Archiwa

Tak patrzę wstecz na swoje życie i widzę coś takiego

Czasem dokonuję zakupów lub podejmuję decyzje, które spotykają się z niezrozumieniem mojego otoczenia. Ludzie dziwnie patrzą, rzucają kąśliwe uwagi, albo oczekują wyjaśnień, ale ja prawie nigdy tych wyjaśnień nie dostarczam, bo szkoda mi na nie energii. Wówczas często wspomniane osoby odchodzą z poczuciem tryumfu. Dlaczego nie usiłuję przekonać ich do swoich racji?

Poniższe zestawienie jest mieszanką spraw przyziemnych i nieco bardziej wzniosłych, spisaną pospiesznie i bez dłuższego namysłu, a punktem wyjścia, który wywołał tę iskrę, był tablet. Często, gdy spoglądam na ten sprzęt trzymany przez rozmaite osoby lub leżący u mnie w domu, pojawia się w mojej głowie pewna myśl. Tablet jest chyba najdoskonalszym przykładem na to, dlaczego na niezrozumienie i uwagi odpowiadam milczeniem. Poniższa lista nie jest reprezentatywnym podsumowaniem, lecz sposobem na pokazanie pewnej prawidłowości. Oto, dlaczego tak często nie chce mi się uzasadniać swoich wyborów i bronić swoich decyzji – wierzę, że przeważnie z czasem obronią się same.

Rok 2000 – stwierdziłem, że chcę jak najpełniej wykorzystać czas spędzony w liceum, zdając sobie sprawę z tego, że to ostatnie szkolne lata.

Rok 2001 – postanowiłem stworzyć w sieci jak najpopularniejszą stronę internetową, wierząc, że ta popularność kiedyś się przyda.

Rok 2002 – zamarzył mi się telefon komórkowy, a także aparat cyfrowy. Niektóre osoby nie potrafiły zrozumieć, po co mi coś takiego, skoro są zwykłe telefony i aparaty na kliszę.

Rok 2003 – pomyślałem, że fajnie byłoby mieć bloga. Prawie wszyscy mówili, że chyba jestem na coś takiego za stary, bo przecież zaraz kończę liceum, a zachciało mi się zabaw dla nastoletnich dziewczynek. Taki panował wówczas stereotyp, jeśli chodzi o prowadzenie bloga.

Rok 2004 – zapragnąłem telefonu z dużym kolorowym wyświetlaczem i możliwością robienia dobrych zdjęć (Motorola V3). Ludzie zastanawiali się po co. Zdobyłem też używanego laptopa – wiele osób nie rozumiało, w jakim celu, skoro miałem przecież komputer stacjonarny.

Rok 2005 – zarejestrowałem się na jednym z pierwszych portali społecznościowych (Grono.net). Znajomi traktowali to jako zbędną ekstrawagancję, skoro były e-maile i Gadu-Gadu. W ciągu kilku miesięcy spotkałem ich tam prawie wszystkich.

Rok 2006 – postanowiłem na pełnych obrotach zaangażować się w działalność pozauczelnianą, mającą na celu zbudowanie jak najmocniejszego CV i samorozwój oraz samorealizację.

Rok 2007 – na trzecim roku studiów poszedłem do pracy na pełen etat. Wielu znajomych zastanawiało się, po co robię coś takiego, skoro na zdobywanie doświadczeń zawodowych będzie jeszcze czas po studiach.
Rok 2008 – zapragnąłem telefonu z dotykowym wyświetlaczem.Ludzie uważali to za zbędny bajer.

Rok 2009 – zaraz po studiach chciałem iść na podyplomówkę, a później na kolejną i kolejną. Niektóre osoby, z którymi studiowałem, zastanawiały się po co, skoro przecież właśnie zdobyłem wykształcenie. A porzucenie Gadu-Gadu na rzecz facebookowego czata wydawało się dla nich nonsensem.

Rok 2010 – zakupiłem tablet. Ludzie śmiali się, że niepotrzebnie kupuję taki zbędny gadżet. W tamtych czasach przyznanie się do posiadania iPada wywoływało na twarzach większości osób jedynie pobłażliwy uśmiech. Z politowaniem patrzono na mnie również wtedy, gdy oświadczałem, że niedawno zacząłem używać komórki do korzystania z sieci. A zastąpienie SMS-ów przez facebookowy komunikator? Z tego niektórzy śmieją się do dziś. Ale spokojnie, powoli też się przestawiają.

Rok 2011 – postanowiłem wprowadzić plan prowadzenia życia pełnego równowagi i uczynić ją moim nadrzędnym priorytetem.

Rok 2012 – bazując na doświadczeniach minionych lat, postanowiłem usprawnić do perfekcji wszystko, co dało się usprawnić, tak by jak najczęściej mieć poczucie perfekcyjnie rozegranego dnia.

Rok 2013 – postanowiłem spełnić szereg marzeń, zdając sobie sprawę z tego, że odkładanie takich rzeczy w czasie z pewnością doprowadzi do sytuacji, w której człowiek nigdy ich nie zrealizuje.

Rok 2014 – po zakupie pierwszych Bitcoinów pod koniec poprzedniego roku, postanowiłem jak najdokładniej zgłębić te temat. Zanim tematem zainteresują się Ci, którzy obecnie kryptowaluty zbywają uśmiechem, ta wiedza zdąży się stać ciekawostkami historycznymi, którymi chętnie będę się dzielił. A tak poza tym, wszyscy wokoło zaczynają hodować bujne brody. Zaraz, czy nie promowałem przypadkiem takiej stylówy już w 2008? ;)

Rok 2015 – postanowiłem porzucić dążenie do perfekcji i utrzymywanie jej za wszelką cenę, czyniąc drobne skazy naturalnym elementem codzienności, redukując w tym sposób stres pojawiający się w sytuacjach, gdy coś nie idzie po mojej myśli.

Na koniec kilka słów wyjaśnienia. To nie jest wpis z serii „jaki to ja jestem zajebisty i wyprzedzam trendy”, to jest wpis z serii „ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”.

A morał z tej historii jest taki, że jeśli robisz coś z przekonaniem i wiesz, że robisz dobrze, to nie trać czasu i energii na tłumaczenie się ludziom z motywów swojego działania. No, chyba że rzeczywiście chcą Cię słuchać i poznać Twój sposób myślenia. Wtedy podziel się nim z nimi.

Jeśli masz na to ochotę.

Warsaw Watchmen

Wstaję i czytam w sieci, że mozaika na Żoliborzu została skuta. Pod wpływem impulsu zakładam na Facebooku event namawiający do bojkotu restauracji, która ma się tam pojawić. Jego treść wygląda następująco.

Tytuł wydarzenia:
Stop niszczeniu sztuki – bojkot restauracji otwartej w miejscu dawnego „Kojota” na Żoliborzu

Treść:
Nowy najemca lokalu w żoliborskim budynku „Merkury” zdecydował się na zniszczenie unikatowej mozaiki z lat 60. i zastąpienia jej białą ścianą. W sytuacji, w której wartościowych kompozycji plastycznych w przestrzeni Warszawy jest coraz mniej, te które przetrwały, powinny być traktowane ze specjalną troską, nawet jeśli nie są objęte opieką konserwatora zabytków. Robotnicy „odnawiający” wnętrza pod nową tajską restaurację, która ma mieścić się w miejscu dawnego „Kojota”, bezpowrotnie zniszczyli kawałek historii Żoliborza, Warszawy i zarazem część naszego dziedzictwa kulturowego. Oczywiście z prawnego punktu widzenia w wynajmowanej przestrzeni każdy ma prawo robić, co tylko chce, ale jest jeszcze coś takiego jak wrażliwość społeczna i szacunek do sztuki. W wielu podobnych sytuacjach, nowi najemcy potrafili zachować się z klasą i dzięki temu w Muzeum Neonów możemy oglądać znaki świetlne sprzed lat, a malowidła z pracowni Styczyńskiego na Żoliborzu czy ceramika placu Zbawiciela są odpowiednio zabezpieczone. Nie da się już przywrócić tego, co zostało zniszczone, ale pokażmy, że nie ma społecznego przyzwolenia na niszczenie sztuki, nawet jeśli prawo nie chroni jej w odpowiednim stopniu. Proponuję bojkot nowopowstającej tajskiej restauracji i zachęcam do rozpowszechniania niniejszego apelu dalej. Niech stanie się to inspiracją dla innych przedsiębiorców i miłośników nijakich plastikowych wnętrz do bardziej odpowiedzialnego traktowania sztuki, która jest im powierzana wraz z wynajmowaną przestrzenią. Niech żoliborska mozaika stanie się jedną z ostatnich ofiar tego typu błędów i ludzkiej bezmyślności.

W ciągu kilku godzin do eventu dopisuje się kilkaset osób. Informacja o wydarzeniu zaczyna się rozprzestrzeniać. Wywiązuje się dyskusja na temat tego, jak wiele rzeczy w Warszawie jest niszczonych. Pojawia się nadzieja, że może – między innymi dzięki tej akcji – mozaika zostanie odzyskana. Cała ta sytuacja zainspirowała mnie do następującego pomysłu, który uważam, że jest godny wdrożenia.

Obiektów wartych chronienia jest w Warszawie tak dużo, iż konserwator zabytków nie byłby w stanie pochylić się nad każdym przypadkiem. Warto kolejne elementy architektoniczne takie jak te chronić, ale myślę, że opieka konserwatora nie jest jedynym narzędziem, które mogłoby się tu przydać. Zresztą często pewne sprawy leżą poza jego kompetencją, gdyż zagrożenie jest innej natury (przykładowo, wtargnięcie reklam w przestrzeń parku). Konieczne wydaje się tu użycie również innych instrumentów. Co z radnymi? Co ze stosownymi komórkami w ratuszu? Co z działaniami społeczeństwa? Może czas ogłosić akcję typu „znajdź wszystkie elementy warte ochrony w swojej okolicy” i gdzieś takie informacje udostępnić. Wierzę, że wielu inwestorów postąpiłoby zupełnie inaczej, gdyby mieli świadomość tego, co niszczą. A i dla władz miasta byłaby to przydatna ściągawka. Coś takiego mogłoby funkcjonować niezależnie od konserwatora zabytków, mieć formułę przydatnej ściągawki.

Chętnie zobaczyłbym stronę, na której mieszkańcy w prosty sposób mogliby zamieszczać rzeczy w ich okolicy warte zachowania w obecnej postaci (budynki, detale architektoniczne, drzewa). Mam nawet nazwę – „Warsaw Watchmen”. Taka strona mogłaby również służyć do monitorowania działań, które wywołują obawę mieszkańców. Przykładowo, jakiś czas temu w parku Kępa Potocka pojawiły się tablice informacyjne, mające charakter edukacyjnej ścieżki zdrowia. Niepokoi jednak fakt, że są to nośniki jednej z firm reklamy outdoorowej. Często, gdy tam jestem, zastanawiam się, czy to nie jest przypadkiem sprytny pomysł na wprowadzenie nośników reklamowych do przestrzeni parku. Na „Warsaw Watchmen” mógłbym zgłosić tę sytuację i następnie oko społeczeństwa wspólnie monitorowałoby, czy za jakiś czas materiały edukacyjne nie zostaną zastąpione reklamą. Jeśli ktoś czuje się na siłach by wdrożyć taki pomysł, zachęcam do działania!

Ósma rano

Obudziłem się zaskakująco wcześnie. Postanowiłem przygotować podsumowanie Sylwestra na bloga. Komórka + klawiatura bezprzewodowa to sprawdzony zestaw, ale wspomagam się też laptopem znajdującym się przy recepcji. Popijam przy tym zieloną herbatę. Tu godzina ósma rano, w Warszawie północ. Najlepszego w 2015 roku!

Po zaskakująco wczesnej pobudce i zjedzeniu hostelowego śniadania (ku mojemu zaskoczeniu, przy recepcji serwowano bułeczki i dżemy), wróciłem do kapsuły, aby trochę się przespać. Spanie w takiej kapsule to naprawdę doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Wieczorem postanowiłem udać się na poszukiwania świątyni, w której w zeszłym roku nabyłem wróżbę. W tym celu musiałem przeprawić się do Shinjuku. Udało mi się odnaleźć właściwe miejsce i czekał tam na mnie znajomy widok – tłum ludzi stojących w kolejce do świątyni. Nabyłem wróżbę za sto jenów i niezwłocznie ją otworzyłem. Poprosiłem stojące obok Japonki o pomoc w przetłumaczeniu i okazało się, że podobnie jak w zeszłym roku, trafiłem daikichi, czyli największe możliwe szczęście. Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o rok 2014, to miałbym solidne podstawy, żeby reklamować poprzednią wróżbę. Miejmy nadzieję, że tegoroczna będzie nieco bardziej trafna.

Zwieńczeniem wieczoru okazał się chillout na pierwszym piętrze Starbucksa przy Shibuya Crossing. To jedno z najprzyjemniejszych miejsc do relaksowania się w Tokio – czynne prawie całą dobę, zawsze ktoś tu jest, dobrze skomunikowane, przyjazne i z niesamowitymi widokami. Tak oto tradycyjnie 1 stycznia upłynął pod znakiem relaksu.