpienia od teraz będzie on słynął jako najbardziej niezwykły DJ, który nie zagrał ani jednej imprezy.
Wygląda na to, że wszystko jest na dobrej drodze, aby w końcu zrealizować plan, który leżał w szufladzie od 2009 (!) roku. Choć właściwie "plan" nie jest tu dobrym słowem, gdyż tradycyjnie wszelkie detale dogrywane są na spontanie. Gdy w 2009 roku byłem w Japonii, obiecałem sobie, że tam wrócę. Przez ten czas pomysłów było kilka. Chciałem lecieć w Sylwestra 2010/2011, później 2011/2012, ale wygląda na to, że uda się to dopiero teraz. Mam już bilet na 18 marca do Tokio (lot przez Paryż oraz Koreę - lądowanie w Seulu może być ciekawym elementem podróży, ponieważ nigdy tam nie byłem), a powrót 2 kwietnia z Osaki. Następnego dnia mam urodziny i jestem ciekaw, jakiego rodzaju będzie to doświadczenie, ponieważ będę świeżo po zmianie strefy czasowej i powrocie z tak odmiennego miejsca, jakim jest Japonia.
W dzień premiery książki postanowiłem pospacerować z nią po mieście. Tak po prostu, trzymać ją w ręku lub kartkować podczas jazdy komunikacją miejską, picia herbaty w kawiarni, jedzenia w restauracji. W taki dzień jak dziś powinno się przede wszystkim cieszyć owocami ciężkiej pracy.
To przyjemne uczucie, gdy książka przestaje być skrywaną przed światem tajemnicą i wreszcie można ją wszystkim pokazać. Teraz "Defekt pamięci" będzie musiał skonfrontować się z gustami czytelników. Zapraszam do lektury!
Jakiś kark w kasynie (typ gangstera, wielki jak szafa, szorstki w obyciu, złoto na nadgarstkach) ubzdurał sobie, że podpowiedziałem mu wygrywającą liczbę i sprezentował mi zielony żeton o wartości 25 zł.
Automatycznie znalazł sobie we mnie doradcę. Zapytał, na co bym teraz postawił, więc odpowiedziałem mu, że "jeden trzy", czyli w żargonie liczby od 1 do 3. Postawił trzy żetony po 25 zł, przegrał, ale gdy dotarło do niego, że wypadła liczba 13, to stwierdził, że w sumie jest "jeden trzy" i dał mi kolejny żeton za 25 zł.
Gdy już wychodziłem, po raz kolejny poprosił mnie o poradę, więc powiedziałem "dziesięć dwanaście". Postawił trzy żetony po 500 zł każdy i przegrał. Tym razem tipu za poradę nie było.
– Jest 31 stycznia 2012 roku. Dziś mijają równo dwa lata odkąd zacząłem pisać pierwszy rozdział tej książki. Dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie teraz, równo po dwóch latach, mam okazję wziąć tę książkę w rękę, ponieważ właśnie przed chwilą, niedawno przybył transport książek prosto z drukarni" – te słowa, to cytat z filmiku, który nagrałem podczas przeglądania świeżo odebranych paczek, które dotarły do mnie około 14:30. To już czwarty raz, kiedy mam okazję rozpakowywać kartony z napisaną przez siebie książką. Za każdym razem jest to niezwykłe, ekscytujące doświadczenie, choć przebieg wydarzeń zawsze jest podobny – najpierw wyczekiwanie na kuriera, później odbiór przesyłki, wyładowywanie paczek i ustawianie ich obok siebie, otwarcie jednej z nich, pamiątkowe zdjęcie pośród książek, a później robienie całej masy kolejnych, zwieńczone napisaniem blogowego wpisu, takiego jak ten, który właśnie czytacie. „Defekt pamięci” jest dla mnie książką szczególną. Nazywam ją drugim debiutem, ponieważ jest to pierwsza w moim dorobku powieść i zarazem pierwsza książka, która nie jest aż tak bardzo hermetyczna jak wszystkie poprzednie. Skoro zacząłem cytatem z filmiku, to pozwolę sobie zakończyć kolejnym: – Mam nadzieję, że ta książka spodoba się czytelnikom, ponieważ włożyłem w nią sporo pracy i fajnie byłoby, gdybyście ją przeczytali i gdyby Wam się spodobała.
Czasami w moich snach pojawia się pewien klub. Właściwie to jest to coś pomiędzy klubem a barem. Co prawda zdarza się to niezbyt często, ale jednak zdarza się. Warto wspomnieć, że nie jest to żadne konkretne miejsce o określonych i niezmiennych parametrach architektonicznych i geograficznych, a raczej zbiór emocji, motywów i idei.
Za każdym razem, gdy do niego trafiam, wygląda nieco inaczej, ale ja ani przez chwilę nie wątpię, że jest to dokładnie to samo miejsce. Czasem docieram tam bez problemu, jak do dobrze znanej oazy, a czasem odnalezienie go jest nie lada wyzwaniem. Bywa tak, że przychodzę tam celowo, a innym razem ląduję w nim przypadkowo. To nieważne, że wnętrze za każdym razem wygląda nieco inaczej. Klimat zawsze jest ten sam.
Z jednego snu pamiętam spore, lecz przytulne pomieszczenie, tonące w czarno-granatowym półmroku, rozświetlanym pojedynczymi kolorowymi, jarzącymi się tu i ówdzie światłami. Było w nim sporo, przypominających nieco łóżka, miejsc do siedzenia. Czysto i ładnie, ale bez zbędnego nadęcia.
Z innego snu zapamiętałem niewielkie, przyozdobione rurkami czerwonych neonów wejście. Nie jestem pewien, czy neony oplatały drzwi wejściowe, czy były zainstalowane gdzieś obok i po prostu tak bardzo rzucały się w oczy. To nieważne. Nie jest ważne również to, iż nie jestem w stanie odtworzyć detali tego miejsca z poszczególnych snów.
Istotne jest natomiast, że cały czas doskonale pamiętam jego atmosferę. Ta unikatowa mieszanka bezpieczeństwa, relaksu i wiszącego w powietrzu seksualnego napięcia. Odpoczniesz tam po ciężkim dniu albo po intensywnej imprezowej nocy, poznasz kogoś, z kim porozmawiasz albo zaczniesz flirtować, napijesz się drinka, zregenerujesz siły, a wszystko to bez zbędnego napięcia i nadmiernych wydatków. W klubie z moich snów czujesz się dobrze, bezpiecznie i masz takie poczucie, że jest to Twoje miejsce. To jest lokal, w którym bez negatywnych konsekwencji możesz podejść do każdego, kto ci się podoba i zarazem wiesz, że nie zagada do ciebie nikt, z kim nie miałbyś ochoty rozmawiać. To miejsce ma jakąś niezwykłą siłę przyciągania i chcesz do niego wracać w swoich kolejnych snach.
Bardzo chętnie bym tam poszedł. Jedyny problem polega na tym, że to miejsce nie istnieje.
Dziś spotkałem się z koleżanką, która, dzięki tematyce wielu naszych rozmów, kojarzy mi się z atmosferą z pogranicza jawy i snu, dekadenckim nastrojem i pewnym specyficznym klimatem, który doskonale pasuje do planu, jaki narodził się w mojej głowie. Postanowiłem odszukać klub z moich snów.
Od jakiegoś czasu, zupełnie wbrew zdrowemu rozsądkowi, snułem sobie w głowie pewne teorie odnośnie tego, gdzie może się znajdować w otaczającej nas rzeczywistości. Nie jest ważne, gdzie znajduje się miejsce, o którym za chwilę napiszę. O tym, iż nie jest zmaterializowaną wizją z moich snów też chyba nie muszę wspominać. To, że misja odszukania klubu z moich snów była tak naprawdę skazana na porażkę było wiadomo już od samego początku. To miała być raczej pewna "wkrętka", wywołany w sobie niezwykły stan, ciekawe doznanie i zarazem kontrolowana konfrontacja świata idei z rzeczywistością.
Nie pamiętam, kiedy dokładnie dowiedziałem się o tym miejscu, ale przez kilka tygodni nienachalnie, lecz konsekwentnie atakowało mnie z różnych stron - mijane jeszcze na etapie przygotowań do otwarcia, wieczorami, gdy świeciło neonami i kusiło tajemniczą czernią wnętrza, w dzień, gdy było jeszcze zamknięte, na plakatach, na które wpadałem na mieście, a także w internecie. Obiektywnie rzecz biorąc, nie zapowiadało się najlepiej, bo w końcu jaki lokal zamiast zdjęć swojego wnętrza wrzuca fotografie zakupione w banku zdjęć? Co prawda przy przeszklonym wejściu stoi pan w marynarce, ale z drugiej strony lokalizacja w piwnicy pod fast foodem nie brzmi zbyt prestiżowo. Równie podejrzanie wygląda informacja o ogromnym wyborze alkoholi, zilustrowana zdjęciami tych najpopularniejszych, które można dostać w każdym supermarkecie. Generalnie miejsce sprawiało wrażenie takiego, które aspiruje do bycia eleganckim, ale takim nie jest. Magnes na dresy i solary. Dlatego też lojalnie uprzedziłem koleżankę, że nie mam pojęcia, co czeka nas w środku. Jednak wiszący przy wejściu neon kusił, podobnie jak znajdująca się za drzwiami czerń i oświetlone czerwonym światłem schody prowadzące w dół. Te schody! Wyglądały tak bardzo obiecująco! Zupełnie jak portal do świata z moich snów. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że doprowadzą mnie do tonącej w granatowo-czarnym półmroku sali.
Stanąłem z koleżanką przed wejściem do lokalu i wziąłem głęboki oddech. Wiedziałem, że gdy tylko wejdziemy do środka czar pryśnie i pub ten przestanie być już miejscem, w którym potencjalnie może znajdować się lokal z moich snów, a stanie się jedynie kolejnym zwykłym barem.
Otworzyliśmy drzwi i weszliśmy do środka. Ruszyliśmy przed siebie. To, co zastaliśmy na miejscu przyjemnie nas zaskoczyło. Zakładałem, że ze sporym prawdopodobieństwem może zdarzyć się tak, iż nie będę miał ochoty już tam wrócić, a tymczasem na dole czekało na nas całkiem przyjemne miejsce. Dużo drewna, odsłonięte czerwone cegły na ścianach, dobrze wyposażony bar i ciągnący się pod podłogą przeszklony kanał, w którym biegną wstęgi czerwonego oświetlenia. Te świecące elementy, poczynając od neonu przy wejściu, przez tonące w czerwieni schody, a na dziwnej instalacji pod podłogą kończąc, tak bardzo przywodziły mi na myśl miejsce z moich snów.
Bierzemy dwa kolorowe drinki. Ja w obecnej sytuacji nie mogę sobie odmówić takiego, który nazywa się "sweet dream". Tuż przed nami przy barze zamówienie składa dziewczyna, która przykuwa moją uwagę. Później, siedząc przy swoich stolikach, kilka razy spoglądamy na siebie.
Oczywiście mógłbym pisać o tych wszystkich złych rzeczach, które drażnią - telewizorach, w których leci telewizja muzyczna, kiczowatym karaoke i zbyt głośno grającej muzyce, ale przecież nie o to tu chodzi.
Nie oczekujcie obiektywnej recenzji lokalu, bo to nie jest fragment przewodnika po knajpach, lecz opis pomysłu na to, w jaki sposób można ciekawie umagicznić swoją rzeczywistość, wprowadzając w nią elementy rodem z własnych snów.
Warto szukać miejsc, których nie ma, jeśli tylko te poszukiwania zapewnią nam ten niezwykły, unikatowy rodzaj przyjemności, jaki może dać jedynie śnienie na jawie.
Co byś zrobił, gdybyś codziennie musiał pisać dwie strony tekstu, aby powstrzymać nadchodzącą zagładę?
Gdy mediami wstrząsa wiadomość o zawaleniu się wiaduktu oraz całej serii pozornie niepowiązanych ze sobą wypadków i awarii, Kool Autobee, pracownik biurowy, odkrywa, że ma właśnie tego rodzaju nietypowy problem.
Zaczyna podejrzewać, iż być może wszystkie tragiczne wydarzenia tego świata mają związek z jego osobą, a także z niedawno przeprowadzanym remontem kuchni, karteczką znalezioną na szafce nocnej oraz traumatycznymi wydarzeniami z lat szkolnych. I kto wie, być może ma rację...
Od tej pory musi dzielić czas pomiędzy codzienne obowiązki, zapobieganie zniszczeniu świata poprzez zaprzestanie pisania oraz podążanie śladami zawiłej intrygi, która doprowadza go do coraz dziwniejszych ludzi, miejsc i sytuacji, sprawiając, że jego dotychczas uporządkowane życie zaczyna nabierać zupełnie nowych barw i zmierzać w nieprawdopodobnym kierunku.
"Defekt pamięci" to kipiąca niezwykłymi pomysłami, niesłychanie zakręcona historia, której zaskakujące zakończenie sprawi, że będziesz musiał przeczytać ją jeszcze raz.